Meduza pisze: ↑2025-03-10, 19:26
Jak wyżej. Jak radzicie sobie, gdy nie staracie się o dziecko, przychodzi płodny czas (kobiety rozumiecie, mężczyźni zawsze takowy mają:)), a niepłodny hen hen daleko, albo co gorsza ciężko go wyznaczyć.
Jak sobie radzicie aby nie grzeszyć nieczystością w małżeństwie? Pewnie najlepiej byłoby współżyć z myślą że 'Bog wie że teraz nie możemy/nie chcemy mieć dziecka, więc nam go nie da'.
Nie polecam takiego podejścia, że współżyjemy i zobaczymy co będzie - nie wiem jak teraz, ale kiedyś (kilka lat temu jak miałem większą styczność z rodzinami z takich środowisk) to taki styl był promowany w niektórych wspólnotach neokatechumenalnych, moim zdaniem to nadużycie.
Jeśli ktoś ma wszelkie możliwości i raczej chce mieć kolejne dziecko - czuje się otwarty na powiększanie rodziny - to jak najbardziej tak, wtedy tym lepiej że nie ma presji, że musi zajść w ciążę, można współżyć w dowolnych momentach. Ale nie można tego robić na zasadzie, że my sobie będziemy współżyć bez myślenia o konsekwencjach i liczyć na to, że Pan Bóg da dziecko "jeśli jest potrzebne". Prawa biologii są znane - więc liczenie na to, że prawa się zawieszą, jeśli dziecka "ma nie być", jest bardzo nierozsądne. To byłoby zwalnianie się z własnej odpowiedzialności.
Ale to tak nawiasem mówiąc, bo główne pytanie stawiasz takie:
Meduza pisze: ↑2025-03-10, 19:26
Jak nie przekraczać granic czystości w czasie płodnym, jeśli jednak wolimy się powstrzymać od współżycia? Szczerze mówiąc, nie myślałam że walka z tym będzie trudniejsza niż przed ślubem i jestem trochę zawiedziona:/
Przy cyklach bywa i tak, że zostaje kilka dni "bezpiecznych" a wtedy już nie ma chęci:( szkoda że się o tym nie mówi..
No tak, okoliczności po ślubie są trudniejsze niż przed, a sytuacje przed ślubem i po ślubie w temacie "jak zachować czystość", nie są w ogóle porównywalne. Często słyszy się, że wstrzemięźliwość przed ślubem jest po to aby się nauczyć ją zachowywać przy stosowaniu NPR. Nie do końca to prawda - przed ślubem narzeczeni nie przebywają ze sobą 24/7, nie chodzą spać do jednego łóżka codziennie, nie widują się nago, nie są dla siebie tak dostępni fizycznie - więc to na co wystawieni są małżonkowie, ma się nijak do sytuacji randkowania, osobnego mieszkania i niespania ze sobą. Dlatego, między innymi, po ślubie jest trudniej we wstrzemięźliwość.
Pytasz jak nie przekraczać granic - po pierwsze, to jest normalne, że obie osoby odczuwają silny pociąg seksualny do siebie, nie powinno się tego traktować w kategoriach zła i zagrożenia. Na zasadzie: nie dotknę go/jej, nie przytulę, nie pocałuję, bo grozi to podnieceniem, nieopanowaniem, grzechem - takie nerwicowe podejście prędzej czy później eksploduje, kończy się zazwyczaj oziębłością, wzajemną niechęcią, odsunięciem od siebie, nawet zachowaniami nerwicowymi. Pragnienia seksualne w stosunku do siebie są dobre. Świadczą o tym, że seksualność działa prawidłowo.
Co więc zrobić, jeśli wiadomo że "nie można" w pełni współżyć, bo nie planuje się zachodzić w ciążę w danej chwili - nie ma innej rady, jak uczyć się, stopniowo, nie wychodzić poza granice które prowadzą obie strony do orgazmu. Bo problem jak rozumiem polega na tym, że nie ma współżycia (w klasycznym rozumieniu), ale pragnienia są tak silne, że czułość, pieszczoty czy pocałunki przeradzają się w coraz mocniejsze rozbudzenie aż do spełnienia. To zrozumiałe że tak będzie - że czasem zatrzymacie się w tych czułościach, a czasem nie. Czasem będzie więcej chęci, żeby poczekać jeszcze do następnego dnia, do następnego wieczora itd, a czasem nie. Często takie pragnienia, pieszczoty, będą się uruchamiać spontanicznie, a nie wynikać z jakiegoś celowego "ubezpładniania".
