Browsed by
Kategoria: Świadectwa

Paweł Bączkowski.

Paweł Bączkowski.

Kiedy oddajemy życie Jezusowi wielu dotyczasowych tzw wiernych przyjaciół jest zakłopotanych, milczy i odchodzi bo może być to kłopotliwe zadawać się z nawiedzonymi.Tak jest i w moim przypadku.Tracę też dotychczasową, oklaskującą mnie publiczność.Ale zmartwienia nie ma bo tę pustkę, lub wolną już przestrzeń po tamtych tzw wiernych przyjaciołach wypełniają inni nawiedzeni. Od dzisiaj będę umieszczał swoje świadectwa wiary bo dłużej nie mogę milczeć.

To było w latach 90 tych. Szczyt kariery, koncert za koncertem, radio, prasa, telewizja, wszelkie akcesoria sławy. Szybkie country, rock and rollowe zycie. Świat należał do mnie.

Jest noc.Zasypiam po kolejnej trasie, koncertach i sukcesach,zadowolony z siebie i szczęśliwy.
Idę w tym śnie ulicą i widzę na krawężniku siedzi sobie Jezus Chrystus.Rozsypuje piasek taki morski na czarny asfalt i długim kijkiem coś pisze.
Podchodzę bliżej i witam się słowani:
…O to Ty. Cześć Panie Jezu, co tam wypisujesz na tym piasku? – pytam.
A On wtedy spojrzał na mnie z uśmiechem i spokojem i powiedział.
Przykazania Boże, Paweł, Przykazania.
Koniec snu…

 

Emilia Kujawa

Emilia Kujawa

Opowiem cos co moze zabrzmi jak swiadectwo,moze nim jest. Kiedys bylam bardzo wierzaca i praktykowalam,uwielbialam chodzic do Kosciola Sw Anny w Warszawie i rozmawiac z Matka Boza,czulam ze mi pomaga. Wiem,ze to Ona wybrala mi meza, bo roznie bywalo miedzy nami przed slubem. Kiedys poszlam do Sw Anny, rozplakalam sie i zalana lzami oddalam wszystko w rece Matki Bozej. Do konca zycia bede pamietac co powiedzialam. ”Mamo kochana blagam Cie pomoz mi, zrob cos,Ty wiesz co jest dobre dlaTwojego dziecka, wiem ze mnie kochasz i chcesz dla mnie jak najlepiej.Ja juz nie mam sily.Jesli mamy byc razem to pomoz nam a jesli On nie jest dla mnie to prosze oddal nas od siebie…” Nigdy wczesniej ani pozniej nie przezylam takiej modlitwy, nie potrafie opisac slowami tego jak sie wtedy czulam. I Matka Boza pomogla, po tamtej modlitwie w Kosciele wszystko zaczelo sie tak dobrze ukladac,zostal moim mezem i mamy kochanego syna. I mam cudownego meza, przyjaciela, jest ostoja spokoju. Ale wyjechalismy do Anglii i sie oddalilismy od Kosciola, ja przestalam sie tak modlic jak kiedys.Moj maz niby wierzacy ale watpiacy, nie praktykujacy  I tak zylismy z dnia na dzien az do tego roku. Pare miesiecy temu cos sie zaczelo dziac, moze i ten caly kryzys pomogl.Ja sie nawracam, za dwa dni koncze odmawiac Nowenne Pompejanska,nauczylam modlitw mojego synka i co najwazniejsze juz widze pierwsze owoce nawrocenia…Moj watpiacy maz zaczal sie przylaczac w niedziele do rozanca  Powiedzial ze poki co jeden raz mu wystarczy… A ja sie usmiecham, bo wiem ze teraz to juz jest nasz:) I tylko kwestia czasu i bedziemy sie modlic wszyscy razem. Bog jest wielki i wystarczy go zaprosic do naszego zycia. On dal nam wolna wole i jesli go nie zaprosimy to bedzie przechadzal sie obok nas i czekal a jesli tylko poprosimy o pomoc,o przebaczenie to wezmie nas w swoje ramiona i bedzie o nas walczyl i chronil jak Ojciec chroni swoje dzieci. Ja sie dlugo zastanawialam jak to wlasciwie sie stalo,ze nagle poczulam chec modlitwy,nagle zatesknilam za Matka Boza za Bogiem i mysle ze Oni zawsze tu byli ze cierpieli przez moje zapomnienie i czekali az sie opamietam. Zachecilam do rozanca moja bratowa, moja siostre (moja siostra swojego meza) i rowniez moja mamusia zaczela odmawiac nowenne mimo ze wczesniej jak prosila Ja moja siostra to odmowila.Ja poprosilam, zachecilam i mamcia odmawia Pompejanke  Jest moc,krusza sie mury. Kiedys pracowalam w niedziele a teraz juz nie. Nie moge. Otwieraja Koscioly od przyszlego tygodnia wiec chcialabym odwiedzic Pana Boga,wyspowiadac sie i przyjac Komunie.Nie moge sie doczekac. Modlitwa wlewa w moje serce spokoj i czuje tylko milosc.Milosc i tęsknote do Boga.

 

Katarzyna Anna Urban

Katarzyna Anna Urban

Mam 20 lat i może jeszcze zaliczam się do ludzi młodych, a przynajmniej te tematy rozważań dotyczyły mnie. Czasy nastoletnie nie kojarzą mi się z niczym innym jak z oziębłością wśród rówieśników. Nastała era telefonów, od których już nikt nie odrywa wzroku. Nikt nie skupia się na uczuciach innych osób, zupełnie jakby tych uczuć nie było, a był komputer…
Czasem zastanawiam się, dlaczego akurat ja? Dlaczego Bóg spośród tych wszystkich ludzi młodych skupia się na zadawaniu cierpienia akurat mi? Moim znajomym religia kojarzy się z luźną lekcją i ocenami podwyższającymi średnią. Im nie jest potrzebny Bóg, oni potrzebują kasy na nowego ajfona i fajki. Są „realistami”. Kiedy tylko próbowałam się do nich upodobnić, Bóg zsyłał na mnie karę, jakby tylko dlatego, że w niego wierzę.
Moja droga krzyżowa nie ma końca. Gdy jeden ciężki krzyż donoszę, pojawia się kolejny. Ciągle byłam odtrącona, zdarzało się, że i nauczyciele za wszelką cenę pokazywali mi jak bardzo nic nie znaczę. Pomimo, że nie raz udało mi się udowodnić swoją wartość, nikt tego nie widział. Zaczęłam żyć z przeświadczeniem, że i tak nic nie potrafię, że niczego nie osiągnę. Że jestem nikim.
Kiedyś nie byłam tak silnie związana z Bogiem, po prostu wiedziałam, że jest i tyle. Nie mogłam znieść tego, że tylko mnie spotykają same nieszczęścia. Wydawało mi się, że nad wszystkim panuję ja, jednak ktoś cały czas kierował moim życiem…
Kiedy zdecydowałam się w końcu pójść do spowiedzi, było to akurat przed rozpoczęciem Nowenny Pompejańskiej. Wtedy nawet nie myślałam, by w niej uczestniczyć, byłam przekonana, że nie dam rady, a tu proszę… ostatni dzień. W tym jakże dziwnym i nieznanym mi wcześniej czasie uczyłam się rozumieć Boga. On mnie nie karał, on przestrzegał. Jak ojciec, który się martwi i poucza. Boże, przykro mi, że musiałeś wtedy interweniować, ale dziękuję Ci za to. Dziękuję za smutek, za traumę, za nieprzespane noce, za odkrycie prawdziwego oblicza ludzi obok mnie, za myśli samobójczę. Tego właśnie potrzebowałam i na to zasłużyłam… Musiałam zejść na samo dno, bym w końcu przejrzała. Tak naprawdę widzisz we mnie nadzieję i narzędzie do nawracania ludzi. Ale ja jestem tylko jednym z tych ludzi, którzy Cię ukrzyżowali. Splamiona grzechem i niegodna nawet Twego zerknięcia, ale powiedz tylko słowo, a stanę się komputerem w Twoich rękach i wykonam każdy Twój rozkaz. Chcę dążyć do ideału, ale wciąż pokazujesz mi, że mam być taka jaka jestem. Doceniasz mnie pobrudzoną błotem tego świata.
Brakuje mi tego. Brakuje mi czułości. Próbuję rozmawiać z ludźmi. Chcę z nimi rozmawiać. Staram się w tym wszystkim odnaleźć Ciebie.

