Kalart pisze: ↑2025-11-16, 22:49
Przeemek pisze: ↑2025-11-16, 22:12
1. Kim jest człowiek? (konkretnie Ty)
Jesteś przypadkowym produktem biochemicznych reakcji, czy podmiotem zdolnym do prawdy, dobra i sensu?
Oba. Nie widzę, by te tezy w jakikolwiek sposób sobie przeciwstawiały.
Ale to nie działa razem, bo:
- Jeśli jestem tylko biochemią + przypadek = to moje myśli są tylko reakcjami chemicznymi. Nie mogę ufać, że są prawdziwe, tylko że są biochemicznie zdeterminowane.
- Jeśli mam zdolność poznawać obiektywną prawdę ==
to mój umysł musi być czymś więcej niż tylko materią reagującą na bodźce.
Nie możesz mieć obu. Jeśli natura człowieka jest tylko materią, to wszystko co myślisz - łącznie z twoim ateizmem - jest tylko efektem działania neuronów, nie poznaniem prawdy.
Zobacz, dlaczego miałbym uwierzyć w twoją argumentację, jeśli sama jest tylko "produktem biochemii", a nie rozumowaniem skierowanym ku prawdzie?
To nie ja stawiam cię przed wyborem -
to logika. Albo jesteś w stanie poznać prawdę (wtedy jesteś czymś więcej niż materią), albo jesteś tylko materią (wtedy twoje poznanie jest iluzją).
Kalart pisze: ↑2025-11-16, 22:49
Przeemek pisze: ↑2025-11-16, 22:12
2. Jaki jest cel życia?
Nie „co można robić”, ale co jest ostatecznie warte zachodu i dlaczego?
Nie wiem, czy życie ma cel. Jeśli nie ma osobowego Absolutu, życie samo w sobie nie ma celu, a jest efektem działania takiej, a nie innej fizyki, a tym mechanizmów ewolucji.
Cele życia wyznaczają - sami sobie - ludzie.
Co może być ostatecznie warte zachodu? Rozwój ludzkości. Bo wtedy ma się swój udział w czymś, co być może będzie istnieć wiecznie. Nawet, jeśli już bez własnego udziału. "Wybudowałem sobie pomnik, twardszy niż ze spiżu..."
Celem może być osiągnięcie długowieczności, a docelowo nieśmiertelności. Potem życie każdy może wypełniać czym chce.
Kalart, zatrzymajmy się tu na moment,
bo to jest najważniejsze.
Piszesz:
"Nie wiem, czy życie ma cel. Jeśli nie ma osobowego Absolutu, życie samo w sobie nie ma celu."
Ale jeśli życie nie ma celu - to po co w ogóle powstało?
Naturalista odpowie:
"Po prostu powstało. Fizyka, chemia, ewolucja - to wszystko." Ale czy to naprawdę odpowiada na pytanie?
Dlaczego w ogóle istnieje cokolwiek, zamiast nic? Dlaczego z chaosu cząstek powstała świadomość, która zadaje pytanie o cel? Dlaczego każdy człowiek - niezależnie od kultury, epoki, religii - odczuwa, że życie powinno mieć sens?
To nie jest przypadkowa cecha ewolucyjna.
To jest fundamentalne doświadczenie człowieczeństwa. I ono domaga się wyjaśnienia.
Piszesz:
"Ludzie sami sobie wyznaczają cele"
Ok. Załóżmy, że tak.
Ale zadaj sobie pytanie:
Czy kiedykolwiek jakikolwiek cel, który sam sobie wyznaczyłeś, naprawdę zaspokoił twoje wewnętrzne pragnienie? Osiągnąłeś coś. I co? Szukasz kolejnego celu. Zdobyłeś wiedzę, sukces, związek, uznanie. I co?
Po chwili znowu czujesz pustkę.
"Rozwój ludzkości" brzmi pięknie - ale czy naprawdę wierzysz, że gdy umrzesz, to zadowolenie, że
"mój pomnik przetrwa", da ci spokój?
Nigdy nie da. Bo nie o to człowiekowi chodzi. Ludzie wymyślają sobie cele -
ale te cele nigdy ich nie wypełniają. Dlaczego? Bo człowiek nie jest stworzony do wymyślania celów,
tylko do odkrycia swojego celu. I to jest różnica między naturalistycznym
"wyznaczam sobie cel" a chrześcijańskim
"mam cel, który odkrywam".
