sądzony pisze: ↑2025-07-31, 23:48
Kościół niczego ode mnie nie wymaga. Daje mi wolność wyboru. Ja rozumiem to tak, że nie muszę rozumieć dogmatu. Raczej powinienem go przyjęć, zaufać, uwierzyć, jeżeli chcę pozostać we wspólnocie. Wydaje mi się, że „zwykły wierny” nie musi znać tomizmu czy arystotelizmu i większość nie zna. Mi podoba się podejście Kościołów Wschodnich, które skupiają się na tym, że Bóg jest w chlebie, a nie jak On tam jest. To czym jest transsubstancjacja jest dla nich Tajemnicą w pozytywnym sensie. I wydaje mi się, że tak podchodzi do tego również „przeciętny” wierny KrK.
Moje rozdzielenie wiary od filozofii polega na tym, że jakoś szczególnie ich nie łącze, ale z pewnością robię to nieświadomie.
Ok. jesteś "kolejnym" przykładem katolika jaki poznałem, który źle interpretuje nauką Kościoła KRK w tej kwestii.
Katechizm:
"Dogmaty wiary
88 Urząd Nauczycielski Kościoła w pełni angażuje władzę otrzymaną od Chrystusa, gdy definiuje dogmaty, to znaczy, gdy w formie zobowiązującej lud chrześcijański do nieodwołalnego przylgnięcia przez wiarę przedkłada prawdy zawarte w Objawieniu Bożym lub kiedy proponuje w sposób definitywny prawdy, mające z nim konieczny związek." [
http://www.katechizm.opoka.org.pl/rkkkI-1-2.htm ]
I żeby znów nie było dyskusji o interpretacjach... warto pamiętać, że Katechizmy Kościoła również przechodziły różne etapy poprawek i wydań. Dlatego najlepiej odwoływać się także do starszych źródeł, bo język oficjalnych dokumentów Kościoła w dzisiejszych czasach jest znacznie łagodniejszy niż jeszcze 50 czy 100 lat temu w kwestiach takich jak posłuszeństwo wobec dogmatów czy rola Urzędu Nauczycielskiego. Dawniej ton był znacznie bardziej stanowczy i bezkompromisowy – dziś natomiast, choć treść pozostaje ta sama, forma jej wyrażania jest często złagodzona. Warto to mieć na uwadze, by nie mylić zmiany tonu z faktyczną zmianą doktryny.
Więc wpierw zajrzyjmy do Encyklopedii Katolickiej:
"(...)Jednak zgodnie z długoletnim zwyczajem dogmat jest obecnie rozumiany jako prawda dotycząca wiary lub moralności, objawiona przez Boga, przekazana przez Apostołów w Piśmie Świętym lub przez Tradycję i przedstawiona przez Kościół do przyjęcia wiernym......(.....) teologowie ograniczają to określenie do doktryn uroczyście zdefiniowanych przez papieża lub sobór powszechny, podczas gdy prawda objawiona staje się dogmatem nawet wtedy, gdy jest proponowana przez Kościół poprzez jego zwyczajne Magisterium lub urząd nauczycielski. Dogmat implikuje zatem dwojaki związek: z objawieniem Bożym i z autorytatywnym nauczaniem Kościoła.
(....)
Prawdy formalnie i wyraźnie objawione przez Boga są z pewnością dogmatami w ścisłym sensie, gdy są proponowane lub definiowane przez Kościół. Takie są artykuły Wyznania Apostolskiego. Podobnie, prawdy objawione przez Boga formalnie, ale tylko dorozumianie, są dogmatami w ścisłym sensie, gdy są proponowane lub definiowane przez Kościół. Takimi na przykład są doktryny o Transsubstancjacji, nieomylności papieża, Niepokalanym Poczęciu, niektóre nauki Kościoła o Zbawicielu, sakramentach itd. Wszystkie doktryny zdefiniowane przez Kościół jako zawarte w objawieniu są rozumiane jako formalnie objawione, wyraźnie lub domyślnie. Dogmatem wiary jest to, że Kościół jest nieomylny w definiowaniu tych dwóch klas prawd objawionych; a świadome zaprzeczenie jednemu z tych dogmatów z pewnością wiąże się z grzechem herezji.