Alicja Świerkowska

Alicja Świerkowska

Zadziwia mnie sposób w jaki Bóg mnie poprowadził do nawrócenia. Zaczynam widzieć coraz więcej pozytywnych zmian w moim życiu.
Najpierw chociażby fakt, że odwróciłam się od swojego starego życia opartego na wszelkich możliwych grzechach i wróciłam do Boga. Mam z Nim relację jak z przyjacielem. Nawet z Nim rozmawiam o trudnych sytuacjach i rozmowach w ciągu dnia.
Kolejny owoc, to wyrwanie mnie z lenistwa. Nigdy nie przepadałam za sprzątaniem, zawsze był u mnie bałagan. Zresztą taki sam jak w moim sercu. Któregoś dnia nowenny zauważyłam, że mam porządek w mieszkaniu. Po prostu z dnia na dzień zaczęłam sprzątać i nawet to polubiłam. Oczywiście, takie same porządki robię równolegle w sercu.
Kolejny owoc, to otwartość na ludzi. Przez te około 4 lata coraz bardziej oddalałam się od Boga. Im bardziej zamykałam się na Boga to tym bardziej zamykałam się na ludzi. Odeszłam od duszpasterstwa akademickiego i przestałam interesować się Bogiem i ludźmi z Kościoła. Ludzie przestali mi być potrzebni. Teraz widzę jak zaczęłam odnawiać relacje z ludźmi, których zaniedbałam. Dziś widziałam się ze znajomymi z moich rodzinnych stron po raz pierwszy od 6 lat. To było piękne i wzruszające spotkanie.
Tak się cieszę, że odnalazłam Boga. Rzeczywiście, jeśli Bóg będzie na pierwszym miejscu, to wszystko się poukłada. I tak się dzieje w moim życiu.

Kochani,
w związku, że mam jednocześnie pracę i studia zaoczne, to nie mogło obyć się bez komplikacji pod tytułem – odrabianie zaległych zajęć przez koronawirusa.
Wiadomość dostałam na ostatnią chwilę, że w tą niedzielę jadę do Łodzi na odrabianie zajęć. Niestety w ten dzień w grafiku mam rozpisaną pracę. A pracuję w McDonalds i w ten dzień miałam pracować na kuchni w porze śniadaniowej. Pojawił się problem, bo okazało się, że nie mam jak się w ten dzień zamienić, bo osób stojących w tej porze na kuchni jest wyszkolonych bardzo mało (3 osoby) i nikt nie mógł wtedy przyjść. Personalna stwierdziła, że muszę przyjść na drugą zmianę zamiast na rano i pracować do północy i niestety, tak jak mam w grafiku przyjść na 8.00 następnego dnia.
Załamała mnie ta decyzja, bo jednak jazda samochodem mnie wymęczy – w jedną i drugą stronę – a mieszkam w Częstochowie i jeszcze od razu do pracy musiałabym jechać. Stwierdziłam, że oddam tę sprawę Maryi, żeby wraz z Jezusem tą sprawę rozwiązali.

Kilkanaście minut później zadzwoniła personalna i stwierdziła, że daje mi urlop na ten dzień. Naprawdę warto wszystko załatwiać wraz z Maryją 🙂 Polecam

Beata Kremer

Beata Kremer

Było o samotności, to czymś się podzielę. Długo, wiele lat zajęło mi zrozumienie, co się dzieje. Od szkoły średniej nic, studia też nic, niby tyle ludzi, tyle fajnych osób i nic. Myślałam, że ze mną coś nie tak, w końcu był moment, że pomyślałam, że nie zasługuję na miłość, że jestem nikim, nikogo nie obchodzę itd…jaka pożywka dla szatana. Każda relacja kończyła się, zanim się właściwie zaczęła…Był smutek i brak poczucia własnej wartości, aż przyszedł moment, w którym zupełnie zmieniłam sposób myślenia. Miałam trudny czas w relacji z Kościołem, kilka ran, które wywołały kryzys wiary, nie w Boga, ale w sens przynależności do Kościoła. I wtedy poznałam człowieka, który zrobił ogromne wrażenie na mnie, pomyślałam ”no w końcu”. Artysta, inteligentny, dojrzały…nie ważne, że w separacji z żoną, że dzieci jeszcze małe, ważne, że zrobił efekt wow. Po krótkim czasie wpadł do mnie na kawę, koczował w lesie i postanowił mnie odwiedzić i zabrać na spacer do lasu, ja oczywiście cała w skowronkach, ale już jakiś niepokój w sercu był. Przyszedł i nagle, choć poranek był słoneczny, zaczęło lać…ze spaceru nici, więc siedzieliśmy przy kawie i on nagle zaczął się ”spowiadać”…alkohol, narkotyki, totalne pogubienie w życiu i w błędnych ideologiach, człowiek moralnie na dnie. Przesiedział u mnie prawie cały dzień opowiadając o sobie, gdy poszedł poczułam nicość, a później odchorowywałam spotkanie z tym człowiekiem…napisał po miesiącu, żebym spaliła te wszystkie swoje dewocjonalia, bo ich nie potrzebuję, bo to ja jestem Bogiem…odpisałam mu błogosławieństwem, żeby go Bóg prowadził i strzegł i znajomość się zakończyła. Stało się dla mnie jasne, że spotkałam go, bo był kryzys, byłam pogubiona i szatan chciał mnie jeszcze bardziej zgubić, ale Duch Święty go złamał, to, że nagle zaczęło padać i że on wyjawił wszystko o sobie, to dlatego, że Bóg mnie chronił. Od tamtej pory wszystko się zmieniło, zrozumiałam, że źle lokowałam uczucia, że to, że z kimś nie wychodziło, to nie dlatego, że ja nie jestem warta miłości, tylko dany człowiek nie jest dla mnie odpowiedni. Jest jeszcze kwestia tego, że swoją samotność ofiarowałam Bogu w pewnej intencji, prosząc, by wziął tyle, ile chce i z zaufaniem, że przyjdzie czas na miłość. Później znów ktoś się pojawił i tym razem byłam wręcz pewna, że to właściwy facet, nic z tego nie wyszło, ale co mnie najbardziej wtedy uderzyło, to to, co Bóg mi powiedział. Po spotkaniu z nim, podczas którego dużo rozmawialiśmy o zainteresowaniach, wierze, wspólnych pasjach, wróciłam do domu i otworzyłam Pismo Święte z zapytaniem, czy to w końcu ten właściwy człowiek, bardzo mnie zasmuciły słowa, na które trafiłam:”zasadziłem Cię, jako czystą winnicę, a Ty poszłaś za baalami”…Długo się buntowałam, ale w końcu dotarło, że z miłości odeszła bym od Boga, bo ten facet, choć przyznał, że jest katolikiem, tkwi bardzo mocno w horoskopach itp i wierzy w jakąś obcą mitologię. Kolejny raz dowód na to, że źle wybrałam, ale Bóg mnie zawrócił. Jest też obietnica, którą otrzymałam, trochę gniewnie mi przekazana, ale jednak. Któregoś razu, gdy znów męczyłam Boga pytaniami o swoją przyszłość, wskazał mi takie słowa, nie pamiętam dokładnie z jakiej księgi, brzmiały mniej więcej tak :”jak długo słuchać mnie nie będziesz córko buntownicza…przyjdzie czas, gdy niewiasta zajmie się mężem”. Od tamtej pory jestem spokojna, a te słowa, choć były karcące, wciąż wywołują u mnie uśmiech. Życzę wszystkim osobom, które czują się samotne, głębokiej wiary w Boży plan i poddania się Jego woli, wtedy wszystko będzie inaczej. Dodam jeszcze, choć post już strasznie długi, że Jezus osładza mi ten czas oczekiwania i kiedyś przyszedł do mnie we śnie, szedł zakurzoną drogą i patrzył mi w oczy z tak przejmującą miłością, że jest wprost nie do opisania, jakby miał w oczach cały Wszechświat, pozbawiony wszystkiego, co złe i smutne, tylko miłość i to nie ludzka, taka może być tylko Boska. Wiary kochani.

