karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Ano widzisz, Przemek, gdybys urodzil sie w innym kregu religijno-kulturowym, mialbys znikome szanse na status grzesznika.
Mylisz
nazewnictwo z rzeczywistością. To, że w innej kulturze nie używano by słowa 'grzesznik', nie oznacza, że zniknąłby problem, który to słowo opisuje.
Każdy krąg kulturowy – od starożytnej Grecji, przez buddyzm, po współczesną psychologię – widzi, że z człowiekiem jest coś nie tak. Ludzie wszędzie kłamią, nienawidzą, krzywdzą i czują pustkę. Budda nazywał to dukkha (cierpieniem wynikającym z niewłaściwego przywiązania), psychologia mówi o zaburzeniach lub braku integracji, a Biblia nazywa to grzechem......
Biblia mówi, że nawet ci, którzy nie znają Pisma, mają
"prawo wpisane w serce" (Rz 2:15). Sumienie to uniwersalny mechanizm.
Gdybym urodził się w innym kręgu, moje sumienie i tak reagowałoby na zło, które wyrządzam – tylko że bez Objawienia błądziłbym po omacku, szukając ratunku w rytuałach albo medytacjach, zamiast u źródła.
Grzech w chrześcijaństwie to nie status nadany mi przez rodziców, ale uczciwe przyznanie - Nie jestem taki, jaki powinienem być.
Czy naprawdę uważasz, że egoizm, pycha czy brak miłości to tylko kwestia kultury, a nie cecha ludzkiej natury? Udowodnij to?
Zmieniając krąg kulturowy, zmieniasz tylko "lekarza" i "nazwę choroby". Ale sama choroba – to, że człowiek jest oddzielony od swojego Stwórcy i nie potrafi być idealnie dobry o własnych siłach – pozostaje taka sama pod każdą szerokością geograficzną. Objawienie po prostu nazywa rzeczy po imieniu i wskazuje jedyne skuteczne lekarstwo.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Oczywiscie, ze zanim "informacja" stanie sie "przekonaniem" musi zadzialac czynnik duchowy.
Pytanie tylko mam o kierunek, w ktorym ten czynnik duchowy dziala i na ktora strone konfliktu duchowego cie ciagnie(walka mocy duchowych).
Zdeklarowany grzesznik-taki jak ty, Przemek- sila wlasnego przekonania ustawia sie po ciemnej stronie mocy w tej walce duchowej.
Bo po jasnej stronie mocy ustawiaja sie tylko ci, "w ktorych zyje Chrystus"...a nie grzech...
Karolinko, tutaj popełniasz fundamentalny błąd w rozumieniu tego, na czym polega chrześcijańskie zwycięstwo. Ustawienie się po
"jasnej stronie mocy" nie polega na udawaniu przed Bogiem, że grzechu w nas nie ma, albo na magicznym wymazaniu naszej ludzkiej natury.
To właśnie pycha – przekonanie o własnej samowystarczalności i "jasności" – jest tym, co Biblia definiuje jako najmroczniejszy stan serca.
Prawdziwa walka duchowa nie toczy się o to, czy jesteśmy idealni, ale o to, czy potrafimy stanąć w prawdzie przed Stwórcą.
Twierdzenie, że
"zdeklarowany grzesznik" stoi po ciemnej stronie, jest zaprzeczeniem całej Ewangelii. Jezus powiedział wyraźnie, że nie przyszedł do zdrowych, ale do tych, którzy się źle mają. To właśnie uznanie własnej grzeszności jest pierwszym krokiem ku światłu, bo pozwala Chrystusowi zacząć w nas działać. Kiedy piszę, że jestem grzesznikiem, nie ogłaszam kapitulacji przed złem, ale ogłaszam
swoją całkowitą zależność od Jedynego, który jest Święty. To nie jest wybór ciemnej strony, to jest zrzucenie maski, którą noszą ludzie religijni, próbujący zasłużyć na niebo własną moralnością.
Chrystus żyje we mnie właśnie dlatego, że zrobiłem Mu miejsce, przyznając, że moje własne światło to tylko mrok. Apostoł Paweł, będąc u szczytu swojej służby, nazwał siebie
"pierwszym wśród grzeszników" – czy według Twojej logiki on również stał po ciemnej stronie mocy? Wręcz przeciwnie. To właśnie świadomość własnej słabości pozwala mocy Bożej objawić się w pełni.
Prawdziwe życie Chrystusa w człowieku nie objawia się w tym, że stajemy się bezgrzesznymi nadludźmi, ale w tym, że nasz grzech traci nad nami władzę, bo został wyznany, osądzony i odkupiony.
Zastanów się, kto w tej walce duchowej ma większy interes w tym, byś wierzyła we własną
"jasność"? Ciemność najbardziej boi się ludzi, którzy nie mają już nic do ukrycia i nie boją się nazwać grzechu po imieniu.