(....)
..nieomylność Kościoła jednak w odniesieniu do tych prawd jest doktryną Kościoła teologicznie pewną, której nie można prawnie zaprzeczyć – i chociaż zaprzeczenie dogmatu kościelnego nie byłoby herezją w ścisłym tego słowa znaczeniu, mogłoby pociągać za sobą zerwanie więzi wiary i wykluczenie z Kościoła przez anatemę lub ekskomunikę kościelną. [ Encyklopedia Katolicka,
https://www.newadvent.org/cathen/05089a.htm ]
Ale w kontekście Twojej sytuacji i tego co piszesz, jest taka katolicka strona, w której katolicy mogą zadawać pytania i specjaliści katoliccy, zazwyczaj wykształceni teologowie, czy księża odpowiadają. I tak padło pytanie i odpowiedź:
"Pytanie:
Jak mogę oczekiwać, że zaakceptuję dogmat Kościoła, w który po prostu nie wierzę?
Odpowiedź:
Dogmaty, w przeciwieństwie do kwestii roztropnego osądu w implementowaniu doktryny Kościoła, nie są opcjonalne. Pierwsze, o co bym zapytał, to: "Czy naprawdę zbadałeś dogmat, z którym się nie zgadzasz?" Jeśli nie, ważne jest, abyś przeczytał odpowiednie sekcje Katechizmu Kościoła Katolickiego dotyczące tego dogmatu. Ponadto, czy rozmawiałeś z dobrym kapłanem lub świeckim na temat swojej niewiary? Mogą oni być w stanie odpowiedzieć na niektóre z twoich obaw.
Dodatkowo, czy podjąłeś tę sprawę w szczerej modlitwie, w szczególności prosząc Pana, aby cię oświecił?
Zachęcałbym cię, abyś zrobił te trzy rzeczy. Jeśli po tym nadal nie wierzysz, zachęcałbym cię, abyś zaufał Kościołowi Chrystusowemu jako narzędziu zbawienia od Pana, które dlatego nie może nauczać błędu (zob. Mt 16,18-19, J 16,13, 1 Tm 3,15), zamiast polegać na własnym, omylnym osądzie.
Wnioskuję, że jesteś katolikiem. Wielu ludzi wstąpiło do Kościoła, wciąż borykając się z konkretnymi naukami katolickimi. Zaufali jednak Kościołowi i modlili się do Jezusa: "Wierzę. Pomóż mojej niewierze." Biorąc pod uwagę to, czym jest Kościół, jest to modlitwa, którą należy odmawiać żarliwie i wytrwale, ilekroć ktoś boryka się z niewiarą w nauczanie katolickie." [
https://www.catholic.com/qa/what-to-do- ... ve-a-dogma ]
Czyli dogmaty nie są opcjonalne, nawet jeśli masz trudności z wiarą w dany dogmat - to wtedy powinieneś zaufać autorytetowi Kościoła...czyli jak byś nazwał taką wiarę w dogmat, z którym masz trudności żeby wierzyć?
I tak np. przy okazji wyjaśniania dogmatu "Niepokalanego Poczęcia" artykuł relacjonuje ks. prof. Grzegorza Bartosika:
"Dnia 8 grudnia 2024 roku mija 170. rocznica ogłoszenia w Kościele katolickim dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Dotyczy on bezgrzesznego poczęcia Matki Bożej. Jak zaznacza mariolog, ks. prof. Grzegorz Bartosik, katolik zobowiązany jest do przyjęcia wszystkich dogmatów. W przeciwnym razie sam wyłącza się z Kościoła.
(...)