Halina Szwed

Halina Szwed

W niedzielę, będąc na mszy w klasztorze w górach, poczułam potrzebę wyspowiadania się. Ojcowie , spowiadający w krużgankach, mało ludzi, spokój… Pomyślałam, że te sprzyjające warunki pozwolą mi się otworzyć bardziej na szczerą rozmowę niż mechaniczne wyklepanie grzechów. Od mojej ostatniej spowiedzi upłynął zaledwie miesiąc, może tydzień więcej. Kiedy na koniec spowiedzi, rozmowa zeszła na trudności i problemy, jakie od lat mamy z naszym adoptowanym synem, usłyszałam pytanie, czy modlimy się z mężem za niego. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że modlę się sama. Mój mąż nigdy się ze mną nie modlił. Nie, żeby nie wierzył, chodzi ze mną do kościoła, spowiada się okazjonalnie raz na ileś tam lat, ale nie widziałam go nigdy modlącego się w domu. „To źle- usłyszałam- sama Pani nic nie osiągnie, tylko wspólna modlitwa może pomóc”. „Nic na to nie poradzę, nie zmuszę go do takiej modlitwy”- odpowiedziałam.- „To proszę modlić się o nawrócenie męża”. –„Właśnie się modlę nowenną pompejańską, m.in. o jego nawrócenie”- odrzekłam. I tu nastała długa chwili ciszy, czekałam na pokutę i rozgrzeszenie. Po chwili usłyszałam- „ Proszę do następnej spowiedzi mówić mężowi te słowa : „Kocham Cię i wierzę, że Bóg uleczy Twoje serce”. Z uśmiechem i lekkim skrępowaniem odpowiedziałam „dobrze”. „A pokuta?”- zapytałam. „To właśnie jest pokuta”. I tu nadeszła lawina wątpliwości i mętlik w głowie, ale jak to? ile razy ? codziennie? w jakich okolicznościach? Usłyszałam –„Po stokroć dziennie. Czy przyjmuje Pani tę pokutę?” Przyjęłam. I poczułam, jak ściska mi się gardło i łzy napływają do oczu. Nic nie wiem, kiedy mam mu to mówić? Przecież go kocham i czasami mu to mówię, ale są też ku temu odpowiednie warunki. Czy mam mu uczciwie powiedzieć, jaką mam pokutę i codziennie deklamować: „Kocham Cię i wierzę, że Bóg uleczy Twoje serce”? – „A co z moim sercem nie tak”? – pewnie zakpi. Ponad 30 lat jesteśmy razem. Przeżyliśmy wzloty i upadki. Borykaliśmy się najpierw z bezdzietnością, a kiedy po wielu latach odważyliśmy się na adopcję, okazało się, że maleńki chłopczyk wniósł do naszego domu oprócz radości, ogromną masę problemów. ADHD, po drodze natręctwa, potem choroba dwubiegunowa, pobyt na oddziałach psychiatrycznych, leki sprowadzane z zagranicy i niepohamowana agresja słowna i fizyczna na co dzień. Jakimś cudem udało nam się razem to przetrwać, ale bywało różnie. Dziś nasz syn ma 27 lat i orzeczenie o niepełnosprawności w stopniu umiarkowanym. Pobiera rentę socjalną i nigdzie nie pracuje. Udało nam się go usamodzielnić, mieszka sam, ale wszystkie opłaty, zakupy itd. robimy my. Nie zostawiamy mu ani grosza, bo pewnie wydałby na alkohol. Rodzice najczęściej inwestują w wykształcenie swoich dzieci, nam nie było to dane, my zainwestowaliśmy w samodzielność naszego niepełnosprawnego dziecka. On żyje po swojemu, a my spokojnie i bezpiecznie. W czasie dzisiejszego różańca próbowałam sobie odpowiedzieć na pytanie księdza Teodora- jakie jest moje powołanie? Chyba służba (do końca życia) nie w pełni sprawnemu dziecku i to dziecku, którego nie urodziłam, a które razem z mężem próbowałam dobrze wychować. Czy nam się udało?- nie do końca. Mój mąż twierdzi, że sprzeciwiliśmy się woli Pana Boga, który powołał nas do życia bez dzieci. Nie posłuchaliśmy go. Bo tak strasznie marzyłam o byciu matką. Nasz zaprzyjaźniony ksiądz wielokrotnie dodawał nam otuchy twierdząc, że Pan Bóg daje tyle, ile potrafimy udźwignąć, a my jesteśmy silni, więc nas wybrał. Modlę się od zawsze za syna, zostawiałam intencje w różnych miejscach sakralnych na świecie, w których byłam. I chciałoby się powiedzieć – I nic. Ale może bez tego byłoby gorzej? A może rzeczywiście sama mniej zdołam wymodlić, we dwoje wymodlilibyśmy więcej? Ale tego już nie przeskoczę. A teraz jeszcze najtrudniejsza pokuta w życiu. Minęły 2 dni, a ja nie miałam okazji powiedzieć mężowi, że go kocham i wierzę, że Pan Bóg uleczy jego serce. Samo „Kocham cię” codziennie nie byłoby problemem, chociaż pewnie węszyłby jakiś podstęp z mojej strony, ale całość jakoś trudno przychodzi. Miałam mu mówić codziennie, a ja czekam na odpowiednią chwilę. Czy zatem będę mogła powiedzieć przy kolejnej spowiedzi – zadaną pokutę odprawiłam??