Ty oferujesz wizję człowieka, który sam się zbawia swoją "dobrą stroną", ja oferuję wizję Boga, który ratuje człowieka dokładnie tam, gdzie ten upadł. Twoja droga prowadzi do samouwielbienia, moja – do wdzięczności i pokory, która jest jedynym prawdziwym gruntem dla działania Ducha Świętego.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Jesli w tym "lustrze" -zamiast zwyciezccy w "zbroi duchowej"- nadal widzisz grzesznika, to chyba spogladasz w falszywe "lustro" jakiegos martwego "slowa".
"Slowo Boze jest zywe" i w Jego "lustrze" nigdy wiecej nie zobaczysz grzesznika.
Wygląda na to, że próbujesz przeskoczyć
etap "diagnozy" i przejść od razu do świętowania wyzdrowienia.
Lustro Słowa Bożego nie jest magicznym filtrem z Instagrama, który wymazuje skazy, by poprawić nam samopoczucie. Ono pokazuje
prawdę obiektywną -
moją nędzę i Bożą chwałę jednocześnie. Jeśli twierdzisz, że w tym lustrze nigdy więcej nie zobaczysz grzesznika, to tak naprawdę twierdzisz, że nie potrzebujesz już Chrystusa jako Orędownika, bo stałaś się samowystarczalna w swojej doskonałości.
Logika Ewangelii jest nieubłagana - bez zobaczenia grzesznika w lustrze nie ma mowy o pokucie, a bez pokuty nie ma mowy o przebaczeniu. Zbroja duchowa, o której wspominasz, nie służy do ukrywania naszych słabości przed Bogiem, ale do
walki z grzechem, który w nas wciąż uderza.
Kto twierdzi, że nie ma grzechu, czyni Boga kłamcą (1J1: 10) i zamyka sobie drogę do realnego oczyszczenia, zastępując je religijną autokreacją.
Prawdziwe
"żywe Słowo" działa dwuetapowo,
najpierw mnie uśmierca jako grzesznika, by potem ożywić mnie w Chrystusie. Twoja wizja to próba noszenia zbroi na niezagojonych ranach. Ja patrzę w lustro Pisma i widzę grzesznika, który został objęty niezasłużoną Łaską – i to właśnie ta świadomość, a nie iluzja bezgrzeszności, daje mi siłę do stanięcia po jasnej stronie. Prawdziwe światło nie boi się pokazać brudu, bo tylko wtedy można go naprawdę wymyć.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Ludzie mogą Ci mówić, że jesteś zła albo dobra, ale dopóki nie skonfrontujesz się z czystością Chrystusa opisaną w Piśmie, nie zrozumiesz swojej kondycji.
O tym wlasnie napisalam powyzej.
To nieswiadomi ludzie powiedzieli ci, ze jestes "zly" od urodzenia... grzesznik, skazany przez swojego Stworce na smierc za akt wolnej woli poznania dobra i zla i checi stania sie podobnym do wlasnego Ojca...
Tak, Przemek, to co ludzie powiedzieli i napisali nalezy "skonfrontowac z czystoscia Chrystusa", o ktorej w Pismie znajdziesz zaledwie wzmianke. a cale spektrum tej "czystosci" znajdziesz w sobie...jesli dobrze poszukasz...tam, gdzie jest Krolestwo Boze i gdzie zyje Chrystus.
Tutaj wpadasz we własną pułapkę logiczną.
Z jednej strony.............. odsyłasz mnie do
"czystości Chrystusa opisanej w Piśmie", a z drugiej twierdzisz, że w Piśmie jest o niej zaledwie wzmianka. Skoro mam konfrontować swoją kondycję z Chrystusem z kart Biblii,
to siłą rzeczy uznajesz Sola Scriptura – bo to Pismo jest dla Ciebie punktem odniesienia, a nie Twoje własne mniemanie. Nie da się cytować Chrystusa, jednocześnie podważając jedyne źródło, które Go nam objawia.
Ale z drugiej strony...... mówisz, że
"całe spektrum czystości znajdę w sobie", a to znowu, to nie chrześcijaństwo, tylko czysty narcyzm duchowy.
Żaden człowiek patrząc w "głąb siebie", to nie znajdzie tam "czystość". Można zauważyć jej odrobinę, ze względu na wiedzę o dobru i złu, ale przy naszej upadłej naturze znajduję tam tylko chaos emocji, egoizm i zmienność,
a nie nieskazitelną świętość Boga.
Królestwo Boże jest "w nas" nie dlatego, że jesteśmy z natury czyści, ale dlatego,
że Król (Chrystus) zechciał w swojej łasce zamieszkać w tak brudnym miejscu, jakim jest ludzkie serce. To On wnosi czystość do środka, a nie my ją tam produkujemy.
Wydaje mi się, że kompletnie pokręciłaś "chęć stania się podobnym do Ojca" z buntem przeciwko Niemu. Adam nie chciał być "podobnie święty", chciał być "równie niezależny" – to jest
rdzeń grzechu.
Jeśli szukasz Boga w sobie bez uznania swojej upadłej natury, to nie znajdujesz Chrystusa, tylko tworzysz sobie bożka na własne podobieństwo. Prawdziwe spotkanie z czystością Jezusa zawsze kończy się tak, jak u Izajasza czy Piotra:
"Biada mi, bo jestem człowiekiem nieczystych warg"(Iz6: 5).