W naturalizmie:
Wymyślam sobie sens -> ale w głębi wiem, że to iluzja.
Wszystko, co zrobię, zginie -> więc po co w ogóle?
Mogę sobie powiedzieć "ważne jest tu i teraz" -> ale to tylko uspokajanie siebie, nie odpowiedź na pytanie.
W chrześcijaństwie:
Nie wymyślam celu - odkrywam, że zostałem stworzony z celem.
Moje życie ma sens niezależnie od tego, co osiągnę - bo jestem ukochany przez Boga.
Nic, co zrobię z miłością, nie zginie - bo wieczność czeka.
Widzisz różnicę? To nie jest tylko "inna filozofia".
To jest pytanie o to, czy twoje życie ma wartość realną, czy tylko wyimaginowaną.
Zresztą, kiedy mówisz:
"Cele życia wyznaczają sami sobie ludzie. Moim celem może być rozwój ludzkości, bo wtedy mam udział w czymś, co będzie istnieć wiecznie." Ale wiesz równie dobrze jak ja, że wszechświat umrze. Entropia, śmierć cieplna kosmosu, koniec wszelkiego życia i struktury. Wszystko, co ludzkość kiedykolwiek osiągnie - zniknie. Twój
"pomnik twardszy niż ze spiżu" zginie razem z wszechświatem.
Więc co naprawdę jest sensem?
Jeśli wszystko kończy się unicestwieniem, to czym różni się życie człowieka od kamienia, który spadł z góry? Oba trwają chwilę i giną bez śladu.
A kiedy mówisz:
"osiągnięcie nieśmiertelności".
To już jest wiara, nie nauka. To nadzieja, nie dowód. Naturalista, który mówi
"może nauka da nam nieśmiertelność" - wierzy w to samo, co chrześcijanin mówiący
"może Bóg da nam życie wieczne". Różnica jest tylko taka, że ty pokładasz wiarę w to, czego nie widziałeś (postęp nauki), a odrzucasz to, co ma świadectwo (zmartwychwstanie Chrystusa).
I teraz widzisz problem? Ty wierzysz w nieśmiertelność przez naukę, choć nie masz na to żadnych dowodów. Ja wierzę w nieśmiertelność przez Boga - i mam świadectwo - zmartwychwstanie Chrystusa, historycznie udokumentowane. A ty je odrzucasz. Nie dlatego, że nie ma dowodów - tylko dlatego, że nie chcesz ich przyjąć, dlatego, że wymaga
to zmiany.....
Kalart pisze: ↑2025-11-16, 22:49
Przeemek pisze: ↑2025-11-16, 22:12
3. Skąd bierzesz kryterium tego, co dobre i prawdziwe?
Jeżeli mówisz, że „opierasz się na konsensusie ekspertów”, to dotyczy to fizyki czy biologii – ale eksperci nie wydają wyroków o sensie istnienia, miłości, przebaczeniu, winie, nadziei, śmierci...itd.
Nie byłbym taki pewny. Prawdziwością jak najbardziej nauka się zajmuje.
Filozofia zajmuje się etyką, a etyka to dział zajmujący się tym, co dobre.
Dobro i zło to pojęcia intersubiektywne. Wcale nie trzeba Boga, by dojść do wniosku, że kradzież jest zła.
Etyk bez problemu przeprowadzi rozumowanie, że choć kradzież może wydawać się dobra z punktu widzenia złodzieja, to jest zła z punktu widzenia społeczeństwa.
Zaś co dobre dla społeczeństwa, dobre jest dla członków tego społeczeństwa.
Punkt widzenia złodzieja jest krótkowzroczny. Choć kradzież przynosi mu nagłą korzyść, to strata wynikająca z życia w społeczeństwie tolerującym kradzież byłaby znacznie większa.
Po pierwsze, samemu złodziejowi można ukraść łup. Po drugie, jak wszystko może zostać skradzione, to spadają chęci do uczciwej pracy - aż do punktu, gdy nie ma po prostu czego kraść, bo niemal nic nie jest tworzone. Wszystko konsumowane na bieżąco.
Można potraktować to jako zagadnienie z teorii gier - optymalne dla każdego jest, by wszyscy zrezygnowali z kradzieży.