Ekspert podkreślił, że każdy katolik powinien przyjąć dogmaty w duchu wiary i posłuszeństwa Panu Bogu i Kościołowi. „W przeciwnym razie wyłącza się ze wspólnoty Kościoła” – wyjaśnił. " [
https://wszystkoconajwazniejsze.pl/pepi ... cio%C5%82a. ]
Albo źródła, które głoszą w duchu "tradycjonalistycznego Kościoła", czyli w duchu kiedy była jeszcze "Tradycyjna Msza Łacińska" oficjalnie w Kościele. Na tej stronie, w której wypisali wszystkie dogmaty Kościoła, na wstępie piszą:
"Kościół katolicki jest jeden w wierze, jeden w sakramentach, jeden w rządzeniu. Jedność wiary istnieje, ponieważ jeśli katolik odrzuci choćby jeden artykuł swojego Credo, przestaje być katolikiem. Ponadto, naucza tej samej doktryny, której nauczał na początku i będzie nauczał do końca.
Jeśli osoba ochrzczona świadomie i dobrowolnie zaprzeczy lub podważy dogmat, popełnia grzech herezji i automatycznie podlega karze ekskomuniki.
Poniższa lista nieomylnie ogłoszonych dogmatów wiary katolickiej pochodzi z pracy dr. Ludwiga Otta „Fundamentals of Catholic Dogma” (Podstawy Dogmatu Katolickiego), wydanej przez Mercier Press Ltd., Cork, Irlandia, w 1955 roku, z Imprimatur Biskupa Korneliusza." [
https://www.virgosacrata.com/mission ]
Masz też wyjaśnienie katolickiego apologety Davea Armstronga
https://www.ncregister.com/blog/catholi ... c-teaching
Podsumowując..... Mówisz:
"Kościół niczego ode mnie nie wymaga" i
"nie muszę rozumieć dogmatu" - ale właśnie oficjalne źródła katolickie, czyli nauka UNK, mówią dokładnie przeciwnie:
"dogmaty nie są opcjonalne",
"katolik zobowiązany jest do przyjęcia wszystkich dogmatów",
"w przeciwnym razie wyłącza się z Kościoła".
Twoje podejście -
"Bóg jest w chlebie, a nie jak On tam jest" - brzmi bardzo biblijnie i wschodnio-chrześcijańsko. Ale problem w tym, że Kościół Zachodni zdefiniował
"jak" (transubstancjacja)
jako dogmat - czyli coś, w co musisz wierzyć.
I tu jest cały problem - ty naturalnie oddzielasz wiarę od filozofii, czujesz, że to różne rzeczy. Ale
oficjalny Kościół je połączył w dogmatach. Więc de facto sympatyzujesz z moim protestanckim podejściem - prostota wiary bez filozoficznych komplikacji.
A w kontekście
"Wydaje mi się, że „zwykły wierny” nie musi " - jako były katolik mogę ci powiedzieć, że wielu nie tyle nie musi, co nawet tego nie rozumie. Kiedy pytalem się niektórych jak rozumieją Eucharystię, to jest- "duchowa obecność, a nie fizyczna" , z zaznaczeniem, że oni wprost rozumieją definicję jako fizyczna obecność w chlebie - i to nie ja im to sugerowałem.
sądzony pisze: ↑2025-07-31, 23:48
Wydaje mi się, że jest to łatwiejszy sposób dla nauczania „masowego” oraz dla kultury zachodniej. W relacji „uczeń – mistrz” i / lub kulturze wschodniej może to wyglądać inaczej.
Ale to jest właśnie ciekawy punkt - czy rzeczywiście "poznanie dyskursywne" jest łatwiejsze dla "nauczania masowego"?