Dopiero z tego miejsca zaczyna się prawdziwe życie, a nie z udawania, że mam w sobie jakieś ukryte pokłady boskości...........
W ogóle jak można dojść do takich wniosków, choć trochę znając Biblię i swoja naturę uwidaczniającą się w codzienności, w relacjach? Kto Ci coś takiego podrzucił? Twoje "Ja"? Przemyślenia? Może "coś" przeczytałaś?
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
To nie żadna "diagnoza" ludzi mnie przekonała, ale to, że w Biblii odnalazłem opis mojego własnego serca, którego nikt inny nie mógł znać.
Niestety, Przemek, "diagnoza ludzi", ktorzy stwierdzili u ciebie grzech, znalazla sobie najpierwsze miejsce w Biblii, ktora posluzyla ci za "zwierciadlo twojej duszy"...skoro widzisz w nim wciaz grzesznika, to musi to byc falszywe zwierciadlo.
Szokuje mnie łatwość, z jaką pozwalasz sobie na osąd mojego serca, choć kompletnie mnie nie znasz.................... Twoje próby "diagnozowania" moich intencji brzmią jak wykład księdza o małżeństwie – dużo teorii i protekcjonalizmu, zero życiowej praktyki i wglądu w rzeczywistość drugiego człowieka.
To, co piszesz, jest czystą psychologizacją,
która kompletnie ignoruje obiektywne doświadczenie człowieka. Twierdzisz, że to
"diagnoza ludzi" przygotowała grunt pod moją lekturę Biblii, ale zapominasz o jednym -
ludzie widzą tylko moje maski i zachowania, a Biblia opisała moje myśli, motywacje i te zakamarki serca, o których nie mówiłem nikomu. Żaden człowiek nie mógł mi "wdrukować" czegoś, co było moją najgłębszą, skrywaną tajemnicą, zanim w ogóle otworzyłem Pismo.
Twój wniosek, że skoro widzę w Biblii grzesznika, to jest ona "fałszywym zwierciadłem",
jest nielogiczny. To tak, jakbyś stłukła lustro tylko dlatego, że pokazało Ci brudną twarz, i twierdziła, że prawdziwe lustro powinno zawsze pokazywać Cię w pełnym makijażu. Prawdziwe zwierciadło pokazuje stan faktyczny, a nie stan pożądany. Jeśli Pismo mówiłoby mi tylko, że jestem świetlistą istotą, byłoby dla mnie niewiarygodne, bo kłóciłoby się z moją codzienną walką z własnym egoizmem i słabościami.
Prawda o grzechu w Biblii nie jest ludzkim wymysłem, ale chirurgicznym cięciem, które oddziela iluzję od rzeczywistości. Ja nie "szukam" grzechu w Biblii – ja go w niej odnajduję, bo Biblia jako jedyna ma odwagę nazwać po imieniu to, co ja i tak w sobie czuję, ale co świat próbuje zagłuszyć tanią afirmacją. Uznanie prawdy o własnym sercu nie jest "fałszem",
jest początkiem wolności, bo tylko chory, który zna diagnozę, może zostać naprawdę uleczony.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Dla mnie Objawienie to nie sucha instrukcja obsługi, ale spotkanie z Osobą. Biblia nie jest tylko źródłem wiedzy o Jezusie – ona jest miejscem, w którym Jezus przemawia bezpośrednio do mnie.
Przemek, w porzadku.
Ja nie moge potwierdzic swoim doswiadczeniem tego fenomenu. Do mnie nigdy Jezus nie przemowil podczas lektury Biblii.
Moge natomiast podzielic sie doswiadczeniem, kiedy czuje, ze Chrystus we mnie zyje
Noooo..... chyba się "wszystko" zaczyna robić jasne teraz......to, że Biblia nigdy do Ciebie nie przemówiła, wyjaśnia całą naszą różnicę w postrzeganiu wiary.
Jeśli Słowo Boże pozostaje dla kogoś tylko "literą", to naturalnym odruchem jest szukanie potwierdzenia Boga wyłącznie w swoich wewnętrznych odczuciach i stanach emocjonalnych.
Ale poleganie wyłącznie na wewnętrznym czuciu Chrystusa bez fundamentu Pisma jest niezwykle ryzykowne, bo nasze emocje bywają zwodnicze, a rzeczywistość duchowa
to także realne zagrożenia i manipulacje. Pismo Święte jest dla mnie niezbędnym papierkiem lakmusowym – obiektywnym wzorcem, który pozwala odróżnić głos Boga od moich własnych projekcji czy duchowych podszeptów, które mogą się pod Boga podszywać.
Przecież my nie mamy takiej wiedzy, praktycznie człowiek nic nie ma, w każdym, nawet najmniejszym aspekcie życia tak jest...bo taka jest rzeczywistość.... w żadnej dziedzinie życia nie polegamy wyłącznie na sobie bez zewnętrznych punktów odniesienia. Najpierw przechodzimy bolesny proces nauki, prób i błędów, a Słowo Boże jest właśnie tą mapą, która chroni nas przed pójściem na manowce własnego widzimisię.