……………………………………………………………………………………..

Wczoraj prosiłam o pomoc w związku z trudną dla mnie pokutą. Dziękuję za wszystkie dobre rady i wskazówki. Wiem, że nie wszyscy zrozumieli, w czym tkwiła trudność. Trzeba naprawdę dobrze wejść w czyjeś życie, zobaczyć wszystkie kamienie, a nawet głazy na drodze i wtedy zrozumieć. Przez chwilę nawet pożałowałam, że zdobyłam się na taki post. Na co dzień nie obnażam swoich problemów. Po co zawracam ludziom głowę, mają swoje sprawy. Dowiedziałam się nawet, że popełniłam grzech, ujawniając pokutę na forum i będę musiała się z tego wyspowiadać. Trudno, nie z takich grzechów się spowiadałam. Ja naprawdę potrzebowałam rady. Ale z czasem, czytając odpowiedzi utwierdzałam się, że jestem wśród przyjaciół. Czytałam komentarze do późnej nocy i łzy bezwiednie mi się lały strumieniami. Od rana to samo. Mokra koszula nocna przypomniała mi, że dochodzi południe. Musiałam solidnie rozgrzebać swoje ponad półwieczne życie, aby odpisać szczerze na niektóre posty. Jakaż ja jestem pogubiona!! Walczę sama ze sobą, jak ktoś trafnie zauważył. Wydaje mi się, że mąż tkwi w skorupie, a sama zamknęłam się przed nim w swojej dość pokaźnej! A teraz? Chyba jeszcze nigdy nie bolała tak dusza. Czułam się, jak przed jakimś trudnym egzaminem. Muszę go zdać !! Przecież nie jestem tchórzem. Zaczekałam z obiadem na mojego męża. Wrócił z pracy, rzucił okiem na mnie krzątającą się w kuchni i spytał- „Co tam dziś u ciebie?” (Wow! Coś niesamowitego!) Dodał mi otuchy tym pytaniem. „Nic szczególnego”- skłamałam. Kiedy usiadł do stołu, spojrzałam mu w oczy i powiedziałam, że mam mu coś ważnego do powiedzenia. Chyba lekko się przestraszył, bo widział, jak wczoraj długo coś pisałam na komputerze, a odkąd skończyłam pracę w edukacji, rzadko sięgałam do Worda. Jedynie wtedy, kiedy któryś z moich dawnych uczniów poprosił o pomoc. Zawsze wiedzieli, że mogą mi coś wysłać, a ja zaraz odeślę poprawioną wersję. Tak się umówiliśmy, że w razie potrzeby mogą walić jak w dym. Zapytał wtedy, co piszę i do kogo. Może pozew rozwodowy? Mogłam skłamać, że uczniowie, nawet przez chwilę o tym pomyślałam, aby nie drążył, ale odpowiedziałam, że do takich moich nowych znajomych z Teobańkologii. Wiedział, co to, bo często słyszał, jak zachęcam przyjaciół i znajomych, aby dołączyli do grupy. Teraz siedział z miną niepewną i taki jakiś skromny. Ja na jego miejscu, po takich słowach wstępu, spanikowałabym, że chce mnie zostawić, albo, że ma raka. Co on sobie myślał, Pan Bóg tylko wie. „Bardzo Cię kocham i wierzę, że Pan Bóg uleczy twoje serce!”-wyrecytowałam drżącymi ustami i krople łez spłynęły po policzkach. „Przecież wiem, bo sobie czasem to mówimy”- odrzekł. „Może nie dokładnie tak sobie mówimy, ale teraz będziesz to słyszał ode mnie codziennie”. „No to dobrze”- westchnął. Krótko wyjaśniłam, dlaczego i zapytałam, czy kiedyś ze mną się pomodli. „Kiedyś się pomodlę”- odpowiedział. Teraz będę czekać, albo sama zaproszę go do modlitwy.
Kochani, jeszcze raz baaardzo Wam dziękuję! Z dobrymi ludźmi wszystko jest możliwe. Natchnęliście mnie wiarą, a Duch Święty wypełnił mnie odwagą i odgonił wszelki strach i wątpliwości.
A teraz k woli wyjaśnienia, czy złamałam tajemnicę spowiedzi. Poprosiłam o wyjaśnienie ks. Teodora, a oto odpowiedź, jaką otrzymałam od pomocnika księdza:
Cyt.” Tajemnica spowiedzi dotyczy przede wszystkim spowiednika, nie penitenta. Nie. Mówienie o otrzymanej pokucie NIE jest grzechem.”

…………………………………………………………………………………….

Od czasu umieszczenia świadectw odzywają się do mnie kobiety z podobnymi problemami z dziećmi adoptowanymi, ale też i takie, które walczą z decyzją, czy adoptować dziecko. Ja na temat swojego dziecka pisałam pracę końcową na oligofrenopedagogice i kiedy przyszłam na jej obronę, otrzymałam od komisji tylko jedno pytanie – czy nie byłabym zainteresowana zrobieniem kursu edukatora i prowadzeniem szkoleń. Nie byłam. Mogę czasami wesprzeć jakimiś rozmysleniami ludzi, którzy walczą sami ze sobą. Ja też jestem wśród nich, ale wiele przeszłam i trochę zdystansowalam się do siebie i innych. Podzielę się jeszcze refleksją, że odkąd mówię mojemu mężowi słowa pokuty, których tak się bałam, stał się dla mnie czulszy, mniej czepialski, a ja bardziej go słucham niż się sprzeczam. Zaczęłam też pisać sms-em to zdanie mojemu synowi. Wprawdzie nie reaguje na nie bezpośrednio, ale rozmowa z nim jest całkiem miła, bez krzyku, pretensji i wyrzutów. I mąż ma z nim jakiś bliższy kontakt, nawet obaj wyskoczyli gdzieś w dzień ojca, co było dla mnie szokiem. Pan Bóg objawia nam się w małych gestach, a ja pół życia straciłam na użalanie się nad losem i pretensjach do świata, żeby nie powiedzieć: do Boga. Bo nie umiałam wytrwale Go o coś prosić, tylko reagowałam, jak rozkapryszone dziecko – nie, to nie. Najłatwiej w chwilach, wydawałoby się beznadziejnych, byłoby lepiej umrzeć niż paść krzyżem i prosić Pana Boga o pomoc.

