Rodzina - po ludzku bez żadnej nadziei

Czyli rozmowy na temat planowania rodziny, czystości w małżeństwie, ile powinniśmy mieć dzieci, czy powinniśmy je karać.
BrunoB
Bywalec
Bywalec
Posty: 127
Rejestracja: 22 sty 2026
Has thanked: 14 times
Been thanked: 22 times

Re: Rodzina - po ludzku bez żadnej nadziei

Post autor: BrunoB » 2026-05-05, 10:44

myśl pisze: 2026-04-01, 16:35 Przychodzę dziś prosić o wysłuchanie mnie, o wsparcie i o modlitwę...

Mam 43 lata.
Nigdy nie miałam chłopaka - nawet jako nastolatka.
Chciałam się zawsze dobrze uczyć, potem studiować... mieć dobrą pracę...
Z nauką się udało; z pracą nie do końca (nieodporność na stres plus różne wydarzenia zyciowe, ktorych tematu nie chce tu poruszać, pozwalają mi podjąć jedynie nisko platną pracę na część etatu).
Utrzymujemy się z mamą renty po tacie i z mojej słabej pensji.
Jak by mi mama umarła - nie utrzymam się.

Relacji damsko-męskiej zawsze się nieco obawiałam.
Za dużo - za mocnych - emocji... do tego decyzja na całe zycie... a moze to będzie zły człowiek? Nikt nie da gwarancji...

Zawsze chciałam mieć dzieci.
Ostatnio zaczęłam mieć nieregularne cykle.💔
Zaczynam się bać, że macierzynstwo się nigdy nie uda...

Nie chcę szukać relacji na portalach bezposrednio stawiających dobie taki cel, jak związek - nawet na portalach chrzescijańskich!
Prawdziwa milość - nie nastawiona na użycie drugiej osoby -rozkwita bowiem w moim przekonaniu tylko wtedy, jesli wczesniej była miedzy dwojgiem ludzi przyjaźń, a nie od razu cel matrymonialny.

Podejmowałam poszukiwania przyjaźni. Bywałam w różnych miejscach, postakademickich wspolnotach... sporo tam trwałam...
Takiej przyjaźni, z ktorej mogłaby potem rozkwitnąć milosc jednak nie znalazłam.

Ten mój post oprócz realizacji potrzeby wygadania i szukania jakiegoś wsparcia, jest także prosbą o modlitwę:

- o dobrego, świetego czlowieka
- o szczęśliwą rodzinę
- o obfitość Bożego błogosławienstwa dla mojej ukochanej mamy
- o zbawienie całej naszej rodziny - żebysmy wszyscy byli razem w niebie
Przeczytałem cały wątek i zastanawiam się czy oczekujesz czegoś poza modlitwą. Jeśli nie to po prostu się pomodlę. Jeśli tak to napisz proszę czego - bo obserwując wymianę zdań gdzie część osób pisze bardzo trafnie mam wrażenie, że najchętniej nic byś nie zmieniała. Potrzeba zmiany o której mówisz - tak to wybrzmiewa - wynika z potrzeby bycia kochaną (jednostronnie) i wsparcia finansowego.

Gdy czytam to nie wiem o co Ci chodzi. Miłość często poprzedza przyjaźń. Przyjaźń kształtuje się bardzo często jak coś wtórnego, wcześniej następuje zauroczenie. Nie znam żadnego związku który by przetrwał bez tego zauroczenia na początku. Mam wrażenie, że Ty jesteś na to całkiem zamkniętą.

Z doświadczenia mogę podpowiedzieć, że nie znasz dnia i godziny gdy się zakochasz. I nigdy nie wiesz czy będzie to odwzajemnione. Natomiast przyjaźń kształtuje się wraz z poznawaniem się i wspólnym spędzaniem czasu.

Opowiadasz nam o swojej rodzinie. Z jednej strony mówisz o miłości swojej matki do Ciebie a z drugiej opowiadasz o jej depresji. Piszesz, że mieszkacie razem i że rodzice bronili Cię przed brutalnością świata. Zastanawiam się czy myślałaś kiedyś o usamodzielnieniu się. Bo świat jest jaki jest ale każdy z nas jest autonomiczną jednostką i wchodzenie w dojrzałe życie to również odcinanie pępowiny. Dzieci nie powinny przejmować na siebie emocji rodziców, to jest bardzo niezdrowe.

