Z biblijnego punktu widzenia Jahwe nie popełnił pomyłki, stwarzając pierwszą parę ludzi. Po stworzeniu Adama zapoznał go z jego pomocnicą Ewą i na tym etapie zakończył swoje dzieło, przewidując, że podobnie jak inne stworzone przez Niego istoty żywe, ludzie będą się rozmnażać i zasiedlać ziemię.
Nie było to jednak małżeństwo w późniejszym, uregulowanym znaczeniu tego słowa, lecz raczej związek dwóch płci oparty na wzajemnej więzi i naturalnym instynkcie. Bóg pozostawił człowiekowi tę sferę życia, podobnie jak innym stworzeniom. Aby ludzkość nie pozostała w jednym miejscu, lecz rozwijała się i rozszerzała po ziemi, udzielił pierwszym ludziom błogosławieństwa:
„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się; zaludniajcie ziemię i bierzcie ją w posiadanie! Dla was są ryby w morzu, ptaki w powietrzu i wszelka istota żywa, która się porusza po ziemi” (Rdz 1:28).
Instytucja małżeństwa jako formalnie uregulowanej relacji społecznej i prawnej kształtowała się dopiero później, w historii Izraela - w czasach patriarchów, a następnie w okresie Prawa Mojżeszowego. Wtedy pojawiły się szczegółowe przepisy dotyczące m.in. zaręczyn, odpowiedzialności rodzinnej, praw kobiet, rozwodu i obowiązków małżonków. Przykłady takich regulacji znajdują się w Torze, między innymi w Księdze Wyjścia 22:15–16 oraz w Księdze Powtórzonego Prawa 22 i 24:1–4.
Początkowo małżeństwo miało bardzo prostą formę. W społeczeństwie patriarchalnym mężczyzna mógł przyprowadzić kobietę do domu swojej rodziny i rozpocząć z nią wspólne życie – taki związek był już traktowany jako małżeństwo. Z czasem jednak relacja ta została otoczona dodatkowymi elementami społecznymi: pojawiły się zaręczyny, ustalenia między rodzinami, błogosławieństwo ojca oraz uroczystości weselne.
Warto zauważyć, że w starożytnym Izraelu małżeństwo nie było ceremonią religijną sprawowaną przez kapłana. Było przede wszystkim umową społeczną i rodzinną, regulowaną zwyczajami oraz późniejszymi przepisami prawa. Kapłan nie pełnił roli urzędnika zawierającego związek, jak ma to miejsce w wielu tradycjach religijnych współcześnie.
Można więc powiedzieć, że według opisu biblijnego sam akt stworzenia człowieka nie zakładał od razu rozbudowanej instytucji małżeństwa. Ta forma organizacji życia rodzinnego rozwijała się stopniowo wraz z rozwojem społeczeństwa, kultury i prawa Izraela.
W judaizmie mężczyzna mógł wręczyć kobiecie dokument rozwodowy (get), co jest opisane m.in. w Prawie Mojżeszowym (Pwt 24:1). W klasycznej interpretacji rabinicznej inicjatywa rozwodu była zasadniczo po stronie mężczyzny, choć w późniejszym judaizmie rozwijały się mechanizmy chroniące kobiety i w pewnych sytuacjach umożliwiające im domaganie się rozwodu.
Ewangelie nie znoszą historycznej żydowskiej praktyki rozwodowej ani nie przedstawiają szczegółowego systemu prawa rozwodowego. Reinterpretują jednak rozwód w świetle nauczania Jezusa, podkreślając trwałość małżeństwa i krytykując łatwość oddalenia współmałżonka. Można więc stwierdzić, że według tej perspektywy Jahwe nie pomylił się, przekazując Izraelowi swoje prawa oraz swoje rozumienie instytucji małżeństwa. Zmiany zaczęły obowiązywać dopiero w Kościele chrześcijańskim, który, interpretując słowa Jezusa, wprowadził do swojej doktryny nowe zasady dotyczące rozwodu oraz przysięgi małżeńskiej.
Jednym z tekstów, na których oparto chrześcijańskie rozumienie małżeństwa, jest fragment Listu do Efezjan, w którym Paweł pisze: „Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, ponieważ mąż jest głową żony, jak i Chrystus – Głową Kościoła: On – Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom – we wszystkim” (Ef 5:22–24). Na tej podstawie w tradycyjnej formule przysięgi małżeńskiej składanej przez kobietę pojawił się zapis o posłuszeństwie wobec męża.