A do tego nasze serce jest najbardziej zwodniczym doradcą i łatwo pomylić własne projekcje czy "jasne strony mocy" z głosem Stwórcy. Dla mnie to właśnie Pismo jest tą kotwicą i obiektywnym sprawdzianem – to w nim spotykam Chrystusa, który nie jest wytworem moich uczuć, ale żywą Osobą, która ma prawo mnie korygować, a nawet osądzać moje widzimisię.
Bez tego lustra, o którym pisałem, człowiek nieustannie ryzykuje, że zamiast Boga, zacznie wielbić po prostu ulepszoną wersję samego siebie.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Zgadzam sie w 100%, pod warunkiem, ze masz tu na mysli
zywe Slowo Boze.
Może tego nie widzisz, ale takie wypowiedzi jak ta, na prawdę przypominają starożytny/średniowieczny gnostycyzm, np. o którym można poczytać w patrystyce.
Pisząc o
"żywym Słowie" w oderwaniu od Biblii, wchodzisz na bardzo niebezpieczny grunt duchowego hazardu. Biblia ostrzega, że nawet szatan potrafi przybrać postać
"anioła światłości" (2 Kor 11:14), a nasze własne serce bywa najbardziej zwodniczym doradcą. W żadnej dziedzinie życia nie polegamy wyłącznie na wewnętrznych impulsach – zawsze potrzebujemy zewnętrznego wzorca, papierka lakmusowego, by odróżnić prawdę od iluzji.
Zobacz..... wystarczy spojrzeć na codzienne życie. Ilu ludzi podejmuje decyzje "bo tak czują" – w relacjach, finansach czy pracy – a potem ponosi bolesne konsekwencje? Albo kiedy ktoś "czuje", że to właściwa osoba, ignoruje ostrzeżenia i kończy w toksycznym związku. Ktoś "ma przeczucie", że inwestycja wypali – i traci oszczędności życia. Ktoś "wierzy w siebie", lekceważy fakty i popełnia te same błędy w kółko. Oczywiście, intuicja czasem pomaga,
ale równie często nas zawodzi, bo jest kształtowana przez emocje, uprzedzenia i chwilowe pragnienia. Dlatego w praktyce
nikt rozsądny nie opiera życia wyłącznie na sobie –
sprawdzamy, konfrontujemy, szukamy obiektywnych punktów odniesienia. Skoro tak jest w zwykłych sprawach, to tym bardziej w kwestiach duchowych poleganie wyłącznie na "wewnętrznym głosie" jest ryzykowne.
Dla mnie Słowo Boże jest żywe właśnie dlatego, że jest niezmienne i obiektywne. To ono weryfikuje moje odczucia, a nie odwrotnie. Jeśli Twoje żywe słowo nie potrzebuje fundamentu Pisma, to skąd masz pewność, że nie jest ono tylko echem Twoich własnych pragnień lub, co gorsza, duchowym podszeptem, który sprytnie się pod Boga podszywa? Bez tej biblijnej mapy, po bolesnym procesie prób i błędów, człowiek ostatecznie ląduje w miejscu, gdzie sam dla siebie staje się bogiem, decydując, co jest żywe, a co nie.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Ja w ogole nie mysle juz w takich kategoriach. Duch Prawdy dziala w realu i te wszystkie biblijne folklory juz dawno sie zdeaktulizowaly...jak wszystko, co poddane zostaje dzialaniu czasu.
W przeciwienstwie do ciebie, nie traktuje Biblii jak tabu, lecz jak zrodlo wiedzy o czasach, w ktorych "Swiatlo pojawilo sie na ziemi".
Takimi wypowiedziami pokazujesz, jakbyś uważała, że "prawda o człowieku" ma datę ważności...........
Twierdzisz, że biblijne obrazy to
folklor, który się zdeaktualizował pod wpływem czasu, ale to fundamentalny błąd w ocenie rzeczywistości. Duch Święty (który natchnął do spisania Biblii)
nie podlega prawom czasu ani modom, a Pismo nie jest podręcznikiem technologii,
tylko chirurgiczną analizą ludzkiej natury. Czy pycha, zdrada, pragnienie miłości, lęk przed śmiercią czy mechanizm winy i przebaczenia stały się nieaktualne? Wręcz przeciwnie – te sytuacje "w kółko nam się przydarzają", bo ludzkie serce w 2026 roku jest dokładnie takie samo, jak w czasach Abrahama czy Pawła.
To, co nazywasz deaktualizacją, jest w rzeczywistości Twoją próbą ucieczki przed Słowem, które uderza w konkretny punkt Twojego życia tutaj i teraz. Prawda Boża nie jest tabu, jest fundamentem. Jeśli Duch Święty coś natchnął, to nie po to, by po dwóch tysiącach lat stało się to archiwalną ciekawostką, ale by służyło jako stały punkt odniesienia.
