Katarzyna1234 pisze: ↑2025-03-12, 17:13
Leki działają,według tego co było kiedyś to jest wielka różnica.Od samej mojej pani psychiatry usłyszałam,że te leki co biorę są najlepsze jeśli chodzi o ocd.Drugie zapytałam czy myśli natrętne mogą całkowicie zniknąć czy wogóle leki mogą to całkowicie wyciszyć.
Nie nie mogą,to ze mną zostanie.Muszę nauczyć się z tym żyć,z ocd.Czuję się jakbym przegrała życie.Bo tak jest.Na terapii rozmawiam o Bogu.Ale o skrupułach rozmawiam ze spowiednikiem.Wiem,że muszę zacząć działać,wiem o tym,że muszę przełamać się i zacząć przyjmować Komunię Św.bo inaczej to nigdy się nie skończy.A ja tak nie chcę.Przez to wszystko ciągnie mnie spowrotem do autoagresji.Brak mi już motywacji do działania.Ale zaczyna coś do mnie docierać.Widzę ile postów już napisałam,widzę ile się to ciągnie,moja walka.Wiem,że nie powinnam wierzyć swoim myślom.Ale mam poczucie przegranej.
Trudno jest mi zaakceptować ocd i tym bardziej na tle religijnym-wiara,Pan Bóg to jest to na czym mi najbardziej zależy Będę dalej walczyć,nie przestanę wierzyć.Pomimo nie najlepszego stanu psychicznego nie poddam się.
Moja depresja (a w zasadzie ChAD) również ze mną zostanie. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że do końca życia będę musiał przyjmować leki i bardzo nikłe, że do końca życia utrzyma się remisja. Jestem w jakiś sposób "skazany" na czujność i podejrzliwość wobec stanów zarówno melancholijnych jak i podwyższonego nastroju co wprowadza w moje życie pewien rodzaj lęku. Leki działają na mnie jak pancerz "upośledzając" mnie na płaszczyźnie emocjonalnej. Mam kłopot z odczuwaniem, rozpoznawaniem, nazywaniem, wyrażaniem, rozładowywaniem uczuć. Czy czuję się przegrany - nie.
Może w braku akceptacji jest tkwi część problemu. Gajdowie napisali kiedyś (z pamięci):
"bywa, że aby cokolwiek zmienić najpierw musimy to zaakceptować", natomiast ks. K. Grzywocz mawiał, że (z pamięci)
"choroba czy zaburzenie przychodzi po to, by coś nam pokazać". I nie chodzi mi o to, że zaburzenie jest czymś "normalnym" czy właściwym, ale zmiana perspektywy poszerza punkt widzenia.
Ja poniekąd nauczyłem się mojej choroby, zaakceptowałem ją. Dałem jej w sobie miejsce, a może po prostu uznałem ją za część siebie. Dzięki temu nie szarpiemy się, a "rozmawiamy". Traktujemy się łagodniej. Nie muszę już walczyć stosując autoagresję, autodestrukcję, autonienawiść, samobójstwo, egoizm, a przynajmniej nie na taką skalę.
Bogu najbardziej zależy na Tobie, nie na tym byś spełniała ludzkie wymagania.