W takich interakcjach między małżonkami, niekoniecznie musi być jakaś zła "żądza", "egoistyczne zaspokajanie" - te pragnienia wynikają z szeregu potrzeb emocjonalnych, psychicznych, seksualnych, nawet hormonalnych i ze wzajemnej bliskości. Np. to co piszesz - bywa duże pragnienie u kobiet w okresach płodnych i są to rzeczywiste trudności z zachowaniem abstynencji, kiedy ukochana osoba jest dostępna, razem w łóżku, ogromnie pociągająca - w obie strony. Po stronie mężczyzn - musiałby być chory lub stary, żeby żona go nie pociągała, żeby nie odczuwał pragnień seksualnych. W młodym małżeństwie pociąg seksualny może być naprawdę duży, trudny. Nie potrzeba w takich przypadkach wpadać w panikę, że się pojawi podniecenie, że się pragnie pieszczot itd. Jest więcej niż pewne, że tak będzie. Zaduszanie tych pobudzeń i pragnień też nie zawsze będzie neutralne - u mężczyzn też może to indukować fizyczne i psychiczne trudności - temat jest delikatny.
Z jednej strony spotkamy tu surowe nauczanie, że każdy orgazm poza pełnym klasycznym stosunkiem małżeńskim to grzech, z drugiej strony - jeśli są szczere intencje do zachowywania wstrzemięźliwości (małżeństwo chciało wstrzemięźliwości, ale nie udało się), nie powinno się traktować takich trudności jako ciężkiego grzechu w każdych okolicznościach (że nie udało się uniknąć orgazmu). Wiem że starsze pokolenie było uczone większej surowości w ocenach, więc dla takich osób, które wychowywały się w takiej ostrej narracji, każde niezachowanie tej zasady będzie ciężkim grzechem i powodem do spowiedzi, ale będąc na rekolekcjach z ojcem Knotzem, z zainteresowaniem zauważyłem, że odnosił się on od do takich sytuacji duszpastersko łagodnie a nie czysto prawnie, mówiąc że małżeńska wstrzemięźliwość przypomina drogę, proces, w którym celem jest zachowywanie pełnej abstynencji gdy tak wynika z fazy cyklu i planów małżeństwa co do dzieci, ale jeśli nie udaje się to całkowite zachowanie wstrzemięźliwości, to trzeba dążyć do tego, żeby takie formy (orgazm poprzez pieszczoty) nie przeważały nad pełnym współżyciem, którego powinno być jak najwięcej. Czyli dążyć do dobrego zrozumienia cyklu i wykorzystania okresów niepłodnych do jak najczęstszego pełnego współżycia, ponieważ ono w pełni wyraża tę małżeńską jedność. Żeby nie zastąpić okresu wstrzemięźliwości z góry postanowionymi pieszczotami na zasadzie wygodnego zastępstwa na czas płodny. Jednak jeśli raz, drugi, czy któryś kolejny, para nie opanuje się, nie wytrzyma, pójdzie na całość - nie traktować takich momentów, że od razu ciężko zgrzeszyli. To jest wpisane w proces uczenia się, a nawet jak już ktoś ma tych kilka lat małżeńskiego stażu, to też będą momenty że pragnienia, emocje, wezmą górę.
Negatywnie należałoby ocenić, jeśli ktoś w okresie płodnym ma postanowienie że chce rozpocząć pieszczoty i od początku planuje że zakończą się orgazmem (bo wtedy wiemy, że jest to stosunek seksualny, z którego wyłączymy aspekt płodności - o czym Kościół mówi, że nie jest właściwe, że nie wolno z takim nastawieniem realizować aktywności seksualnej).
Więc inaczej oceniałbym sytuację, że ktoś ma okres płodny i postanawia sobie, że dzisiaj wieczorem chce seksu który zakończy się orgazmem tylko przez pieszczoty (wie to od razu, chce tego - takiej postawy nie można przyjąć), a inaczej kiedy para chce być wstrzemięźliwa, ale nie opanowuje się, bo sytuacja przerodziła się w taką, że trudno się już zatrzymać, lub kiedy to napięcie między nimi narasta z dnia na dzień i w końcu dochodzi do tego, że już dłużej nie mogą się powstrzymać. Jestem niechętny aby nazywać takie pieszczoty masturbacją (uważam że to semantyczne nieporozumienie, tak jak Knotz), jednak podobnie jak nie można postanowić z góry, gdy ktoś jest sam, że będzie się masturbował dziś wieczorem (musi być przynajmniej postanowienie i jakaś próba trwania w czystości, nawet jeśli się przewiduje że się nie wytrzyma), tak analogicznie nie można postanowić, że takie pieszczoty dziś zrealizuje się w łóżku ze współmałżonkiem.