Twierdzenie, że Duch działa w realu poza Słowem, to próba stworzenia Boga na własne podobieństwo – boga, który zawsze przytakuje naszym aktualnym opiniom i nigdy nas nie koryguje.
Zauważ, że w każdej innej dziedzinie życia szukamy prawdy obiektywnej. Gdyby lekarz powiedział Ci, że anatomia człowieka
zdeaktualizowała się i on teraz będzie Cię leczył według własnego
"czucia w realu",
uciekłabyś z gabinetu.
Dlaczego więc w kwestiach duchowych, gdzie stawką jest wieczność, ufasz zmiennym prądom czasu bardziej niż Słowu, które przetrwało imperia? Pismo nie jest źródłem wiedzy o tym, że
"Światło się pojawiło" kiedyś –
ono jest sposobem, w jaki to Światło świeci dzisiaj, demaskując mrok w naszym "realu", którego sami nie chcemy zauważyć.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Opisujesz wlasny przypadek, gdzie ludzie wmowili ci grzech, a "sluchanie Slowa Bozego" tylko z Biblii utwierdzilo cie w poczuciu wlasnej grzesznosci i "wypelnilo Prawdą", ze twoje zycie nic nie jest warte w oczach biblijnego Boga.
To, co teraz napisałaś, jest nie tylko grubą nadinterpretacją, ale wręcz całkowitym odwróceniem sensu Ewangelii.
Twierdzenie, że Biblia uczy, iż moje życie
"nic nie jest warte w oczach Boga", to najprawdopodobniej największa bzdura, jaką można usłyszeć na temat chrześcijaństwa.
Jest dokładnie odwrotnie: moja
wartość jest tak gigantyczna, że sam Bóg uznał, iż warto za mnie umrzeć. To nie jest wmawianie beznadziei, to jest nadanie mi godności, której nie jest w stanie dać żaden ludzki system, żadna psychologia ani żadne Twoje
"czucie w realu".
Grzech nie jest diagnozą, którą mi wmówiono, by mnie poniżyć, ale nazwą dla pęknięcia,
które czuje każdy uczciwy człowiek. To tak, jakbyś oskarżała lekarza o to, że wmawia Ci chorobę, bo chce Cię wyleczyć. Biblia mówi mi "Jesteś chory, ale jesteś tak cenny, że zapłacę każdą cenę za Twoje uzdrowienie".
To właśnie świadomość bycia uratowanym grzesznikiem daje mi najtwardszy fundament pod nogami – bo moja wartość nie zależy od moich sukcesów, nastrojów czy Twojej opinii, ale od niezmiennej miłości Boga.
Zauważ paradoks - to Ty, odrzucając obiektywne Słowo, zostajesz z wizją człowieka, który musi sam sobie nadawać wartość i sam się "wyciągać za włosy" z własnych błędów. Ja natomiast wiem, że moje życie jest warte Krwi Chrystusa. Skoro Pasterz oddaje życie za owcę, to jak możesz twierdzić, że ta owca jest dla Niego nic niewarta?
Twoja argumentacja nie uderza we mnie, tylko w chochoła, którego sama zbudowałaś, by nie musieć skonfrontować się z faktem, że Bóg kocha nas takimi, jakimi jesteśmy, ale zbyt mocno, by pozwolić nam takimi pozostać.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Przemek, mowa jest zjawiskiem i stanem naturalnym czlowieka, natomiast wiara jest fenomenem ludzkim dzialajacym niezaleznie od tego, czy jej obiekt jest dobry, czy zly. Trzeba bardzo z nia uwazac i zawsze miec ja pod swiadoma kontrola, bo mozna sobie niechcacy wyrzadzic ogromna duchowa krzywde. Wiara to ogromny potencjal mysli i zwiazanej z nimi mocy.
Wchodzisz teraz w czystą semantykę, żeby uciec od sedna.
Twierdzenie, że mowa jest
"naturalna", a wiara to tylko zewnętrzny
"fenomen",
to sztuczny podział. Zdolność do ufania komuś lub czemuś (czyli mechanizm wiary) jest tak samo wpisana w ludzki software/naturę jak zdolność do mowy czy kochania. Różnica polega jedynie na tym, na co ten mechanizm nakierujemy – i tu masz rację - trzeba uważać, bo wiara w kłamstwo niszczy.
Właśnie dlatego Twoja rada, by mieć wiarę pod
"świadomą kontrolą", jest paradoksalna. Jak możesz kontrolować wiarę, skoro sama odrzuciłaś jedyny obiektywny miernik, jakim jest Słowo Boże? Bez Pisma Twoja "kontrola" to tylko Twoje własne subiektywne filtry, nastroje i opinie. To tak, jakbyś chciała kontrolować kurs statku na pełnym morzu, wyrzucając wcześniej kompas i mapę, bo uznałaś je za "biblijny folklor". W każdej inne dziedzinie życia, prędzej skończyła byś na "manowcach" takim postępowaniem.....baaaa... nawet byś wolała nie polegać "na sobie i odczuciach", szukała byś głosu "specjalisty"........ ale w świcie Duchowym to ma się już niby sprawdzać?