W tym miejscu pojawia się jednak problem natury teologicznej. Chrześcijanie nie uznają istnienia dwóch bogów, lecz jednego Boga w Trójcy Świętej, która – zgodnie z doktryną – istnieje od początku. Powstaje więc pytanie o spójność przekazu. Z jednej strony objawiająca się w Torze Trójca Święta dopuszcza rozwód i przyznaje mężowi szersze uprawnienia niż żonie. Z drugiej strony, w kościele chrześcijanskim ta sama Trójca, powołując się na nauczanie Jezusa i apostołów, zasadniczo nie uznaje rozwodów oraz przyjmuje równe obowiązki małżonków w zakresie nierozerwalności małżeństwa. Rodzi to pytanie, czy mamy do czynienia ze zmianą interpretacji objawienia, rozwojem doktryny, czy też z wewnętrznym napięciem pomiędzy prawem Tory a nauczaniem Kościoła. Odpowiedź na to pytanie pozostaje przedmiotem dyskusji teologicznej.
Małżeństwo - Bóg się pomylił ?
-
Albertus
- Złoty mówca

- Posty: 9036
- Rejestracja: 12 mar 2016
- Wyznanie: Katolicyzm
- Has thanked: 718 times
- Been thanked: 1348 times
Re: Małżeństwo - Bóg się pomylił ?
Jezus oczywiście nauczał że dla chrześcijan rozwodów nie ma.
A w Ewangelii Sam wyjaśnia skąd się wzięła możliwość rozwodu w prawie mojżeszowym.
W ST nie było jeszcze pełnego objawienia Bożego, również moralnego. To Objawienie wypełniło się w Chrystusie i Jego Kościele.
A w Ewangelii Sam wyjaśnia skąd się wzięła możliwość rozwodu w prawie mojżeszowym.
W ST nie było jeszcze pełnego objawienia Bożego, również moralnego. To Objawienie wypełniło się w Chrystusie i Jego Kościele.
- Stefan
- Bywalec

- Posty: 120
- Rejestracja: 13 cze 2026
- Ostrzeżenia: 1
- Wyznanie: Chrześcijanin
- Been thanked: 25 times
Re: Małżeństwo - Bóg się pomylił ?
Albertusie, Twoje słowa: „Jezus oczywiście nauczał, że dla chrześcijan rozwodów nie ma. W Ewangelii sam wyjaśnia, skąd wzięła się możliwość rozwodu w prawie mojżeszowym. W Starym Testamencie nie było jeszcze pełnego objawienia Bożego, również w wymiarze moralnym. To objawienie wypełniło się dopiero w Chrystusie i Jego Kościele” bardzo mnie zaciekawiły.
Zastanawia mnie jednak pewna kwestia: dlaczego Bóg miałby nie przekazać ludziom od razu pełni prawdy? Czy oznaczałoby to, że dochodził do swojej wszechwiedzy stopniowo, rozwijając w czasie swoje poznanie i doświadczenie?
A może chodziło o to, że Bóg uznał swój wybrany naród za niezdolny do przyjęcia pełni objawienia? Izraelici rzeczywiście nie byliby w stanie zrozumieć prawdy o Jego Synu - Jezusie Chrystusie. Trzeba przyznać, że dla ludzi wychowanych w przekonaniu o absolutnej jedyności Boga byłoby to wydarzenie niezwykle trudne do przyjęcia. Zwłaszcza że w historii Izraela istniały wcześniejsze wyobrażenia związane z postacią Aszery, a reformy religijne, szczególnie za panowania Jozjasza, doprowadziły do ich usunięcia z oficjalnego kultu. W takim kontekście idea Syna Bożego, który istnieje odwiecznie i nie ma ludzkiej matki, mogła wydawać się dla wielu Żydów ogromnym wyzwaniem.
By może, że wstydził się przyznać, że to nie On jest stwórcą otaczającej nas rzeczywistości, tylko drugi Bóg - Logos? To ma ręce i nogi, bo przekaz Jana 1:1 rozkłada na obie łopatki jego stwierdzenie, że istnieje jedynie jeden bóg - On sam o imieniu Jahwe.
Jak widzimy przyczyn może być wiele. Idąc dalej tym tropem można się jeszcze pokusić na przedstawienie dalszych hipotez.
Bóg chciał najpierw przeprowadzić eksperyment pedagogiczny.
