CiekawaXO pisze: ↑2026-08-05, 10:17
No bo się dobrze skończyło. Jakby ci zamordował żonę albo zgwałcił byś się zdrowo nie czuł. Dobre doświadczenia nie powodują że można zapomnieć o odpowiedzialności i roztropności.
To może ja kobieta tez mam zapraszać mężczyzn dopiero poznanych pod swój dach,z ulicy?
No to opowiem, jak się skończyła moja przygoda z "przygodnym".
Oto zbliża się koniec dnia i ciemniej, a na drodze stoi człowiek, prawdziwy łachmaniarz. Potrzebuje jakiegoś pomieszczenia i troche słomy, by się przenocować. W sąsiedztwie mają stodołę i szopę, ale nie przyjęli go, bo może pali papierosy i byłby pożar... Mieszkam obok w dwuizbowej kawalerce; prześpię się tym drugim pokoiku, on mógłby w tym pierwszym, nieco większym. Jest tam tylko kozetka i dużo książek na podłodze pod ścianami, w podwójnym rzędzie.
Dobrze, proszę do mnie! Wchodzi. Już w drzwiach czuję, że to taki pojemnik nieszczęścia i smrodu. Ach, niech będzie, co chce!
Nie miałem żywności, ale jakieś zioła, woda, cukier, więc naparzyłem fajnej herbaty jeden i drugi garnuszek i dobrze, jak na owe czasy(!) posłodziłem.
Podgrzałem bojler, napełniłem wannę, dałem mydło i ręcznik. On otwiera oczy z niedowierzaniem, ale wchodzi tam, uszczęśliwiony. Przez niedomykające się drzwi słyszę jego śpiewne pomruki; luksus, Ameryka... luksus, Ameryka...
Po pół godziny wyszedł, znowu dwa garnuszki herbaty...
Potem poszedłem do siebie, a on położył się spać.
W nocy słyszę przez drzwi, że on chodzi po izbie i coś narzeka. Słucham tak z pół godziny, nie wiem, co to znaczy i znów zasnąłem.
Rano wstaję, wychodzę ze swojej komnaty, żeby go obudzić, bo muszę do pracy. Jego jednak już nie ma! Zaś całe pomieszczenie znów okrutnie śmierdzi... Patrzę, a te książki na podłodze zlane ropno-krwawym moczem...dokoła... Ach tak, on obudził się, chyba w boleściach, ale w ciemności nie znalazł ani światła, ani drzwi i załatwiał się tak jak mógł, przy tym szukaniu... i wcześnie o świcie z szalonym wstydem poszedł do swojego "świata nędzy"...
Kilka dni zeszło mi na odzyskiwanie pomieszczenia. Niektórych książek już nie odzyskałem. Do dziś nie wiem i wiedział nie będę, kto to był; ani imienia, ani nazwiska, ani miejscowości skąd wyszedł i dokąd poszedł. To mnie nie interesowało. Ale nie żałuję, żem go przyjął. Żałuję tylko, do dziś, że tak w nocy cierpiał i wyszedł ode mnie z dodatkowym cierpieniem...