To takie skrócone uzasadnienie, czemu kradzież jest zła i powinna być zakazana. Nawet złodzieje co do zasady to rozumieją i swój "fach" traktują jako hazard ze społeczeństwem.
Nawet złodziej potrafi powiedzieć, że kradzież jest zła i powinna być karana.
Nie będę za to stanowisko umierał, ale uważam, że istnieje konsensus wśród ekspertów - czyli filozofów - co do tego, co jest dobre, a co złe w przypadku podstawowych kwestii.
Nawet teolodzy nazywają to moralnością naturalną, którą można uzasadniać bez potrzeby Boga.
Piszesz:
"Dobro i zło to pojęcia intersubiektywne. Nie trzeba Boga, by dojść do wniosku, że kradzież jest zła."
Twój błąd polega na tym, że
mylisz użyteczność z prawdziwością,
konsensus z obiektywnością, a
intersubiektywność z rzeczywistością.
Teoria gier wyjaśnia
„jak to działa", nie
„dlaczego to jest prawdziwe".
Twoje rozumowanie z teorii gier jest poprawne opisowo – wyjaśnia, dlaczego ludzie współpracują i dlaczego zakaz kradzieży
jest użyteczny. Ale to
nie czyni kradzieży
naprawdę złą – tylko
niepraktyczną.
A zastanawiałeś się dlaczego człowiek ma poczucie moralności, a jednak jest zdolny do niewysłowionego zła – skąd to poczucie moralności? Teoria gier tego nie wyjaśnia.
A co z tym, kto może ukraść i nie zostać złapanym? Teoria gier mówi:
"lepiej dla ciebie, jeśli nikt nie kradnie". Ale jeśli ja mogę ukraść bez konsekwencji – teoria gier nie daje mi powodu, żeby tego nie zrobić.
Mówisz:
"Optymalne dla każdego jest, by wszyscy zrezygnowali z kradzieży." Ale ja pytam -
a jeśli ja nie zrezygnuję, a wszyscy inni tak? Wtedy będę w najlepszej sytuacji. Dlaczego miałbym być altruistą?
Tu intersubiektywny konsensus pęka - staje się kwestią siły, nie prawdy.
Dlatego ta
„Intersubiektywność" = tylko eleganckie słowo na
„umowę społeczną". Piszesz, że dobro i zło są intersubiektywne – uzgodnione przez ludzi. Ale to oznacza - że w III Rzeszy nie było nic naprawdę złego w Holocauście – bo konsensus ekspertów (nazistowskich filozofów, naukowców, prawników) uznał, że to słuszne. Lekarze robili eksperymenty na żydach, bo dla niech to nie byli juz ludzie - taki konsensus społeczny.....
- W Sparcie nie było nic złego w wyrzucaniu chorych dzieci z urwiska – bo taki był ich konsensus.
- W kulturze Azteków nie było nic złego w składaniu ofiar z ludzi – bo ich filozofowie to uzasadnili.
Czy naprawdę chcesz powiedzieć, że Holocaust nie był obiektywnie zły, tylko
"my się z nim nie zgadzamy"?
Zauważ różnicę w pytaniach
czy prawda jest zdaniem stwierdzającym naturę rzeczywistości, taką jaką jest? Czy prawdę można zdefiniować jako to, co zgadza się z rzeczywistością, taką jaką postrzega ją Bóg?
Jeśli moralność jest tylko intersubiektywna, to jedyne, co możesz powiedzieć, to:
„Moja kultura uważa Holocaust za zły, ale kultura nazistów uważała go za dobry – i żadna z nas nie ma racji obiektywnie." Ale to absurd, nie?
A skąd się bierze „moralność naturalna", jeśli nie ma Boga? Piszesz o „moralności naturalnej", ale to właśnie jest argument ZA istnieniem Boga, nie przeciw Niemu. Jeśli w nas jest wbudowane przeczucie obiektywnego dobra (np. intuicja, że niewinne cierpienie jest złe, a miłość – dobra),
to skąd się wzięło? Nie z chaotycznej ewolucji, która produkuje tylko adaptacje przetrwania (jak instynkt macierzyński czy agresja terytorialna). Pod względem moralnym jesteśmy upadli i potrzebujemy odkupienia. Tego potrzeba człowiekowi.
