Przyznajmy jednak, że trochę jednak inaczej brzmią pewne rzeczy w różnych ustach: np. w ustach kogoś, kto cytuje - jako arbitra prawdy - w swoim podpisie Jana Husa...
Ale może lepiej wytłumaczę, o co mi chodzi (ostatnio wszędzie poruszam ten temat, bo on mnie porusza...):
Myślę, że temat może wzburzyć wiele osób zafascynowanych pięknem liturgii, ale wydaje mi się, że jest wart przedyskutowania.
Dużo się w liturgii zmieniło po SVII, ale wydaje mi się, że na tym nie powinno się skończyć.
Spójrzmy (przyznaję, domniemanym) okiem człowieka, który nie jest od dziecka przyzwyczajony do kościelnych rytuałów:
]Jak w jego oczach wyglądają te wszystkie zawodzące śpiewy, powtarzane frazy?
I te stroje, sutanny, różne bąbelki i czapeczki duchownych?
Jest wprawdzie lepiej niż było (kto wymyślił, żeby modlić się do Boga w obcym języku, albo kodyfikować kto jak ma chodzić wokół ołtarza i jakie pokłony oddawać?!).
Gdzie mam znaleźć związek chrztu polkrapianego wodą z opisami chrztu w Piśmie Świętym?
Jak odnaleźć podobieństwo pomiędzy Ostatnią Wieczerzą a Mszą Świętą, skoro nie tylko nie przyjmuję Ciała i Krwi Pańskiej w postaci wina, ale nawet nie spożywamy z jednego, połamanego chleba?
Tak, wiem, że te wszystkie rzeczy są ważne także w tej postaci. Ale gdzie mam odnaleźć tę autentyczność, podobieństwo, ba! ten nastrój Ewangelii?
Dlatego nie dziwię się, że młodzież lgnie do duchowości płytkich (np, większość duchowości "charyzmatycznych"), nawet niekiedy oszukańczych (nowo powstające sekty są coraz głupsze - ostatnio oglądałem filmik jak to prowadzący zdjął buta, przyłożył go do czoła dziewczyny i w ten sposób "wylał na nią Ducha Świętego" - brrrr) ale jednocześnie takich, które są autentyczne w tym sensie, że ludzie modlą się w nich bez tego pancerza nadmiernie rozbudowanej liturgii.
Tak, liturgie są piękne - im starsza, tym piękniejsza. Ale dla "koneserów". Dla większości są po prostu
nudne.
Nie bijcie - próbuję opisać rzeczywistość, a nie to, co byśmy chcieli.
Nie uważam oczywiście, że należy znieść liturgię - w każdym ludzkim działaniu jest ona niezbędna - lecz należy uwolnić ją z bagażu tego, co sprawdzało się w poprzednich latach czy nawet wiekach, na korzyść tego, co sprawdzać się będzie
dziś, we wrażliwości współczesnego człowieka, którego duchowość nie karmi się baldachimami, feretronami, zawodzącymi śpiewami i powtarzanymi w kółko modlitwami (jak trafnie napisał przed laty jeden zakonników
"trzeba wyciągnąć chusteczkę i pożegnać się z peregrynacjami")
. Nie w sensie "zabronić" - wiele osób jeszcze karmi ta duchowość - ale zdać sobie sprawę, że generalnie, zwłaszcza na młodzież, to już nie działa. I nie ma w tym niczyjej winy - młodzi ludzie są bardziej świadomi (choć czasem powierzchowni), chcą autentyczności, i pompa już im nie imponuje. Za co ich zresztą lubię
Żebym był dobrze zrozumiany: nie jestem zwolennikiem zabraniania pewnych form tradycyjnych (również tych ultra-tradycyjnych).
Bo niby czemu?
To tylko narzędzia.
Zmieniały się na przestrzeni historii Kościoła.
Bóg też zmieniał narzędzia na przestrzeni od Adama do dziś - najmocniej 2 tys. lat temu.
Jeśli narzędzia są użyteczne - nawet jesli tylko dla niektórych - należy pozwalać z nich korzystać.
Problemem jest jednak to, że narzędzia, które "jeszcze" działają na bardzo nieliczne stosunkowo grupy osób, aplikowane są "siłą rozpędu" olbrzymiej większości wiernych - w tym mlodzieży, która ich nie rozumie, która się w nich nie odnajduje i która nie widzi w nich autentyczności.
I ja ich rozumiem.