……………………………………………………………………………………

Wczoraj mój syn miał wezwanie na policję z powodu zakłócania ciszy nocnej. On ma zaburzenia zachowań i kiedy kot przewrócił mu kosz ze śmieciami w środku nocy, zaryczal jak lew i sąsiad wezwał policję. Poszłam tam razem z nim, aby wyjaśnić przyczynę takich jego zachowań i ewentualnie uprzedzić o następnych zgłoszeniach. Po wyjściu chyba czekał na wymówki z mojej strony, a ja powiedziałam mu – Kocham Cię synu i wierzę, że Pan Bóg uleczy twoje serce. Spojrzał zdziwiony i rzekł – „Wiesz, mamo, Ty jesteś jakaś inna, lepsza. Chyba dlatego, że się tyle modlisz. Ile razy dzwonię, tata mówi, że masz różaniec. Zachowujesz się jak babcia. – „Przecież mogłabym już nią być, więc mam ku temu wszelkie atuty”.  Dodałam – „gdybyś Ty się zaczął modlić też byłbyś inny, lepszy. A gdyby tata dołączył……!I w tym momencie uwierzyłam, że kiedyś któryś z nich dołączy. Będę cierpliwie czekać.

 

 

Marta Przybyła

Marta Przybyła

ŚWIADECTWA  Z  ODDZIAŁU  HOSPICJUM

Wdech -wydech

Wolontariat w hospicjum uczy mnie wdzięczności za… wszystko. Za każdy drobiazg. Za słońce i za deszcz. Za zupę ogorkową i spacer nad rzeką. Nawet zmęczenie po pracy jest łaską, bo mogę prowadzić normalne życie. Tak, to łaska, nie oczywista oczywistość.
Dziękując, żyje się znacznie łatwiej, kiedy widzi się to co jest, zamiast szperać usilnie w tym czego nie ma.
Moim mentorem w tej kwestii stał się pewien mężczyzna.
Nad łóżkiem karteczka „Pan Wojtek”
W łożku wyczerpany wojownik, uzbrojony jedynie w wąsy z tlenem. Pozycja maksymalnie siedząca. Wojownik ma ok 60 lat. Gęste włosy w kolorze sól i pieprz, wąs pod kolor.
-Dzień dobry.
(Idiotyczne, nieadekwatne do sytuacji przywitanie, ale jak zacząć… Mamy tak bogaty język, a nie ma w nim odpowiednika przywitania określającego dzień średni, bywało lepiej…)
Patrzy na mnie. W tym spojrzeniu jest strach, zmęczenie i skupienie na walce. Charczący wdech-wydech. Każde kaszlnięcie maluje grymas na twarzy. Wdech, bulgoczący wydech. Czuję się totalnie bezsilna.. Chcę pomóc. Jak pomóc? Dotykam ramienia i pytam czy posiedzieć przy Nim. Zamyka oczy na kilka sekund-tak.
Piżamowy kamuflaż w granatowo-zieloną kratę, jest bez szans, w konfrontacji z moją dłonią. Czuję pod palcami nagi szkielet. Patrzę na okno. Już otwarte. Więcej świeżego powietrza do sali nie wpuszczę. Tak naprawdę chcę uciec, bo nie potrafię przyjąć własnej bezradności. Ręka wojownika spoczywa na karku. Spojrzenie na mnie i znów ręka na karku. Podkurczone palce w geście jakby drapania. Badawcze spojrzenie na mnie.
-Mam Pana podrapać po plecach?
Skinienie głowy.
Przez krótką chwilę przesuwam palcami po karku i plecach z minimalnym zaangażowaniem paznokci. Okryte cienkim materiałem, tak bardzo wyczuwalne kości odbierają moim ruchom pewność.
Wdech-wydech. Kaszel. Bulgoczący dźwięk wydobywający się z płuc i ten ogromny ból emanujący z twarzy, ściskają moje serce w imadle niemocy. Po krótkim ataku duszności Waleczne Serce ponownie pokazuje gestem na plecy.
Szur-szur. Szur-szur. Mężczyzna trwa w skupieniu. To dobrze, nie chcę, żeby widział jak bardzo spociły się moje oczy. Wdech-wydech. Wdech-wydech. Charczenie jakby ustaje. Wdech-wydech. Zmarszczone czoło wygładza się.
Szur-szur. Szur-szur.
Miarowy, spokojny oddech pacjenta jest dziś moją małą-wielką radością. Nie robię nic i robię wszystko co w tej chwili mogę zrobić. Zwalniam, po chwili przestaję. Badawcze spojrzenie mobilizuje moje palce do dalszej pracy.
Powieki opadają. Wdech-wydech.
Ja tez zamykam oczy. Widzę naprężone ciało Zbawiciela na krzyżu. Wdech-wydech. Dziękuję Jezu, że mogę przy Tobie posiedzieć…
Wojownik zasypia. Wdech-wydech. Upewniam się, cofam dłoń z pleców. Wdech-wydech.
Cichutko wychodzę.
Nie wiem co czuję… Chwilową ulgę, że pacjent choć przez chwilę może odpocząć. Nieudolną próbę współodczuwania i nieracjonalną miłość do człowieka, którego poznałam jakieś kilkadziesiąt szurnięć po plecach temu. Człowieka, którego widziałam pierwszy i ostatni raz (w tym życiu).
Wychodzę z hospicjum. Paciorki różańca przemykają przez moje palce. „Dla Jego bolesnej męki…”
Wdech-wydech.
Wdech-wydech.
Oddech. Oczywisty. Naturalny. Jakby żaden nia miał być tym ostatnim.
Wciągam powietrze aż do granic bólu. Wciagam błękit nieba i eksplozje soczystej zieleni. Wciągam życie.

„Jem oczami…”