Spójrz na fakty:
- Jezus nauczał "masowo" - tysiące ludzi słuchało przypowieści bez filozofii
- Apostołowie głosili "masowo" - Kościół rósł szybko bez arystotelesowskiej metafizyki
- Pierwsi chrześcijanie - prości ludzie, niewolnicy, rzemieślnicy - przyjmowali wiarę bez "poznania dyskursywnego"
A teraz? Zwykły katolik nie rozumie, co się dzieje w Eucharystii, bo musi znać "substancję" i "przypadłość".
Dzieci w szkole męczą się z katechizmem pełnym filozoficznych terminów. Czy to naprawdę "łatwiejsze" dla "nauczania masowego"?
Może odwrotnie - "język Obecności" (przypowieści, obrazy, doświadczenie) jest naturalnie bardziej dostępny dla mas? A "poznanie dyskursywne" to elitarne podejście, które odcina prostych ludzi od wiary? Kultura zachodnia może preferuje "dyskursywność", ale czy to znaczy, że Ewangelia ma się jej podporządkować? Czy nie powinna być odwrotnie - kultura powinna się otworzyć na Boży sposób komunikacji?
Może problem leży właśnie w tym, że Kościół dostosował się do kultury filozoficznej, zamiast odwrotnie, transformować ją Ewangelią?
sądzony pisze: ↑2025-07-31, 23:48
Nauczał Obecnością bo Był również fizycznie, cieleśnie, materialnie. To było dużo łatwiejsze. Później byli ci, którzy Go znali – nadal Był bardziej „namacalny”. Dalej byli ci którzy znali tych, którzy znali Jezusa, a zatem nadal unosił się Jego zapach. Dalej, aby Słowo, Syn, Objawienie, Ewangelia rozlała się na cały świat i na wsze czasy „musiało” zostać usystematyzowane, a to zawsze wiąże się z pewnymi ograniczeniami. Oczywiście można było wyjść na pustynie i zostać anachoretą, ale wspólnota „wymagała” struktury. A jest tak, że nadawanie czemuś nazwy, przyporządkowywanie do słowa odziera to „pojęcie” z tego czym jest, ale w tym słowie się nie mieści.
Rozumiem twój punkt, ale czy rzeczywiście "systematyzacja" musiała oznaczać "filozofizację"?
Zgoda - Jezus był fizycznie obecny, Apostołowie Go znali osobiście. Ale czy dlatego późniejsze pokolenia musiały zastąpić "język Obecności" "językiem filozofii"?
Spójrz na alternatywy:
- Kościoły Wschodnie - systematyzowały wiarę, ale bardziej przez liturgię, ikonografię, modlitwę niż przez filozofię
- Tradycja monastyczna - struktury, reguły, ale oparte na duchowym doświadczeniu, nie na metafizyce
- Biblia sama - systematyczna (kanon, porządek), ale bez arystotelesowskich kategorii
Czy nie można było "usystematyzować" biblijnie - przez creda, liturgie, sakramenty -
bez importowania pogańskiej filozofii?
Twój punkt o
"odzieraniu pojęcia z tego, czym jest" to świetna obserwacja! Ale czy nie pokazuje to właśnie problemu z systematyzacją przez filozofię?
"Substancja" i "przypadłość" odzierają Eucharystię z jej żywej rzeczywistości i zamykają ją w abstrakcyjnych kategoriach. Może prawdziwy "język Obecności" to właśnie nie dawanie "nazw" i "przyporządkowywanie do słów", ale pozostawanie przy prostocie "To jest Moje Ciało" - bez filozoficznych "ulepszerń"?
Czy "struktura wspólnoty" naprawdę wymagała Arystotelesa, czy może wystarczyłaby struktura biblijna?
sądzony pisze: ↑2025-07-31, 23:48
Moim zdaniem to było naturalne. Wiara to indywidualna relacja z Bogiem oraz relacja wspólnotowa. Mistyka i misterium, niedyskorsywność i logika. Relacja wspólnotowa to Kościół, relacja indywidualna w skrajnym przedstawieniu to anachoretyzm (eremityzm), a pośrednia to mnisi w zakonach.