Tak naprawdę dbanie o siebie w związku musi być obustronne. Ale żeby w ogóle powstał zdrowy związek to musimy mieć zdrowe relacje z rodzicami: być samodzielną jednostką z własnym światem i potrafiącą się w tym świecie odnaleźć. Piszesz że potrzebujesz kogoś kto będzie ładował Twoje baterie które kompletnie wyładowuję Twoja praca. Ale wiesz, że ta druga osoba też będzie mieć swoje emocje i swoje problemy? I o ile małżonkowie muszą się wspierać i wspomagać to powinni też być w stanie sami regulować swój nastrój, swoje emocje i nie oczekiwać, że ktoś to zrobi za nich.

Dużo tematów i bardzo trudny problem.

mareta
Super gaduła
Super gaduła
Posty: 1226
Rejestracja: 16 gru 2025
Wyznanie: Katolicyzm
Has thanked: 191 times
Been thanked: 221 times

Re: Rodzina - po ludzku bez żadnej nadziei

Post autor: mareta » 2026-05-05, 13:51

BrunoB pisze: 2026-05-05, 10:44
Przeczytałem cały wątek i zastanawiam się czy oczekujesz czegoś poza modlitwą. Jeśli nie to po prostu się pomodlę. Jeśli tak to napisz proszę czego - bo obserwując wymianę zdań gdzie część osób pisze bardzo trafnie mam wrażenie, że najchętniej nic byś nie zmieniała. Potrzeba zmiany o której mówisz - tak to wybrzmiewa - wynika z potrzeby bycia kochaną (jednostronnie) i wsparcia finansowego.

Gdy czytam to nie wiem o co Ci chodzi. Miłość często poprzedza przyjaźń. Przyjaźń kształtuje się bardzo często jak coś wtórnego, wcześniej następuje zauroczenie. Nie znam żadnego związku który by przetrwał bez tego zauroczenia na początku. Mam wrażenie, że Ty jesteś na to całkiem zamkniętą.

Z doświadczenia mogę podpowiedzieć, że nie znasz dnia i godziny gdy się zakochasz. I nigdy nie wiesz czy będzie to odwzajemnione. Natomiast przyjaźń kształtuje się wraz z poznawaniem się i wspólnym spędzaniem czasu.

Opowiadasz nam o swojej rodzinie. Z jednej strony mówisz o miłości swojej matki do Ciebie a z drugiej opowiadasz o jej depresji. Piszesz, że mieszkacie razem i że rodzice bronili Cię przed brutalnością świata. Zastanawiam się czy myślałaś kiedyś o usamodzielnieniu się. Bo świat jest jaki jest ale każdy z nas jest autonomiczną jednostką i wchodzenie w dojrzałe życie to również odcinanie pępowiny. Dzieci nie powinny przejmować na siebie emocji rodziców, to jest bardzo niezdrowe.

Tak naprawdę dbanie o siebie w związku musi być obustronne. Ale żeby w ogóle powstał zdrowy związek to musimy mieć zdrowe relacje z rodzicami: być samodzielną jednostką z własnym światem i potrafiącą się w tym świecie odnaleźć. Piszesz że potrzebujesz kogoś kto będzie ładował Twoje baterie które kompletnie wyładowuję Twoja praca. Ale wiesz, że ta druga osoba też będzie mieć swoje emocje i swoje problemy? I o ile małżonkowie muszą się wspierać i wspomagać to powinni też być w stanie sami regulować swój nastrój, swoje emocje i nie oczekiwać, że ktoś to zrobi za nich.

Dużo tematów i bardzo trudny problem.
Masz rację. Małżeństwo i rodzina to nie tylko życie usłane różami, ale nowe obowiązki i trudności. Młodzi o tym często zapominają. Trzeba nauczyć się nie tylko brać, ale i dawać. Nie wszyscy to potrafimy. W Kancelarii Parafialnej słyszy się jak młodzi mówią "my się kochamy". Oznacza to niekiedy, że kochają i owszem- każde siebie. Jeżeli są problemy przed - w małżeństwie raczej się one nasilą, niż zmniejszą.
Jest takie myślenie, chyba rodem jeszcze z XIX wieku, jakoby małżeństwo rozwiązywało wszystkie problemy. Moja znajoma wyszła za mąż jak się później okazało, za mężczyznę chorego psychicznie, którą to chorobę, jego matka starannie ukryła.
"Jedni drugich brzemiona noście" - nie ma lepszego miejsca i zastosowania dla tej zasady, jak małżeństwo.
Nie można ustawić się w ten sposób, że ja będę jak bluszcz, który oplecie się wokół dębu i on na pewno będzie moim oparciem, ja dla niego - no cóż.... On będzie idealny, silny i męski, będzie mnie kochał, zapewni mi dobrobyt, stabilizację, a ja- przecież jestem tylko słabą kobietką...
„Nie lękaj się, bo ja jestem z tobą. Nie trwóż się, bom ja twoim Bogiem. Umacniam cię, jeszcze i wspomagam, podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą.”