Według takiej interpretacji Bóg miałby nie objawić wszystkiego od razu, bo ludzkość musiała „dorosnąć” moralnie. Pełnia prawdy podana ludziom żyjącym w epoce plemiennej, przemocy i kultu siły mogłaby zostać wypaczona. Objawienie byłoby więc czymś w rodzaju stopniowego wychowania.
Bóg obawiał się, że ludzie wykorzystają pełnię wiedzy przeciwko sobie.
Można by wyobrazić sobie pogląd, że zbyt wczesne poznanie głębokich prawd duchowych doprowadziłoby do pychy, manipulacji albo stworzenia systemu religijnego opartego bardziej na władzy niż na relacji z Bogiem.
Bóg chciał zachować element wolności i poszukiwania.
Według takiego scenariusza pełne objawienie od pierwszego dnia uczyniłoby wiarę czymś niemal wymuszonym. Ludzie nie szukaliby Boga, tylko posiadaliby kompletną instrukcję obsługi rzeczywistości.
Bóg działał przez ograniczone ludzkie kategorie.
To byłaby wersja bardziej filozoficzna: nie chodziłoby o to, że Bóg czegoś nie wiedział, ale że przekazywał ludziom prawdę w języku i obrazach, które mogli zrozumieć. Jak nauczyciel, który nie tłumaczy rachunku różniczkowego przedszkolakom, choć sam go zna.
Bóg chciał najpierw zbudować historię, a nie tylko przekazać informację.
W takim ujęciu objawienie nie byłoby jedynie zestawem zdań do zapamiętania, ale dramatem rozgrywającym się w czasie. Patriarchowie, prorocy, Izrael, Chrystus — wszystko byłoby etapami narracji.
Bóg celowo pozostawił napięcia, aby zmusić ludzi do refleksji.
Hipotetycznie można by powiedzieć, że gdyby wszystko było natychmiast jasne, ludzie nie rozwijaliby filozofii, teologii ani moralnej refleksji.
Bóg miał ograniczenia wynikające z własnego planu.
To byłaby już wersja zbliżona do niektórych nurtów teologii procesu: Bóg nie byłby nieruchomym absolutem posiadającym całą przyszłość w jednym akcie poznania, ale uczestnikiem rozwijającej się historii. Klasyczny chrześcijański teizm jednak zdecydowanie odrzuca taki pogląd, bo zakłada Bożą wszechwiedzę.
Bóg chciał najpierw stworzyć wspólnotę, która będzie zdolna unieść nowe objawienie. Czyli nie chodziłoby o brak wiedzy u Boga, lecz o przygotowanie odbiorców. Tak jak objawienie Chrystusa wymagało wcześniejszego języka religijnego, symboli, Prawa i proroków.
Bóg celowo ukrywał część prawdy, bo tajemnica jest elementem relacji.
To przypominałoby argument stosowany w mistyce: Bóg nie jest przedmiotem do całkowitego poznania, ale osobą, której poznanie dokonuje się w spotkaniu.
Bóg po prostu zmieniał strategie.
To byłaby najbardziej antropomorficzna wersja: Bóg próbował różnych metod, obserwował reakcje ludzi i dostosowywał przekaz. W ramach klasycznej doktryny o Bogu byłaby to jednak trudna do obrony teza, bo sugerowałaby uczenie się i korektę planu.
Zastanawia mnie jednak pewna kwestia: dlaczego Bóg miałby nie przekazać ludziom od razu pełni prawdy? Czy oznaczałoby to, że dochodził do swojej wszechwiedzy stopniowo, rozwijając w czasie swoje poznanie i doświadczenie?
A może chodziło o to, że Bóg uznał swój wybrany naród za niezdolny do przyjęcia pełni objawienia? Izraelici rzeczywiście nie byliby w stanie zrozumieć prawdy o Jego Synu - Jezusie Chrystusie. Trzeba przyznać, że dla ludzi wychowanych w przekonaniu o absolutnej jedyności Boga byłoby to wydarzenie niezwykle trudne do przyjęcia. Zwłaszcza że w historii Izraela istniały wcześniejsze wyobrażenia związane z postacią Aszery, a reformy religijne, szczególnie za panowania Jozjasza, doprowadziły do ich usunięcia z oficjalnego kultu. W takim kontekście idea Syna Bożego, który istnieje odwiecznie i nie ma ludzkiej matki, mogła wydawać się dla wielu Żydów ogromnym wyzwaniem.