Rozumiem, że widzisz to jako "naturalne", ale pytanie brzmi:
czy rzeczywiście było nieuniknione?
Zgoda - wiara ma wymiar wspólnotowy i indywidualny. Ale dlaczego "relacja wspólnotowa" musiała prowadzić do filozoficznej "dyskursywności"?
Mamy przykłady innych możliwości:
- Judaizm - wspólnota, struktura, tradycja, ale oparta na Tanachu i życiu według Tory, nie na greckiej filozofii
- Pierwotny Kościół - wspólnota, struktura (starsi, diakoni), ale biblijna, nie filozoficzna
- Kościoły Wschodnie - wspólnotowość, ale więcej liturgii i mistyki, mniej scholastyki
Może "naturalność" filozofizacji była "naturalną" dla konkretnej kultury (greckiej), ale nie dla samej wiary? Bo Ci poganie wychowali się na filozfoii i nie potrafili patrzeć na objawienie, jak np. Żydzi?
Twoje rozróżnienie na mistykę/misterium a logikę to świetny punkt.
Ale czy "logika" musi być filozoficzną logiką? Czy nie może być "logiką biblijną" - opartą na objawieniu, a nie na Arystotelesie? Czy "relacja wspólnotowa" naprawdę wymaga systemów filozoficznych, czy może wystarczy wspólne czytanie Pisma, liturgia, "sakramenty" - bez metafizycznych "wyjaśnień"?
Może różnica między nami polega na tym, że ty widzisz filozofię jako "naturalny" rozwój,
a ja jako "niepotrzebne" skomplikowanie prostoty Ewangelii?
sądzony pisze: ↑2025-07-31, 23:48
Moim zdaniem to banalnie proste – bo byśmy się pogubili.
Ale czy rzeczywiście
"pogubilibyśmy się" bez filozofii?
Spójrz na historię:
- Pierwsze 300 lat Kościoła - "język Obecności" bez systematycznej filozofii, a Kościół rósł szybko i zdrowo
- Judaizm przez tysiące lat - "język Obecności" (Tora, Prorocy, tradycja), bez greckiej metafizyki, a zachował swoją tożsamość
- Kościoły Wschodnie - mniej scholastyki, więcej mistyki, a nie są bardziej "pogubione" niż Zachód
A teraz spójrz na konsekwencje "filozoficznego ratunku":
- Rozłam 1054 roku - czy nie przyczyniły się do tego filozoficzne różnice?
- Reformacja - reakcja na przefilozofizowanie wiary
- Współczesny kryzys wiary - czy zwykli ludzie nie czują się odcięci od Boga przez niezrozumiałe kategorie?
- Ojcowie Kościoła błądzący przez filozofię –
Orygenes (kastoracja, preegzystencja dusz, wpływy platonizmu, potępiony na II Soborze Konstantynopolitańskim za apokatastazę i błędną kosmologię), Tertulian (wpływy stoicyzmu, skrajny legalizm, popadł w montanizm – uznany za heretyka przez Kościół), Augustyn (neoplatońska pogarda dla materii, teoria predestynacji, potępiona częściowo przez II Synod w Orange 529), Ewagriusz z Pontu (oriański dualizm ducha i materii, wpływy gnozy i platońskiej kontemplacji, potępiony wraz z Orygenesem), Jan Szkot Eriugena (neoplatonizm, panteizm, potępiony przez papieża Honoriusza III), Justyn Męczennik (stoicyzm i platonizm, logos jako rozum powszechny – początek chrześcijańskiego filozofizmu, zacieranie granic Objawienia), Klemens Aleksandryjski (łączenie chrześcijaństwa z grecką filozofią, niejasna chrystologia, wpływy gnozy – nieuznany oficjalnie za świętego ani doktora Kościoła), Ireneusz z Lyonu (teoria rekapitulacji, wpływy stoicyzmu i platonizmu, głosił że Jezus dożył ok./albo nawet więcej niż 50 lat – pogląd sprzeczny z Ewangelią, później zarzucony), Grzegorz z Nyssy (neoplatońska eschatologia, nauka o apokatastazie – nieformalnie krytykowana, ale nigdy wprost potępiona), Bazylego też oskarżano o neoplatońskie wpływy (choć był ostrożniejszy), a nawet Ambrożego (który przejął wiele elementów platonizmu i alegoryzmu od Filona i Orygenesa)...itd można by wymieniać i wymieniać.....negatywne wpływy filozofii...