Hospicjum. Kolejny dzień mojej posługi wolontariuszki. Pani Alina siedzi na łóżku, zerkając na ekran telewizora z taką uwagą, że nawet nie zarejestrowała momentu, kiedy weszłam do sali. Przez płaskie, migoczące, rozkrzyczane na świat okno, mignął mi pstrąg, gałązka rozmarynu i pomidory koktajlowe. Wszystko spowite parą, unoszącą się nad solidnymi garnkami. Kobieta spojrzała na mnie, by rozciągnąć wargi w uśmiechu. Każdy pacjent w hospicjum jest charakterystyczny, a ja chcę się zagłębić w wyjątkowość każdego, jakby był studiowanym pod mikroskopem płatkiem śniegu. Pani Alina dobiega 60-tki, ma włosy do ramion w pięknym odcieniu rudości. Pierwsze kolorystyczne skojarzenie to pasące się latem na polach sarny, których jako dziecko wypatrywałam z okna pociągu. Oczy szare, niby niepozorne, ale jeśli przyjrzeć się bardziej, można dostrzec zielonkawe plamki, rozrzucone na tęczówce w porywie artystycznej abstrakcji. Moja wyobraźnia projektuje obraz pacjentki spoza murów hospicjum. Piżamy niczym szkolne mundurki, choć wcale nie takie same, nie zdradzają charakteru ich nosicieli. Widzę ją ubraną w brązowa spódnicę do kolan, kremową bluzkę z ozdobnym, delikatnym haftem i camelowe pantofle z paskiem wokół kostki na stabilnym obcasem. Uwagę przykuwa duża broszka z bursztynu z zatopioną ważką, która jakby sygnalizuje, niby dobrze znane, a wciąż zapominane hasło: „carpe diem”.
-Dzień dobry. Jak Pani dzień?
Kobieta sięga po zeszyt i długopis- podręczny zestaw obowiązkowy. Nieprzyjaciel, nazywany czasem przez pacjentów „gnojkiem” rozpanoszył się w krtani. Kobieta pisze tak wyraźnie, że nie muszę odwracać kartki, tylko swobodnie czytam do góry nogami.
„Jem oczami. Dawniej lubiłam eksperymentować w kuchni. Łączyć smaki” uśmiecha się i przelotnie zerka na ekran, gdzie brzuchaty kucharz miesza gęstą zupę niczym tajemną miksturę w kotle baby jagi.
-Od dawna je Pani oczami?- pytam patrząc na stojące na stoliku mleko przeznaczone do żywienia przez PEGa czyli gastronomię. Temat dobrze mi znany z pracy w DPSie gdzie karmię w ten sposób swoich małoletnich podopiecznych.
„Od pół roku”.
Przez myśl przebiegła mi poranna kawa i bułka z żółtym serem pochłonięta niemal w biegu. Zawstydziłam się, że niektórzy tęsknią za czymś tak prozaicznym, by poczuć smak, a ja nie zastanawiałam się nad tym, by uczynić z posiłku zmysłową przygodę.
Krótko po spotkaniu z Panią Aliną mój przyjaciel zaprosił mnie na własnoręcznie przyrządzone co nieco. Patrząc jak sprawnie kroi pieczarki moja myśl wróciła do sali na oddziale C, do jedzącej oczami pacjentki i tego jak śledziła akcję kulinarnego programu, niczym pełny napięcia western. Tymczasem pieczarki wraz ze szpinakiem wylądowały w piekarniku, szczelnie przytulone francuskim ciastem. Skupiłam się całą sobą. Pyszne… Pochwaliłam sprawcę uczty, ale może warto robić to częściej. Doceniać. Każdy posiłek i tego kto go przygotuje…

P.S. Jak Twoje śniadanie? W biegu? Spróbuj nadrobić obiadem. Rozsmakuj się. Jedz wzrokiem, węchem, smakiem. To też łaska. Jedna z wielu, które zatrważająco przeciekają przez palce…

Miejsce tylko dla Boga.

Na kursie dla wolontariuszy hospicjum omawialiśmy etapy przyjmowania własnej śmierci: Zaprzeczenie i izolacja. Gniew. Targowanie się o życie. Depresja. Pogodzenie się ze śmiercią. Wychwytuję pojedyncze etapy. Nie da się wcisnąć żywego człowieka w sztywne statystyki. Czasem pacjent zatrzymuje się na pierwszym etapie. Zdarza się przyspieszenie do ostatniej fazy, eliminujące po drodze wszystkie pozostałe. Kolejność jest ruchoma. Każdy człowiek jest inny, jak każda śmierć.
Zaprzeczenie to 70- letni Pan Staś, który jest zbyt słaby, by utrzymać kubek z herbatą, ale opowiada o swoim ogródku w czasie teraźniejszym. Zupełnie jakby nocą wyskakiwał przez okno, na ściśle tajną przepustkę, by zadbać o ten wypieszczony wieloletnią troską skrawek ziemi. Z pasją dziecka opowiada o obiecanych przez sąsiada sadzonkach pomidora, które w wyobraźni umieścił tuż przy pietruszce. Na podobnym etapie jest też Pani Magda, która mówi o kolejnych zdiagnozowanych przerzutach, ale też o milowych krokach jakie medycyna stawia w bombardowaniu komórek nowotworowych. Z trudem oddycha. Koncentrator tlenu rozpyla do nozdrzy życiodajny pierwiastek. Na poduszce chemioterapia rozsypuje jej krótkie kasztanowe włosy. Jakbym patrzyła na dmuchawiec, który za sprawą kolejnego podmuchu wiatru traci swoje nasiona. Nie wstaje z łóżka. Zaprzestano już jakiejkolwiek rehabilitacji. Przerzuty do kości. Mimo to zastanawia się, kiedy wróci do domu.
Gniew. Pan Tomek mówi szybko, podniesionym, nasączonym irytacją głosem: „Dlaczego mnie to spotyka?! Lekarze od początku leczenia źle mnie zdiagnozowali! Na pewno można było zastosować skuteczniejszą terapię! Jestem za młody. Mam tyle planów. Dlaczego inni się śmieją, kiedy ja cierpię. Dlaczego inni żyją kiedy ja umieram?” Ukradkiem zerkam ze współczuciem na jego żonę, która przychodzi codziennie. Dyskretnie wyciera nos, kiedy otrzymuje od męża kolejną reprymendę dotyczącą przyniesionego obiadu, z cyklu: nieodpowiednia wielkość kosteczek pokrojonej marchewki. A ona przychodzi dzień, w dzień, bez słowa skargi. Wierna jak pies…
Targowanie się wprowadza w życie Pani Kasia, która kłóci się i przekomarza z Panem Bogiem o jeszcze szczyptę piasku w klepsydrze życia. Synowa jest w ciąży. Piąty miesiąc. Jeszcze cztery miesiące i mogę umrzeć. Wcześniej targowała się do pierwszego trymestru, teraz do rozwiązania.
-Muszę zobaczyć wnuka. Przytulić.- Widzę jak się rozmarzyła. Chyba w wyobraźni całuje bose, niemowlęce, stópki…
Depresja to Pani Kinga, która odwraca twarz w stronę okna, kiedy wchodzę do sali. Za każdym razem. Wypróbowałam różnorakie punkty zaczepienia rozmowy. Bezskutecznie. Milczące towarzystwo, czy propozycja zaparzenia herbaty również napotykają gruby mur. Dawno nie widziałam tak smutnych oczu. Nie wiem, czy poza cichą modlitwą mogę zrobić dla niej cokolwiek.
Pogodzenie się ze śmiercią obrazuje Pani Weronika. Kiedy zobaczyłam ją pierwszy raz, siedziała na łóżku z zamkniętymi oczami i wielkimi słuchawkami na uszach. Podrygiwała w rytm muzyki, nucąc pod nosem. Kiedy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się i błyskawicznie zdjęła słuchawki. Wskazała stojące przy łóżku krzesło ruchem tak energicznym, jakby odganiała muchy.
-O! Siadaj skarbie. Siadaj. Jak ja lubię odwiedziny.
Jej oczy błyszczą. Gadamy, tzn. w 90 procentach to ja słucham jej uroczego słowotoku. Kiedy wyczerpała temat wnuków, zaczyna opowiadać o swojej chorobie. Nigdy o to nie pytam. Nie mogę i nie chcę, chyba że pacjent sam zainicjuje temat.
-Kocham żyć, ale co zrobić… Taka kolej rzeczy. Mam 85 lat. Swoje przeżyłam. Miałam dobre życie. Nie mówię, że łatwe, ale dobre. Pan doktor powiedział, że niedługo przestanę chodzić i będę coraz więcej spała. Wiem, że już niedługo zasnę tak na dobre.
Czego oczekuje od wolontariusza pacjent? Nie przejdzie poklepanie po ramieniu: „Będzie dobrze, wyzdrowieje Pani. Głowa do góry.” Nie mam absolutnie żadnego prawa zbywać pacjenta tanimi tekstami. Nie mam prawa dawać pustej nadziei i nie mam prawa jej odbierać. Moim zadaniem jest podążanie, trwanie pół kroczku za nim. Dostosowanie się, niczym kameleon do etapu, który obecnie przeżywa. Chyba lepiej po prostu wysłuchać, otrzeć łzy i chwycić za rękę niż próbować powiedzieć coś mądrego. Myślę, że wcale nie oczekują profesjonalnych odpowiedzi. Oczekują otwartego serca. Obecności. Zainteresowania. Nawet moja pojawiająca się czasem łza niczego nie psuje. Jestem człowiekiem, nie robotem. Nie znam odpowiedzi na trudne pytania. Wiedziałam, że się pojawią. Chciałoby się czasem w takim momencie wcisnąć pauzę, wziąć głęboki oddech, poprosić o inny zestaw pytań, lub telefon do przyjaciela. Nie da rady. Spojrzenie pacjenta bada, wyczekuje. Brak wiary w to co mówię dyskwalifikuje mnie do dalszej rozmowy. Będzie już tylko pogadanka, nie rozmowa. Będziemy pływać po powierzchni „ładnej pogody” i „niedosolonej zupy na obiad”. Siedzę przy łóżku. Tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Nie wiem co czują. Tylko nieudolnie współodczuwam. Kiedy skończę posługę, zdejmę identyfikator i żółtą koszulkę z napisem „wolontariusz”, zdezynfekuję ręce i wyjdę. Oni zostaną. Sami. Każdy człowiek jest sam. Całe życie. Od narodzin aż do śmierci. Nawet w gronie najbliższych osób. Nikt nie jest zdolny do takiego stopnia współodczuwania, by przeniknąć do serca drugiego na wskroś. Nawet rodzona matka, która przepowiadała w dzieciństwie grypę już dwa dni przed pojawieniem się pierwszych symptomów choroby. Ta, która znała rozterki nastoletniego, zakochanego serca, choć wargi nie pisnęły ani słówka. Kiedy sprawdzian z matematyki nie poszedł, też wiedziała, ale nawet ona jest lata świetlne od serca własnego dziecka. To miejsce dla Boga. Tylko On zna człowieka lepiej niż on sam siebie