Ta
prawda to nie subiektywna opinia, ale obiektywny Boży porządek – logiczny, spójny, prowadzący do pokoju i dobrobytu. Odrzucamy go na rzecz kłamstw świata, ciała i diabła/zła, co rodzi patologie - zamiast Bożej wizji jedności (np. małżeństwo jako nierozerwalne "jedno ciało"), świat wciska rozwody i poligamię. Zamiast odpowiedzialności za czyny – kulturę przerzucania winy ("To nie ja....to on....). Zamiast dzielenia władzy – tyranię. Zamiast wolności – zniewolenie(grzechem).
Zobacz, bo skąd wzięło się prawo moralne?
- Z ewolucji? – ewolucja nie tworzy obiektywnego dobra,
tylko preferencje przetrwania. Wyjaśnia, dlaczego czujemy, że gwałt jest zły – ale nie wyjaśnia,
dlaczego jest zły naprawdę.
- Konsensus? – Konsensus się zmienia.
Czy niewolnictwo było naprawdę dobre w starożytności, a potem naprawdę stało się złe? Czy było złe zawsze, tylko ludzie się mylili?
- Natura człowieka? – ale skąd natura człowieka wzięła wartość moralną? Jeśli jesteśmy tylko ewolucyjnym produktem, to nasze „poczucie dobra" to iluzja przydatna do przetrwania.
Prawda sprowadza się do tego, kim jest Bóg. On zna prawdę. On jest prawdą. Jest źródłem wszelkiej prawdy. Jedyne wyjaśnienie obiektywnej moralności to prawo moralne pochodzi od Prawodawcy transcendentnego – od Boga.
Bez Boga to nie obiektywne "to jest złe", tylko "to jest złe, bo mi/ nam szkodzi". A grzech? To nie "błąd kalkulacji" z teorii gier, ale zwodzenie kłamstwem – jak szatan w Edenie: "Na pewno nie pomrzecie" (Rdz 3). Biblia pokazuje kosmiczną batalię - prawda wyzwala (J 8,32), kłamstwo zniewala. Eksperci (filozofowie) mogą dyskutować konsensus, ale bez fundamentu to baśnie.
P.S. Trochę może za dużo przemyśleń na raz..... ale nie umieram za to stanowisko (jak ty)

, za to proponuję -
jeśli moralność jest naturalna i obiektywna, sprawdź jej Źródło. Jezus mówił: "Każdy, kto jest z prawdy, jest mi posłuszny" (J 18,37). Co, jeśli to nie umowa, ale rzeczywistość? Chętnie pogadam dalej – może o tym, jak ta prawda zmienia życie, nie tylko kalkuluje przetrwanie. Co ty na to?
Kalart pisze: ↑2025-11-16, 22:49
Przeemek pisze: ↑2025-11-16, 22:12
4. Co zostaje po śmierci?
Znika osoba? Świadomość? Relacja?
Jeśli tak – to z czego wynika, że cokolwiek ma wartość większą niż chwilowa chemia w neuronach?
Nie wiem. Nie wiem, czy istnieje coś, co przetrwa śmierć ciała. Jeśli zaś tak, czy można to uzasadniać materialistycznie.
Ale wolę uczciwe "nie wiem" niż wiarę w pierwszy lepszy światopogląd, zwłaszcza wewnętrznie sprzeczny.
Podoba mi się idea powtórnego wcielenia (reinkarnacji), choć bez konceptu karmy.
Zresztą, idea wszechmocnego, osobowego Absolutu też byłaby niezła, ale bez konceptu konieczności wiary.
Ale to, co mi się podoba nie wpływa na fakty. Fakty są takie, że nie zostało ustalone, czy istnieje życie po śmierci. Jest kilka koncepcji, mają swoich zwolenników, ale są to koncepcje niedostatecznie zbadane lub niemożliwe do udowodnienia przy samych założeniach.
To jest uczciwe - ale widzisz, co robisz? Mówisz
"nie wiem", ale jednocześnie żyjesz tak
, jakbyś wiedział. Odrzucasz chrześcijaństwo nie dlatego, że nie ma argumentów, tylko dlatego, że nie chcesz w nie wierzyć bez pełnej pewności.
Ale to jest niemożliwe.
W życiu nie masz nigdy 100% pewności. Nawet w nauce działasz na podstawie prawdopodobieństwa, nie absolutnej pewności.
A tu mówisz:
"póki nie będę miał dowodu matematycznego na Boga, wolę nie wiedzieć"., tylko czy widzisz, że to nie jest neutralne stanowisko?