To, co nazywasz
"ogromnym potencjałem myśli",
brzmi bardziej jak kurs pozytywnego myślenia niż relacja ze Stwórcą. Prawdziwa wiara biblijna to nie jest "moc moich myśli", którą muszę zarządzać, żeby nie zrobić sobie krzywdy. To jest odpowiedź na realne działanie Boga. Twoja wizja wiary jako niebezpiecznego narzędzia, które trzeba trzymać na smyczy, wynika z lęku przed oddaniem kontroli Komuś większemu.
Ja nie "uważam na wiarę" – ja ufam Temu, który jest Prawdą, i to właśnie to zaufanie daje mi wolność, o której Ty tylko teoretyzujesz.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Wiara oczywiscie bierze sie ze sluchania...im wiecej sie nasluchasz, tym wieksza bedzie twoja wiara.
Ja probuje weryfikowac to, co do mnie dociera, majac swiadomosc, ze "zyje we mnie Chrystus", ktory wypelnia cale moje serce i umysl...Sluchajac, obserwuje w sercu i umysle rezonans albo dysonans...i tym sie zawsze kieruje..
Zobacz, co właśnie przyznałaś? Postawiłaś siebie w roli sędziego nad Bogiem.
Twierdzisz, że weryfikujesz to, co do Ciebie dociera, przez swój wewnętrzny
"rezonans" lub
"dysonans". Ale zastanów się - jeśli Twoje serce jest jedyną miarą prawdy, to kto kogo słucha? Czy Ty słuchasz Chrystusa, czy raczej szukasz w tym, co słyszysz, potwierdzenia własnych opinii i emocji?
Prawdziwa relacja z Ojcem nie polega na nieustannej "weryfikacji" Jego słów pod kątem tego, czy nam pasują, czy nie. Ja zweryfikowałem Biblię
zanim uwierzyłem – sprawdziłem jej spójność, historyczność i to, jak bezbłędnie prześwietla ludzką naturę -
to był czas weryfikacji...... Ale kiedy już rozpoznałem w niej Głos mojego Ojca, przestałem go filtrować przez swoje "widzimisię" -
rozpoczął się czas słuchania i ufania...... Dziecko, które ufa ojcu, nie sprawdza za każdym razem, czy jego polecenia wywołują w nim pozytywny rezonans –
ono po prostu wie, że ojciec chce jego dobra, nawet gdy mówi rzeczy trudne.
Twoja metoda obserwowania rezonansu
to przepis na duchowy narcyzm. Jeśli odrzucasz fragmenty Pisma, które wywołują w Tobie
"dysonans" (np. prawdę o grzechu czy konieczności pokuty), to nigdy nie spotkasz realnego Boga, a jedynie projekcję samej siebie. Prawdziwe Słowo Boże ma moc nas zmieniać właśnie dlatego, że często wywołuje w nas dysonans –
rzuca nam wyzwanie, wyciąga ze strefy komfortu i koryguje nasze błędy. Bez obiektywnego Słowa, Twój "wewnętrzny Chrystus" zawsze będzie mówił dokładnie to, co chcesz usłyszeć.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Przemek, glupoty jakies wypisujesz na moj temat...az mi ochota przechodzi na dyskusje z toba...
Owszem, waznym zrodlem prawdy jest dzis czlowiek, w ktorym zyje Chrystus...ale co maja do tego "wladza, socjologia i emocje"?
Przyznaje, ze Biblia nie jest dla mnie ani "skala", ani zadnym "obiektywnym" zrodlem Prawdy.
(...)
Ja od początku staram się
nie oceniać Twojej osoby, ale
punktować błędy w Twoim rozumowaniu. A słowa
"Ty szukasz źródła prawdy w człowieku (władzy, socjologii, emocjach)," to opis konsekwencji Twojego stanowiska, które sama wyraziłaś - skoro Biblia nie jest dla Ciebie obiektywnym źródłem prawdy, to siłą rzeczy punkt odniesienia pozostaje w człowieku. Owszem, to nadal jest interpretacja Twoich wypowiedzi, może bardziej bezpośrednia "niż zwykle", ale jednak nie ocena osoby, tylko Twoich argumentów/wypowiedzi. Zawsze to zaznaczam, w przeciwieństwie do "mody" wielu moich adwersarzy.
Dlatego, na prawdę ironicznie wygląda teraz to Twoje "święte oburzenie",
kiedy to Ty praktycznie cały czas oceniasz mój stan duchowy, zarzucasz mi bycie "zdeklarowanym grzesznikiem" po ciemnej stronie mocy i próbujesz mi wmawiać, co czuję - przypisując mi określone postawy czy intencje. To już nie jest rozmowa o poglądach, tylko o osobie - a to są dwie różne rzeczy.