By może, że wstydził się przyznać, że to nie On jest stwórcą otaczającej nas rzeczywistości, tylko drugi Bóg - Logos? To ma ręce i nogi, bo przekaz Jana 1:1 rozkłada na obie łopatki jego stwierdzenie, że istnieje jedynie jeden bóg - On sam o imieniu Jahwe.
Jak widzimy przyczyn może być wiele. Idąc dalej tym tropem można się jeszcze pokusić na przedstawienie dalszych hipotez.
Bóg chciał najpierw przeprowadzić eksperyment pedagogiczny.
Według takiej interpretacji Bóg miałby nie objawić wszystkiego od razu, bo ludzkość musiała „dorosnąć” moralnie. Pełnia prawdy podana ludziom żyjącym w epoce plemiennej, przemocy i kultu siły mogłaby zostać wypaczona. Objawienie byłoby więc czymś w rodzaju stopniowego wychowania.
Bóg obawiał się, że ludzie wykorzystają pełnię wiedzy przeciwko sobie.
Można by wyobrazić sobie pogląd, że zbyt wczesne poznanie głębokich prawd duchowych doprowadziłoby do pychy, manipulacji albo stworzenia systemu religijnego opartego bardziej na władzy niż na relacji z Bogiem.
Bóg chciał zachować element wolności i poszukiwania.
Według takiego scenariusza pełne objawienie od pierwszego dnia uczyniłoby wiarę czymś niemal wymuszonym. Ludzie nie szukaliby Boga, tylko posiadaliby kompletną instrukcję obsługi rzeczywistości.
Bóg działał przez ograniczone ludzkie kategorie.
To byłaby wersja bardziej filozoficzna: nie chodziłoby o to, że Bóg czegoś nie wiedział, ale że przekazywał ludziom prawdę w języku i obrazach, które mogli zrozumieć. Jak nauczyciel, który nie tłumaczy rachunku różniczkowego przedszkolakom, choć sam go zna.
Bóg chciał najpierw zbudować historię, a nie tylko przekazać informację.
W takim ujęciu objawienie nie byłoby jedynie zestawem zdań do zapamiętania, ale dramatem rozgrywającym się w czasie. Patriarchowie, prorocy, Izrael, Chrystus — wszystko byłoby etapami narracji.
Bóg celowo pozostawił napięcia, aby zmusić ludzi do refleksji.
Hipotetycznie można by powiedzieć, że gdyby wszystko było natychmiast jasne, ludzie nie rozwijaliby filozofii, teologii ani moralnej refleksji.
Bóg miał ograniczenia wynikające z własnego planu.
To byłaby już wersja zbliżona do niektórych nurtów teologii procesu: Bóg nie byłby nieruchomym absolutem posiadającym całą przyszłość w jednym akcie poznania, ale uczestnikiem rozwijającej się historii. Klasyczny chrześcijański teizm jednak zdecydowanie odrzuca taki pogląd, bo zakłada Bożą wszechwiedzę.
Bóg chciał najpierw stworzyć wspólnotę, która będzie zdolna unieść nowe objawienie. Czyli nie chodziłoby o brak wiedzy u Boga, lecz o przygotowanie odbiorców. Tak jak objawienie Chrystusa wymagało wcześniejszego języka religijnego, symboli, Prawa i proroków.
Bóg celowo ukrywał część prawdy, bo tajemnica jest elementem relacji.
To przypominałoby argument stosowany w mistyce: Bóg nie jest przedmiotem do całkowitego poznania, ale osobą, której poznanie dokonuje się w spotkaniu.
Bóg po prostu zmieniał strategie.
To byłaby najbardziej antropomorficzna wersja: Bóg próbował różnych metod, obserwował reakcje ludzi i dostosowywał przekaz. W ramach klasycznej doktryny o Bogu byłaby to jednak trudna do obrony teza, bo sugerowałaby uczenie się i korektę planu.
- Andy72
- Mistrz komentowania

- Posty: 5736
- Rejestracja: 18 kwie 2018
- Wyznanie: Katolicyzm
- Has thanked: 566 times
- Been thanked: 719 times
Re: Małżeństwo - Bóg się pomylił ?
Przed Jezusem nie objawił wszystkiego, był pedagogiem, ale to nie eksperyment
„Stół dla mnie zastawiasz, na oczach mych wrogów to czynisz” (Ps 23,5)