Może prawdziwe
"pogubienie" to właśnie zastąpienie prostego "języka Obecności" skomplikowanymi systemami, które tylko elita rozumie? Czy rybacy z Galilei byli "pogubieni" bez Arystotelesa? Czy św. Antoni Pustelnik był "pogubiony" bez tomizmu? Czy tysiące prostych świętych było "pgubionych" bez filozofii?
Może "pogubienie" to nie brak systemu,
ale utrata prostej relacji z Bogiem przez nadmiar teoretyzowania? Jak myślisz - kto jest bardziej "pogubiony" -
prosty wierzący czytający Biblię czy teolog plączący się w metafizycznych subtelnościach?
sądzony pisze: ↑2025-07-31, 23:48
Myślę, że to już wyjaśniłem. Moim zdaniem nie zaczął. Po prostu, z tego co ogarniam to KrK na tle całego chrześcijaństwa przykłada do niego szczególną wagę. Dlaczego tak jest? … bo jest zachodni i z pewnością również dzięki św. Tomaszowi i Arystotelesowi. Ale to moje gdybania. Mamy jednak znaki, sakramenty, modlitwy, które skutecznie łączą rozumowe z ponadrozumowym.
Rozumiem twój punkt o
"znakach, sakramentach, modlitwach", ale czy nie widzisz tu pewnej sprzeczności?
Z jednej strony mówisz, że Kościół
"nie zaczął" przedkładać poznania dyskursywnego nad "język Obecności". Z drugiej przyznałeś, że KRK
"przykłada do tego szczególną wagę" "dzięki św. Tomaszowi i Arystotelesowi".
Ale czy to nie jest właśnie dowód na to, o czym mówię? Św. Tomasz to XIII wiek - tysiąc lat po Chrystusie!
Przez te tysiąc lat "jakoś" Kościół funkcjonował w "języku Obecności". Co się zmieniło aż po 1000 latach, że niechciane i potępiane wcześniej postulaty Arystotelesa, stały się nagle świetnym podłożęm pod doktrynę o objawieniu?
Czy
"szczególna waga" przywiązywana do filozofii nie zmieniła charakteru Kościoła Zachodniego? Czy nie doprowadziła do sytuacji, gdzie zwykły wierny czuje się "mniej katolicki", bo nie rozumie "transubstancjacji"?
Twoje "znaki, sakramenty, modlitwy" to właśnie "język Obecności"! Ale problem polega na tym, że oficjalne nauczanie KRK definiuje te sakramenty przez filozoficzne kategorie. Eucharystia nie może być "tylko" tajemnicą -
musi być "transubstancją".
Czy widzisz tę różnicę? Ty naturalnie łączysz "rozumowe z ponadrozumowym",
ale system forsuje "rozumowe" kosztem "ponadrozumowego".
Może dlatego czujesz się bardziej "wschodnio" - bo intuicyjnie preferujesz "język Obecności" nad dyskursywne definicje?
sądzony pisze: ↑2025-07-31, 23:48
A jak czegoś nie rozumiem to nie mogą przeczytać Orygenesa co o tym pisał?
Oczywiście, że możesz czytać Orygenesa!
Ale widzisz różnicę między
"Czytam Orygenesa, żeby lepiej zrozumieć Biblię" a
"Muszę przyjąć orygenesowską interpretację" ponieważ Kościół zdefiniował na niej dogmat?