BrunoB
Bywalec
Bywalec
Posty: 127
Rejestracja: 22 sty 2026
Has thanked: 14 times
Been thanked: 22 times

Re: Rodzina - po ludzku bez żadnej nadziei

Post autor: BrunoB » 2026-05-05, 14:45

mareta pisze: 2026-05-05, 13:51
BrunoB pisze: 2026-05-05, 10:44
Przeczytałem cały wątek i zastanawiam się czy oczekujesz czegoś poza modlitwą. Jeśli nie to po prostu się pomodlę. Jeśli tak to napisz proszę czego - bo obserwując wymianę zdań gdzie część osób pisze bardzo trafnie mam wrażenie, że najchętniej nic byś nie zmieniała. Potrzeba zmiany o której mówisz - tak to wybrzmiewa - wynika z potrzeby bycia kochaną (jednostronnie) i wsparcia finansowego.

Gdy czytam to nie wiem o co Ci chodzi. Miłość często poprzedza przyjaźń. Przyjaźń kształtuje się bardzo często jak coś wtórnego, wcześniej następuje zauroczenie. Nie znam żadnego związku który by przetrwał bez tego zauroczenia na początku. Mam wrażenie, że Ty jesteś na to całkiem zamkniętą.

Z doświadczenia mogę podpowiedzieć, że nie znasz dnia i godziny gdy się zakochasz. I nigdy nie wiesz czy będzie to odwzajemnione. Natomiast przyjaźń kształtuje się wraz z poznawaniem się i wspólnym spędzaniem czasu.

Opowiadasz nam o swojej rodzinie. Z jednej strony mówisz o miłości swojej matki do Ciebie a z drugiej opowiadasz o jej depresji. Piszesz, że mieszkacie razem i że rodzice bronili Cię przed brutalnością świata. Zastanawiam się czy myślałaś kiedyś o usamodzielnieniu się. Bo świat jest jaki jest ale każdy z nas jest autonomiczną jednostką i wchodzenie w dojrzałe życie to również odcinanie pępowiny. Dzieci nie powinny przejmować na siebie emocji rodziców, to jest bardzo niezdrowe.

Tak naprawdę dbanie o siebie w związku musi być obustronne. Ale żeby w ogóle powstał zdrowy związek to musimy mieć zdrowe relacje z rodzicami: być samodzielną jednostką z własnym światem i potrafiącą się w tym świecie odnaleźć. Piszesz że potrzebujesz kogoś kto będzie ładował Twoje baterie które kompletnie wyładowuję Twoja praca. Ale wiesz, że ta druga osoba też będzie mieć swoje emocje i swoje problemy? I o ile małżonkowie muszą się wspierać i wspomagać to powinni też być w stanie sami regulować swój nastrój, swoje emocje i nie oczekiwać, że ktoś to zrobi za nich.

Dużo tematów i bardzo trudny problem.
Masz rację. Małżeństwo i rodzina to nie tylko życie usłane różami, ale nowe obowiązki i trudności. Młodzi o tym często zapominają. Trzeba nauczyć się nie tylko brać, ale i dawać. Nie wszyscy to potrafimy. W Kancelarii Parafialnej słyszy się jak młodzi mówią "my się kochamy". Oznacza to niekiedy, że kochają i owszem- każde siebie. Jeżeli są problemy przed - w małżeństwie raczej się one nasilą, niż zmniejszą.
Jest takie myślenie, chyba rodem jeszcze z XIX wieku, jakoby małżeństwo rozwiązywało wszystkie problemy. Moja znajoma wyszła za mąż jak się później okazało, za mężczyznę chorego psychicznie, którą to chorobę, jego matka starannie ukryła.
"Jedni drugich brzemiona noście" - nie ma lepszego miejsca i zastosowania dla tej zasady, jak małżeństwo.
Nie można ustawić się w ten sposób, że ja będę jak bluszcz, który oplecie się wokół dębu i on na pewno będzie moim oparciem, ja dla niego - no cóż.... On będzie idealny, silny i męski, będzie mnie kochał, zapewni mi dobrobyt, stabilizację, a ja- przecież jestem tylko słabą kobietką...
W punkt.