Co to znaczy uczyć się wstrzemięźliwości, konkretnie, skoro przecież idziemy razem do łóżka? Próbować np. być blisko ze sobą, przytulać się, całować z czułością, dotykać całym ciałem (fizyczna bliskość jest też potrzebna, ona zaspokaja różne potrzeby emocjonalne), ale próbować pobyć ze sobą trochę jak narzeczeni, bez większego rozbudzania się, np. bez bezpośrednich intymnych pieszczot, wykorzystać tą bliskość i czas żeby ze sobą o czymś szczerze rozmawiać, obejrzeć razem film, rozmyślać o planach na przyszłość. Po pewnym czasie (kilka miesięcy? rok?) podniecenie które w początkowych okresach będzie duże, spowodowane samą fizyczną bliskością, powinno się trochę znormalizować, jak się człowiek przyzwyczai do tego że nie każda czułość i nie każde pieszczoty muszą się zawsze przerodzić dalej we współżycie (nie jest to jednak tak naturalne na początku). Nie jest to doświadczenie wszystkich małżeństw, ale przynajmniej niektóre mówią, że tak mają - nawet spanie ze sobą nago, stopniowo zmniejszało ich stopień pobudzenia. Można wypróbować, czy się w waszym przypadku sprawdzi. Nie polecam za to uciekania od siebie, chodzenia spać dopiero przy maksymalnym zmęczeniu, osobnych łóżek i spania w salonie, czy odwracania do siebie plecami - uważam że to są niezdrowe praktyki, podyktowane lękiem przed bliskością. We wstrzemięźliwości nie o to chodzi żeby się separować. Znaleźć ten moment w którym jest bliskość i czułość, dająca emocjonalne zaspokojenie.
Meduza pisze: ↑2025-03-10, 19:26
Przy cyklach bywa i tak, że zostaje kilka dni "bezpiecznych" a wtedy już nie ma chęci:( szkoda że się o tym nie mówi..
To też dosyć powszechne - w fazie niepłodnej hormony kobiety tak działają, że prawie ostatnią rzeczą jest myśleć o seksie. Dotyczy to części kobiet (ale nie wszystkich - niektóre nie odczuwają tego wyraźnie). Co można zrobić, to nadrobić tą biologiczną niechęć przez zorganizowanie atmosfery bardziej sprzyjającej współżyciu. Mąż musi wiedzieć że ten czas jest trudniejszy i może być tak że samo się nie zrobi, trzeba odpowiednio przygotować atmosferę, możliwości, zadbać o siebie (z obu stron). Mężczyźni nie mają tego doświadczenia, zjazdu hormonalnego, więc trudniej jest im zrozumieć, że żonie może się nie chcieć, skoro właśnie czekali dwa tygodnie, żeby było można - a ona nie chce. Trzeba to sobie wzajemnie uświadomić, powiedzieć i zadziałać z obu stron, żeby ułatwić sobie współżycie w tym czasie. Chociażby opowiedzieć o wzajemnych fantazjach i je realizować, sprawdzić co na kogo działa podniecająco - możliwości jest bez liku, miejsce, kąpiel, jedzenie, randka, odpowiedni strój, kwiaty, światło, komfort, a przede wszystkim troska o siebie, miłosne zalecanie się do siebie, aluzje, wiadomości, liściki, uprzejmości i pełno innych rzeczy. Seks wieczorem często się zaczyna od śniadania rano. Na pewno wymaga to większego poświęcenia i wysiłku - jednej i drugiej osoby. Z pozytywnych skutków, żeby chciało się seksu, trzeba go często praktykować - hormony które się przy tej okazji wytwarzają, zwiększają w perspektywie chęć na kolejne razy
Meduza pisze: ↑2025-03-10, 19:26
szkoda że się o tym nie mówi..
Mówi się, tylko musisz być w odpowiednim środowisku. Na kursach NPR nie usłyszysz, ale w gronie małżeństw już tak.