I jeszcze pewnie "wydaje" Ci się, że wszystko jest ok., że to są tylko pewnie "dozwolone" słowa, bo masz prawo oceniać....mnie...... no nie, sorry, ale to Ty przekraczasz granice, szczególnie np. te wypowiedzi związane z moim stanem serca, nie znając mnie............ więc ironicznie to wygląda, kiedy to Ty straszysz -
"az mi ochota przechodzi na dyskusje z toba..."........... nie widząc "belki w swoim oku", kiedy w subtelny sposób naubliżałaś mi już dość na temat mojej duchowości i wiary....................... i sama nie dostrzegając, ile cierpliwości czasem wymaga rozmowa z Tobą......
Skoro przyznajesz wprost, że Biblia nie jest dla Ciebie żadną obiektywną skalą, to potwierdzasz dokładnie to, o czym pisałem -
Twoim źródłem prawdy stał się człowiek (Ty sama) i Twoje subiektywne odczucia. Twierdzenie, że
"ważnym źródłem prawdy jest dziś człowiek", bez obiektywnego kryterium, czy rzeczywiście
"w ktorym zyje Chrystus" - to prosta droga do tego, by każdy ogłosił się własnym bogiem i sędzią. Bez obiektywnego wzorca w Piśmie, skąd wiesz, czy ten Chrystus, o którym mówisz, że w Tobie żyje, nie jest tylko Twoim wyobrażeniem?
Prawdziwy Chrystus nigdy nie zaprzecza Słowu, które sam natchnął. A ja zauważyłem już mnóstwo takich zaprzeczających wypowiedzi u Ciebie, co pokazuje mi "konkretne" świadectwo, ale jednak nie oceniam Twoje osoby...... Jeśli Twoja prawda zależy od tego, kto ją wypowiada, a nie od tego, co Bóg zapisał, to nie szukasz Boga, tylko lustra dla własnych przekonań.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Ja w ogole nie widze siebie jako owcy w zagrodzie.
Objawienie Prawdy przez Chrystusa wywoluje u mnie efekt wolnosci i zwyciestwa...i jednosci duchowej z Ojcem i Synem...
Skad w ogole pomysl, zeby wolnosc w Chrystusie kojarzyc z owcami w zagrodzie?...Dla mnie to tylko biblijny folklor, oddajacy klimat rzeczywistosci, w ktorej rodzila sie wyzwalajaca Prawda.
Jeśli jedynym kryterium Twojej wiary jest to, co
'wywołuje w Tobie efekt wolności i zwyciestwa', to czy nie oznacza to, że ostatecznym
miernikiem Prawdy stało się po prostu Twoje własne samopoczucie? Skąd masz pewność, że to, co nazywasz
'zwycięstwem', to faktycznie objawienie Boże, a nie tylko Twoja subiektywna interpretacja, która akurat pasuje do Twoich emocji?
A jeśli tak - to skąd pewność, że to jeszcze objawienie Prawdy, a nie tylko jej subiektywna interpretacja?
Jeśli Twoja wolność nie potrzebuje fundamentu w Słowie, to czy nie jest ona po prostu wolnością do wierzenia w to, co sama uznałaś za słuszne?
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
A wiec jestesmy zgodni, ze Ojciec nie ma zadnego interesu abysmy pogodzili sie ze statusem owcy, bo to nie On nam ten status narzuca.
On ma raczej interes w tym, abysmy stali na wlasnych nogach z glowami podniesionymi do gory.
Swiadectwo Prawdy wydane przez Syna Bozego rzuca wystarczajaco duzo swiatla na realia w jakich zyjemy i wskazuje droge zwyciestwa.
I masz racje, ze nie rozumiem "milosci Boga do owiec" i ze "kazda religia jawi mi sie jako system ucisku"
Jeśli nie rozumiesz miłości Boga do "owiec", to nie rozumiesz samej istoty Ewangelii.
Bóg nie chce, żebyśmy stali o własnych siłach, bo nasze "własne nogi" zawsze nas doprowadzą do upadku -
i to jest ten realizm, którego unikasz.
Prawdziwe zwycięstwo w Chrystusie nie polega na ogłoszeniu własnej autonomii, ale na uznaniu,
że tylko w relacji z Nim jesteśmy bezpieczni. Jeśli każda religia jawi Ci się jako ucisk, to może dlatego, że mylisz poddanie się Bożej Prawdzie
z ludzką niewolą. Wolność bez fundamentu w Słowie to tylko kolejna iluzja panowania nad własnym losem. Skoro odrzucasz status owcy, to czyją drogą tak naprawdę idziesz - Jego, czy swoją własną?
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Przemek, w zadnym razie nie przyjmuje roli wilka, ktory chce cie zbalamucic , lecz pisze, jak czlowiek do czlowieka , komunikujac ci, ze zadne z nas nie jest ani owca, ani wilkiem lecz godnym swego Ojca dzieckiem, ktore jest w stanie zapanowac nad owcami i nad wilkami w ludzkim wydaniu.
Ok. Mówisz o byciu
'godnym Ojca dzieckiem', które panuje nad naturą wilka i owcy – to brzmi dumnie,
ale muszę zapytać skąd właściwie czerpiesz tę wiedzę?