Problem zaczyna się, gdy interpretacje Orygenesa (czy innych Ojców) stają się normą obowiązującą dla całego Kościoła.
Gdy jego filozoficzne kategorie definiują dogmaty.
Zresztą sam Orygenes jest dowodem tego, o czym mówię! Jego filozoficzne spekulacje (preegzystencja dusz, apokatastaza) zostały później potępione jako błędne.
Gdyby trzymał się bliżej Biblii, uniknąłby tych błędów.
sądzony pisze: ↑2025-07-31, 23:48
Myślę, że wielu katolików tak wierzy.
Widzisz - ty sam potwierdzasz, że
"wielu katolików tak wierzy" -
prosto, biblijnie, bez filozoficznych komplikacji.
To pokazuje, że naturalna wiara nie potrzebuje arystotelesowskich "poprawek". Zwykli ludzie intuicyjnie wiedzą, że Słowa Jezusa wystarczają.
Twoja obserwacja wspiera mój punkt - Słowo Boże jest wystarczające. Prosta wiara jest pełna. Filozoficzne dodatki to nie konieczność - to wybór.
sądzony pisze: ↑2025-07-31, 23:48]
Myślę, że nikt nie tłumaczy Biblii filozofią. Myślę, że wielu czyta Biblię w ten sposób. Nie widzę jednak problemu w rozmyślaniu o Bogu, o ile ostatecznie prowadzi ono ku Obecności i relacji.
No jak nikt? Cały ten wątek się zaczął, bo tak się właśnie stało..... zobacz początek,
@Moby napisał:
"Potocznie mówi się, że św. Augustyn "ochrzcił Platona", a Tomasz z Akwinu "ochrzcił Arystotelesa".
Ojcowie Kościoła byli całkiem nieźle wykształceni klasycznie i zaadaptowali wiele greckich pojęć filozoficznych do chrześcijaństwa.
Tylko że, czy było to właściwie konieczne, aby używać tej "świeckiej", "cywilnej" filozofii w tym celu?
Czy nie jest to przypadek?
Po prostu na drodze z Jerozolimy do Rzymu znajdowały się Ateny..."
sądzony pisze: ↑2025-07-31, 23:48
Rozumiem. Dla mnie Słowo to nie „jedynie” Pismo Święte.
„Na początku było Słowo
a Słowo było u Boga
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało (…)”
J 1, 1-3
Gdy mówię "ufać Słowu", mam na myśli dokładnie to, co przytaczasz - Słowo jako Logos, Chrystus, żywa Osoba. Nie tylko teksty biblijne, ale Tego, który "stał się ciałem".
I tu jest ciekawy punkt: Jan używa greckiego słowa "Logos",
ale nie przyjmuje greckiej filozofii Logosu. Dla Greków Logos to była bezosobowa zasada rozumu.
Jan pokazuje, że Logos to Osoba - Jezus, czyli nie adoptuje ich sposobu opisu i rozumienia rzeczywistości, tylko pokazuje inną, że oni się mylą - używając ich języka pojęciowego aby mogli go lepiej zrozumieć.
Więc zgadzamy się fundamentalnie - Słowo to żywy Chrystus. Pytanie brzmi - czy "rozmyślanie o Bogu"
musi prowadzić przez arystotelesowskie kategorie, czy może prowadzić biblijnie - przez kontemplację Słowa, które "stało się ciałem"?
Twoje stwierdzenie -
"o ile ostatecznie prowadzi ku Obecności i relacji" - brzmi bardzo mądrze. Może różnica między nami leży w ocenie - czy filozofia rzeczywiście prowadzi do Obecności, czy może czasem od niej oddala? Chyba nie po to ostrzegał Paweł przed filozofią,
"Uważajcie, aby kto was nie zniewolił przez filozofię i puste oszustwo, oparte na ludzkiej tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie" (Kol 2, 8) by teraz ryzykować, nie?