Ludzie mają często mylne wyobrażenie, że małżeństwo to jakiś magiczny sposób na rozwiązanie problemów. Często nie zdają sobie sprawy, że cena wspólnego życia bywają dodatkowe problemy. A jeśli przy okazji małżonkowie nie potrafią się wyzbyć perspektywy „ja, ja, ja” to jest to przepis na katastrofę.

Pani, która napisała ten post, nie mówi, że szuka kogoś kogo pokocha i kto pokocha ją. Ona szuka kogoś kto będzie ją kochał. I to mnie najbardziej uderza w tej wypowiedzi. Strach przed brakiem miłości z czyjejś strony. I jeszcze porównanie miłości, która obdarza ją matka z miłością jaką ma otrzymać od owego małżonka… to tak nie działa. Mąż kocha zupełnie inaczej. Miłość małżeńska to nie jest miłość rodziców. Gdy rodziców zabraknie to zabraknie też tego rodzaju miłości i jeśli związek ma zrekompensować ten brak to nie jest to rozsądne.

Dlatego może warto zastanowić się kogo szukamy: męża, którego będziemy kochać i wspierać i który będzie nas kochał i wspierał, czy może przybranego rodzica, który będzie rozwiązywał nasze problemy, utrzymywał nas i kochał. Bo tutaj widzę główny problem.

Stanko
Biegły forumowicz
Biegły forumowicz
Posty: 1597
Rejestracja: 25 paź 2025
Wyznanie: Katolicyzm
Has thanked: 46 times
Been thanked: 173 times

Re: Rodzina - po ludzku bez żadnej nadziei

Post autor: Stanko » 2026-05-05, 15:07

mareta pisze: 2026-05-05, 13:51 Jest takie myślenie, chyba rodem jeszcze z XIX wieku, jakoby małżeństwo rozwiązywało wszystkie problemy. Moja znajoma wyszła za mąż jak się później okazało, za mężczyznę chorego psychicznie, którą to chorobę, jego matka starannie ukryła.
"Jedni drugich brzemiona noście" - nie ma lepszego miejsca i zastosowania dla tej zasady, jak małżeństwo.
Nie można ustawić się w ten sposób, że ja będę jak bluszcz, który oplecie się wokół dębu i on na pewno będzie moim oparciem, ja dla niego - no cóż.... On będzie idealny, silny i męski, będzie mnie kochał, zapewni mi dobrobyt, stabilizację, a ja- przecież jestem tylko słabą kobietką...
W dyskusjach o obowiązkach małżeńskich stale, choć niekiedy bezzasadnie podkreśla się równości obowiązków.
Psychologia i psychiatria mówi o takich dwóch zaburzeniach, które na skutek wczesnych nieadaptacyjych schematów (EMS) czynią równość obowiązków niemożliwą.
Jest to najpierw zaburzenie osobowości zależnej, gdzie on czy ona koniecznie chce i musi się poddać komuś, kto za niego/nią lub bez niego/jej będzie myślał, podejmował decyzję, a nawet roztaczał nad drugim opieką.

Drugi to zaburzenie osobowości unikającej, które sprawia, że osoby nie są zdolne do współpracy, żyjąc z sobą na dystans. Jeśliby chociaż dwoje było takich samych, ale tak nie bywa; wtedy wzajemność też jest bardzo trudna.
A jeśli zdarzy się, że osobowość zależna zejdzie się z osobowością unikającą, to też bardzo trudno wyobrazić wspólnoty.

Chociaż takich osobowości zależnej i osobowości unikającej jest razem może dwa-trzy procent, to i tak psycholog miałby tu nadmiar roboty.
A przecież do tego dochodzi jeszcze zaburzenie borderline!
Czy w urzędach i parafiach jest ta świadomość?
Czy mówi się o tym, o tych KONKRETACH?

mareta
Super gaduła
Super gaduła
Posty: 1226
Rejestracja: 16 gru 2025
Wyznanie: Katolicyzm
Has thanked: 191 times
Been thanked: 221 times

Re: Rodzina - po ludzku bez żadnej nadziei

Post autor: mareta » 2026-05-05, 22:01

BrunoB pisze: 2026-05-05, 14:45
mareta pisze: 2026-05-05, 13:51
BrunoB pisze: 2026-05-05, 10:44
Dużo tematów i bardzo trudny problem.
. On będzie idealny, silny i męski, będzie mnie kochał, zapewni mi dobrobyt, stabilizację, a ja- przecież jestem tylko "słabą" kobietką...
W punkt.