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
To nie ja oferuje wolnosc. Ja tylko korzystam z oferty wolnosci, ktora ma dla nas wszystkich Ojciec w Chrystusie.
Wolny czlowiek pozostaje w jednosci z Ojcem i Synem i nie potrzebuje "pasterza".
Zapewniam cie, ze nie czuje sie osamotniona i ze nie straszny mi zaden "wiatr opinii"...
Twierdzisz, że korzystasz z
"oferty wolności od Ojca w Chrystusie", ale skąd czerpiesz wiedzę o tej
ofercie?
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
No i co sie ostatecznie stalo z tymi wszystkimi ukochanymi owcami na bliskim wschodzie?
Ja rowniez kocham zwierzeta...owce sa cudownymi stworzeniami i sama jestem gotowa nosic je na rekach...
Ale mimo wszystko nie widze siebie jako owcy w zagrodzie.
Co się stało? To proste - te, które słuchały Pasterza, przeżyły, a te, które
'stały na własnych nogach' i biegły tam, gdzie poniosło je ich własne
'czucie', kończyły w paszczach wilków lub na dnie przepaści. Dokładnie to samo dzieje się z ludźmi, którzy odrzucają obiektywne Słowo na rzecz własnych złudzeń.
Nie chodzi o to, że ktoś "lubi być owcą w zagrodzie" w sensie braku wolności. Obraz owiec i pasterza w Piśmie nie dotyczy zniewolenia, tylko relacji opartej na zaufaniu i prowadzeniu.
Owce same w sobie nie są "głupie", ale w metaforze chodzi o to, że bez przewodnictwa łatwo się rozpraszają i tracą orientację. Pasterz nie stoi przeciw wolności owiec - raczej chroni je przed zagrożeniami, których one same nie zawsze są w stanie rozpoznać. Twoje stwierdzenie, że nie widzisz siebie jako "owcy w zagrodzie", rozumiem raczej jako potrzebę autonomii i samodzielnego myślenia. Natomiast pytanie brzmi nie tyle "czy być owcą", ale czy istnieje wiarygodny Pasterz, któremu warto zaufać.
Bo jeśli taki Pasterz istnieje, to "zagroda" nie jest ograniczeniem, tylko ochroną. Jeśli nie - wtedy rzeczywiście pozostaje pełna autonomia, ale też pełna odpowiedzialność za własne wybory.
karolinka pisze: ↑2026-03-30, 20:05
Przemek, czlowiek do wyzwolenia sie z niewoli klamstwa i "wlasnej glupoty" nie potrzebuje zadnego "bolesnego uswiecenia i ognia" lecz Prawdy, o ktorej Syn Bozy mowil, ze jest"lekkim brzemieniem" .
Ja to przetestowalam na sobie i dziele sie z toba moimi doswiadczeniami.
Pozdrawiam Cie w Duchu i Prawdzie
Doceniam, że mówisz o własnym doświadczeniu i że realnie próbujesz żyć tym, co rozumiesz jako prawdę - to ważne.
Natomiast wydaje mi się, że nie ma sprzeczności między
"lekkim brzemieniem", o którym mówił Jezus, a procesem przemiany człowieka. "Lekkie" nie musi oznaczać "bez wysiłku" czy "bez konfrontacji z sobą samym", tylko raczej to, że nie jest to ciężar zniewalający ani prowadzący do potępienia.
Piszesz:
"Prawdy....",
a czym ona jest? Czy nie jest prawdą to, że nasza natura jest upadła, że nasze instynkty, systemy i fizyczne oraz psychiczne skłonności często nami kierują, zamiast my kierować nimi? W tym sensie człowiek nie jest w pełni samowystarczalny, bo "ja" i ego nie są neutralne ani doskonałe, tylko podatne na błędy i zwrócone ku sobie. I właśnie dlatego Biblia pokazuje, że potrzebujemy czegoś więcej niż własnego rozeznania - potrzebujemy prawdy, która nas przekracza i prowadzi, a nie tylko potwierdza to, co już sami o sobie myślimy.
W praktyce człowiek często odkrywa, że prawda sama w sobie uwalnia, ale jednocześnie konfrontuje z tym, co w nim nieuporządkowane. Ten proces bywa wymagający - nie dlatego, że prawda jest ciężarem, tylko dlatego, że odsłania to, co wcześniej było pomijane lub wypierane.
Prawda wyzwala, ale najpierw nas rzuca na kolana, pokazując, jak bardzo błądziliśmy - i to właśnie ten moment przejścia bywa bolesny. Jeśli Twoja "prawda" nigdy Cię nie zabolała, nigdy nie zakwestionowała Twoich fundamentów i zawsze współbrzmi z Twoim dobrym samopoczuciem, to mam poważne obawy, że nie spotkałaś jeszcze Chrystusa Ewangelii..........
Również pozdrawiam, mając nadzieję, że kiedyś odważysz się skonfrontować swoje "doświadczenie" z twardym, niezmiennym Słowem, które jest jedynym prawdziwym sprawdzianem naszej jedności z Ojcem.
Pozdrawiam - i dzięki za podzielenie się swoim spojrzeniem.