STARA KOZA I KROMKA CHLEBA

Pani Alicja, pacjentka hospicjum.
Wielkie, brązowe, łagodne oczy.
Białe włosy zaczesane w staranny kok.
Mały nosek i śniada cera.
Była piekną kobietą.
Nadal jest, mimo prawie 90 lat.
Emanuje od niej nieopisana dostojność.
Kiedy zaczynamy rozmowę, zaskakuje mnie niesamowitą elokwencją i płynnością wypowiedzi.
-Uczyłam dzieci języka polskiego, kochałam swoją pracę.
Wszystko jasne.

To pacjent kieruje rozmową.
Zdecydowana mniejszość dryfuję po powierzchni: „poproszę herbatę” czy „można poprawić poduszkę”.
Większość chce zanurkować.
Na różne głębokości, ale jednak zanurkować…
Ich wzrok jest czujny.
Dozują treści i badają rozmówcę, czy można zejść głębiej.
Pani Alicja wyskakuje za burtę szpitalnego łóżka i zanurza się na głębokość dziecięcych lat.
-Wie Pani… Pochodzę z bardzo ubogiej rodziny. Było skromnie, ale kochaliśmy się naprawdę. Rodzice nauczyli mnie, że nigdy nie można mieć tak mało, by nie móc się podzielić.
Nawet jedną kromką chleba.
Sąsiedzi też byli jak rodzina.
Jeden za drugim skoczyłby w ogień. Pomagaliśmy sobie.
Mieliśmy kozę, Baśkę, która chodziła przy nodze jak pies. Kiedy domownicy wracali podskakiwała radośnie. Ta koza wykarmiła kilkoro niemowląt we wsi.
Często dla mnie i pięciorga rodzeństwa nie wystarczyło, bo ile ta biedna, stara koza mogła dać mleka.
Dla moich rodziców było oczywiste, że my nie potrzebujemy tak bardzo jak te niemowlęta.
To było ważne.
Drugi człowiek. Jedność.
Mimo głodu byliśmy szczęśliwi, mieliśmy siebie.
A dzisiaj… Jak można żyć w świecie gdzie, tak często, jeden nie widzi drugiego?
Tylko pieniądze…
Dlaczego ten świat tak bardzo się zmienił?

Trzymam Panią Alicję za rękę.
Chyba naiwnie liczę na transfuzje życiowej mądrości…
To ja chłonę od niej, nie ona ode mnie…

Wychodzę z hospicjum.
Patrzę na świat jak na film.
Stara koza i kromka chleba nie chcą wyjść z mojej głowy.
Patrzę na reklamowe bilbordy.
Promocja!
Obniżka na szczęście.
Mijam galerię handlową.
Przez obrotowe drzwi wysypują się ludzie, obładowani ometkowaną „radością”.
Często jak odrębne, jednoosobowe światy…
Oczami wyobraźni widzę tam Panią Alicję z kromką chleba, kozą na sznurku i sercem na dłoni.
Przez tłum hedonistów zdeptaną…

Najważniejsza z kobiet.