Ludzie mają często mylne wyobrażenie, że małżeństwo to jakiś magiczny sposób na rozwiązanie problemów. Często nie zdają sobie sprawy, że cena wspólnego życia bywają dodatkowe problemy. A jeśli przy okazji małżonkowie nie potrafią się wyzbyć perspektywy „ja, ja, ja” to jest to przepis na katastrofę.

Pani, która napisała ten post, nie mówi, że szuka kogoś kogo pokocha i kto pokocha ją. Ona szuka kogoś kto będzie ją kochał. I to mnie najbardziej uderza w tej wypowiedzi. Strach przed brakiem miłości z czyjejś strony. I jeszcze porównanie miłości, która obdarza ją matka z miłością jaką ma otrzymać od owego małżonka… to tak nie działa. Mąż kocha zupełnie inaczej. Miłość małżeńska to nie jest miłość rodziców. Gdy rodziców zabraknie to zabraknie też tego rodzaju miłości i jeśli związek ma zrekompensować ten brak to nie jest to rozsądne.

Dlatego może warto zastanowić się kogo szukamy: męża, którego będziemy kochać i wspierać i który będzie nas kochał i wspierał, czy może przybranego rodzica, który będzie rozwiązywał nasze problemy, utrzymywał nas i kochał. Bo tutaj widzę główny problem.

Otóż to właśnie; szukamy męża, czy opiekuna-rodzica.

Dodano po 24 minutach 20 sekundach:
Stanko pisze: 2026-05-05, 15:07
mareta pisze: 2026-05-05, 13:51 Jest takie myślenie, chyba rodem jeszcze z XIX wieku, jakoby małżeństwo rozwiązywało wszystkie problemy.
W dyskusjach o obowiązkach małżeńskich stale, choć niekiedy bezzasadnie podkreśla się równości obowiązków.

Czy mówi się o tym, o tych KONKRETACH?
Opisałeś stan rzeczy od strony naukowej, ja znam życie i wiele mogłabym opowiedzieć. Mówi się całkiem sporo na konferencjach dla narzeczonych, naukach przedmałżeńskich ( antymałżeńskich, jak twierdza niektórzy), jeżeli są dobrze prowadzone. Nie wiem jak jest w parafiach, nie słyszałam o wielu odmowach ślubu. Właściwie to o jednym: niedoszła panna młoda miała 16 lat, choć była w ciąży, pewno sama nie miała ochoty na ślub i dobrze, że do niego nie doszło. Dzisiaj "sukcesem" jest, jeżeli para w ogóle trafi do kancelarii.
Równość obowiązków małżeńsko- rodzicielskich jest niemożliwa z oczywistych względów- jeżeli ktoś twierdzi inaczej, niech w jego związku żona z mężem na zmianę rodzą dzieci... :))
„Nie lękaj się, bo ja jestem z tobą. Nie trwóż się, bom ja twoim Bogiem. Umacniam cię, jeszcze i wspomagam, podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą.”

Awatar użytkownika
Andej
Legendarny komentator
Legendarny komentator
Posty: 27761
Rejestracja: 20 lis 2016
Been thanked: 5113 times

Re: Rodzina - po ludzku bez żadnej nadziei

Post autor: Andej » 2026-05-05, 22:42

mareta pisze: 2026-05-05, 22:25 Równość obowiązków małżeńsko- rodzicielskich jest niemożliwa z oczywistych względów-
Jest możliwa i pożądana. Równość nie polega na tym, że każde zadanie jest rozdzielane po równo na dwoje. To podział obowiązków i podział praw. Równie w zakresie prawa. Uzupełniający się w zakresie obowiązków.
mareta pisze: 2026-05-05, 22:25 jeżeli ktoś twierdzi inaczej, niech w jego związku żona z mężem na zmianę rodzą dzieci...
Tak, w tym względzie mężczyźni są rzeczywiście dyskryminowani. Ojcostwo jest o wiele trudniejsze. Bo trzeba się go uczyć. Kobieta nawiązuje więź z dzieckiem już w okresie prenatalnym. A ojciec może tylko podsłuchać statoskopem, pokopać się, jeśli w odpowiednim czasie trzyma rękę na brzuchu.
Mężczyźni są też dyskryminowani (coraz mniej) w zakresie opieki nad dziećmi. Trudniej jest im otrzymać prawo do opieki, gdy nastąpi rozłam.
Wszystko co piszę jest moim subiektywnym poglądem. Nigdy nie wypowiadam się w imieniu Kościoła. Moje wypowiedzi nie są autoryzowane przez Kościół.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Rodzina, małżeństwo, narzeczeni”