"Nie wiem" to też wybór. To wybór, by żyć tak, jakby Boga nie było. To ateizm praktyczny - dokładnie to, co napisałeś na początku naszej rozmowy.
I tu jest sedno - nie możesz żyć w zawieszeniu. Albo żyjesz tak, jakby Bóg był, albo żyjesz tak, jakby Go nie było.
Nie ma trzeciej opcji.
Ale rozumiem, Twoje
"Nie wiem, czy istnieje życie po śmierci..." , to brzmi pokornie, ale w rzeczywistości wydaje mi się, że ukrywasz fundamentalny problem twojego światopoglądu.
Każdy dzień twojego życia pokazuje, w co naprawdę wierzysz:
- Czy żyjesz jakby życie miało sens tylko na chwilę, a potem nicość?
- Czy traktujesz miłość, sprawiedliwość, prawdę jako tylko chemię w mózgu?
- Czy postępujesz tak, jakby nie było żadnych konsekwencji po śmierci?
„Nie wiem" to pozorna neutralność. W praktyce żyjesz według jakiegoś światopoglądu – albo żyjesz tak, jakby Bóg istniał (masz moralność, sens, wartości), albo żyjesz tak, jakby Go nie było (nic nie ma znaczenia).
Nie możesz nie obstawiać. Każdym swoim działaniem zakładasz coś na temat ostatecznej rzeczywistości.
Piszesz:
"Nie zostało ustalone, czy istnieje życie po śmierci." Ale pytanie brzmi - jaki dowód by cię przekonał?
Naukowo powtarzalny eksperyment? – Nie da się tego zrobić z życiem po śmierci. Ale czy to znaczy, że nic nie wiemy?
Mamy świadectwo historyczne:
- Zmartwychwstanie Chrystusa – najbardziej poświadczone wydarzenie starożytności
- Pusta mogiła
- Ponad 500 świadków naraz (1 Kor 15:6)
- Uczniowie, którzy przeszli od strachu do gotowości śmierci za to świadectwo
- Żaden z nich nie odwołał zeznań mimo prześladowań
"Jezus przyszedł dać świadectwo prawdzie" – a zmartwychwstanie było ostatecznym świadectwem,
że Jego "prawda" jest prawdziwa.
Zastanawiałeś się, gdyby uczniowie kłamali, dlaczego wszyscy zginęli za kłamstwo, które sami wymyślili? Ludzie umierają za kłamstwa, w które wierzą – ale nikt nie umiera za kłamstwo, które sam wymyślił.
Piszesz:
"Podoba mi się idea reinkarnacji, choć bez konceptu karmy... Ale to, co mi się podoba nie wpływa na fakty."
Dziękuję za uczciwość – ale czy widzisz problem? Bo mówisz w analogi
"Podoba mi się X, ale bez Y" – czyli tworzysz sobie światopogląd wybierając elementy jak w bufecie.
Ale dlaczego reinkarnacja bez karmy? Karma jest logiczną konsekwencją reinkarnacji. Jeśli odrzucasz karmę, bo ci się nie podoba – to znaczy, że
wybierasz na podstawie preferencji, a nie prawdy.
I dokładnie to samo robisz z chrześcijaństwem - Mówisz
"fajnie byłby Bóg, ale bez konieczności wiary". Ale dlaczego Bóg miałby nie wymagać wiary? To jak powiedzieć -
"Fajnie byłoby grawitacja, ale bez spadania" , albo -
"Chciałbym małżeństwo, ale bez zobowiązania".
Prawda nie dostosowuje się do tego, co nam się podoba. Albo szukamy prawdy (i wtedy akceptujemy konsekwencje), albo szukamy komfortu (i wtedy żyjemy w iluzji). Sam tym pokazujesz tym, że "prawda" wymaga zmiany.....a Ty nie chcesz lub nie lubisz zmian......czyżby komfort i wygoda kierowały Twoim światopoglądem? A zatem jednak w jakimś stopniu egoizm?
Piszesz:
"Nie wiem, czy można uzasadnić życie po śmierci materialistycznie." Odpowiedź brzmi: NIE. Nie można.
Jeśli jesteś materialistą (wszystko to tylko materia i energia), to:
- Świadomość = elektryczne impulsy w mózgu
- Osoba = wzorce neuronów
- Miłość = chemia hormonalna
- Wartości = ewolucyjne preferencje
Kiedy ciało umiera – wszystko to znika. Koniec. Nicość. Żadnego „ja", które mogłoby przetrwać.
Więc dlaczego w ogóle zastanawiasz się nad życiem po śmierci? Bo intuicyjnie czujesz, że jesteś czymś więcej niż tylko mięsem i neuronami. Że „ja" to coś więcej niż chemia.
Bo kim jest człowiek? Ma dwoistą naturę. Jest ciałem i duchem. Nie jesteśmy tylko materią w pudełku.....
Tylko w chrześcijańskim światopoglądzie życie po śmierci ma sens – bo człowiek NIE jest tylko materią.
Zobacz, jeśli nie ma życia po śmierci – dlaczego cokolwiek ma znaczenie?
Wracamy do pytania, które zadałem:
"Jeśli po śmierci znika osoba, świadomość, relacja – to z czego wynika, że cokolwiek ma wartość większą niż chwilowa chemia w neuronach?"
Ty odpowiadasz: „Nie wiem". Ale to uciekanie od pytania.
Jeśli nie ma życia po śmierci, to:
- Hitler i Matka Teresa skończą tak samo – w nicości
- Twoja miłość, twoje czyny, twoje cierpienie – wszystko dosłownie nic nie znaczy
- Za 100 lat nikt nie będzie pamiętał 99,9% ludzkości
- Za milion lat zaniknie Słońce, a za miliardy rozpadnie się wszechświat
Jeśli to prawda – to WSZYSTKO jest bez sensu.
Ale jak się dobrze przyjrzysz, to chrześcijaństwo nie jest „wewnętrznie sprzeczne" – to jedyny logiczny wybór

.
Piszesz:
"Wolę uczciwe 'nie wiem' niż wiarę w wewnętrznie sprzeczny światopogląd." Ale nie pokazałeś ŻADNEJ sprzeczności w chrześcijaństwie.
Za to pozwól, że ocenię i widzę w twoim światopoglądzie wewnętrzną sprzeczność:
- Nie wierzysz w życie po śmierci – ale intuicyjnie czujesz, że życie ma sens
- Jesteś materialistą – ale mówisz o prawdzie, dobru, sprawiedliwości (które nie istnieją w materializmie)
- Mówisz „nie wiem" – ale żyjesz tak, jakbyś wiedział
- Odrzucasz „światopoglądy oparte na wierze" – ale sam wybrałeś światopogląd (materializm), który wymaga wiary w to, że jesteśmy tylko materią
Chrześcijaństwo jest JEDYNYM spójnym światopoglądem:
- Wyjaśnia, dlaczego życie ma sens (bo Bóg nas stworzył z celem)
- Wyjaśnia, skąd wzięła się moralność (z natury Boga)
- Wyjaśnia, dlaczego świat jest zepsuty (upadek)
- Wyjaśnia, dlaczego jest nadzieja (odkupienie przez Chrystusa)
- Wyjaśnia, dlaczego śmierć nie jest końcem (zmartwychwstanie)
Można tu przywołać słynną maksymę chrześcijańską.....
- Jeśli Bóg nie istnieje, a ja w Niego wierzę – niczego nie tracę. Ale jeśli Bóg istnieje, a ja w Niego nie wierzę – tracę wszystko.......
Ty mówisz:
"Nie wiem, więc nie wybieram". Ale już wybrałeś. Żyjesz tak, jakby Boga nie było. Stawiasz na to, że śmierć to koniec. I jeśli się mylisz – będziesz musiał za to odpowiedzieć.
Jezus powiedział:
"Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie." (J 11:25)
Nie pytał: „Może warto spróbować?" Powiedział: „JA JESTEM życiem.". Albo kłamał, albo był szaleńcem, albo mówił prawdę. „Nie wiem" nie jest opcją.
„Nie wiem" nie jest neutralne – każdym działaniem zakładasz coś o rzeczywistości. Mamy historyczne świadectwo zmartwychwstania – setki świadków, pusta mogiła, męczeństwo uczniów.
Materializm logicznie wyklucza życie po śmierci – więc po co w ogóle o tym myślisz? Jeśli nie ma życia po śmierci, nic nie ma sensu
Albo to prawda – albo nie. Ale
„nie wiem" to tylko sposób na odroczenie wyboru, którego i tak nie unikniesz.
Co z tym zrobisz? 