Przemykam przez oddział. Pamięć projektuje układ łóżek i twarzy pacjentów. Weryfikacja. Deficyt kilku dobrze znanych, a w zamian bogactwo kolejnych imion, historii i wyjątkowości oczu. W sercu „Wieczny odpoczynek…” w intencji Pani Zosi, a na ustach „Dzień dobry Pani Haniu” dla nowej lokatorki szpitalnego łóżka. W hospicjum uczę się otwarcia na zmiany, uczę się nie trzymać kurczowo… nikogo i niczego, tylko Boga. Tylko On jest niezmienną stałą.
Często mam zimne dłonie. Podczas posługi w hospicjum zawsze są ciepłe. Oddział A. Wchodzę do sali po prawej. Pan Klemens uśmiecha się najpierw oczami. Za błyskiem w oku idą rozciągające się w uśmiechu wargi. Siadam.
-Dzień dobry. Dziś wolne w pracy, więc przyjechałam do Pana.
– Specjalnie do mnie?- staruszek uroczo chichota.
-No oczywiście-zawadiacko puszczam do niego oko z komiczną powagą.
Wyciąga w moim kierunku rękę. Chłodna jak zwykle. Był zaskoczony kiedy pierwszy raz oplotłam jego szczupłe palce swoimi. Już się nie krępuje i po chwili podaję drugą dłoń, bym podzieliła się serdecznością, której tak potrzebuje. Dotyk. Ściśnięcie dłoni, przytulenie na powitanie. Czy tak nie lepiej, nie piękniej?
-Ale mi się fajna dziewucha trafiła- mimo cierpienia mężczyzna ma w sobie tyle pogody ducha.
– Z Pana tez fajny chłopak.
-No wiem. Pięćdziesiąt lat temu dziewczyny za mną szalały.
-Eeee tam. Pięćdziesiąt lat temu, ja nadal szaleje- lubię prowokować go do uśmiechu. Lubię to co nieometkowane w tym wycenionym świecie.
Mam wiadomość od Maryi. Prosiła przekazać, że bardzo Pana kocha.
Wody wezbrały pod jego powiekami w trybie natychmiastowym. Impuls przewodzący wzruszenie z serca do oczu ma prędkość światła.
-Ja też Ją bardzo kocham. Modlę się do niej codziennie. Żona wiedziała, że Maryja jest najważniejszą kobietą w moim życiu, ale nie była zazdrosna- uśmiechnął się przez łzy. Kwiaty zawsze przynosiłem po równo, żonie i pod figurkę. Mam nadzieję, że przyjdzie po mnie już niedługo.
Milczymy przez chwilę. Jest w nim okraszona oczekiwaniem zgoda, że to chyba już niebawem.
Spotkanie z kobietą jego życia…

Twarz Chrystusa.

Hospicjum. Kolejny czwartkowy dyżur. Kiedy wchodziłam do sali, często stał odwrócony tyłem. Pisał coś, albo uporczywie gmerał w szafie. Czasem zakrywał twarz dłonią, jakby próbował ukryć się przed całym światem. Osłonić przed ukamienowaniem spojrzeniami, ciekawością czy odrazą. Ogromne, pękające guzy rozłały się po całej jego twarzy. Zawsze proszę o łaskę bym nie widziała zmienionego chorobą ciała, bym nie czuła przykrego zapachu, który czasem roznosi się już u wejścia do sali. Nie, nie dlatego że się brzydzę, ale dlatego, by to nie przysloniło mi człowieka. By mój odruch wymiotny, czy mimowolnie zmarszczone brwi, nie skróciły naszej rozmowy.
Chciałam podejść już kilka razy. Chciałam porozmawiać, chwycić za rękę, ale nie wiedziałam, czy sobie tego życzy. Nie widziałam, żeby ktoś z wolontariuszy z Nim rozmawiał. Dziś Maryja zainicjowała rozmowę. Jej kobieca przebiegłość w pełnym miłości tego słowa znaczeniu, zachwyca mnie nieustannie. Pan Mateusz leżał, ale nie spał. Widząc nad łóżkiem obrazek potwierdzający przyjęcie przez pacjenta sakramentu namaszczenia chorych, poczułam przypływ odwagi. Wyjęłam z kieszeni kilka różańców.
-Dzień dobry Panie Mateuszu. Przesyłka od Maryi, proszę sobie wybrać.
Ukucnęłam przy łóżku, a mężczyzna spojrzał uważnie i delikatnie sięgnął po zielony. Ucałował krzyżyk, a przynajmniej uczyniony przez niego zniekształconymi wargami gest, ten wyraz czci i miłości oznaczał.
– Bardzo dobry wybór, ja też wybrałabym zielony.
Od tego zdania już jakoś poszło. Nie unikał mojego spojrzenia, słuchał uważnie, potakiwał głową, gestykulował z ekspresją. Resztę pisał i pokazywał odpowiedzi w zeszycie. Zniekształcona nowotworem twarz to twarz Chrystusa. Emanował niesamowitą łagodnością i pokorą i właśnie tym był piękny. Tak, piękny. Czy właśnie to miał na myśli Mesjasz mówiąc, że jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie? Nasza rozmowa- takie trochę kalambury. Patrzyłam na jedyną, nie zmienioną przez chorobę część twarzy- lewe oko. Szare jak gołąbek, wyraźnie lśniące i szczęśliwsze niż kilka minut temu. Rozmowa. Tylko i aż…

Umrzesz. Często o tym zapominasz… Tak, niby wiesz, ale jakbyś zapominał. Przykro mi, ale umrzesz. Może ze starości, dożywając stu lat, w całkiem dobrym zdrowiu, w obecności osób, które będą przy Tobie z autentycznej miłości, a nie z powodu zapisanego w testamencie mieszkania. Może zginiesz potrącony przez samochód. Może cegła spadnie znienacka na Twoją głowę. Może wtulisz wieczorem policzek w mięciutką poduszkę, a rano Twój policzek będzie zimny i nie zrealizujesz tych wszystkich planów, na kolejny oczywisty dzień, który przecież należał się Tobie jak psu buda. Może niebawem dowiesz się, że Twoje zadbane ciało jednak przegrywa walkę z chorobą. A to tylko ciało… Tylko opakowanie.
Czwartkowy dyżur w hospicjum.
Karmię Pana Cezarego, patrząc w Jego piękne, emanującą dobrocią oczy. Mam tendencje do zakochiwania się w oczach. Bez względu na płeć ich posiadacza. Rozmawiamy. Opowiadam o swojej pracy z dzieciakami z głęboką niepełnosprawnością. Pyta o wolontariat w hospicjum, od kiedy posługuję. Opowiadam o trzymiesięcznym kursie na wolontariusza, kolejnych etapach do uzyskania jaskrawożółtej koszulki z napisem „Wolontariusz. Hospicjum Palium.” Uśmiecha się przez łzy i po chwili mówi : „Znam te etapy. Kończyłem ten kurs”. Trochę mnie zatkało. Ja wolontariuszka siedzę przy łóżku pacjenta-wolontariusza. Można by pomyśleć, że Pan Bóg ma czasem czarne poczucie humoru. Przez chwilę wyobrażam sobie siebie na jego miejscu, otwierającą dziób na kolejną porcje nadzianego na widelec obiadu.
-Marta, pomożesz przy zgonie?
-Pomogę.
Ciało nie jest ciężkie. Przynajmniej nie dla mnie w tym momencie. Może adrenalina sprawia, że nie czuję ciężaru. Może to te 21 gramów ile ponoć waży dusza, robi taką różnicę. Może to pomoc z Nieba, które wie, że z moim rozklekotanym kręgosłupem, nie dam rady z prawie stukilogramowym ciałem Pani Hani. Rękawiczki. Metalowy wózek na ciało na kółkach, przyprowadzony z chłodni znów skrzypi. Worek na ciało, wyjęty z rozsuwanej szafy przy dyżurce, już czeka. Usuwamy cewnik, wenflon, zmiana pampersa na świeży. Pampers zostaje. Ciało nadal wyrzuca z siebie to i owo nawet po zgonie. Elastycznym bandażem podwiązuje się szczękę, żeby nie opadała, obciąża powieki, które czasem otwierają się uparcie. Owijam kobiecie różaniec wokół nadgarstka- został ostatni w mojej kieszeni. Wkładamy nagie ciało do worka, zamek błyskawiczny przesuwa się gładko. Zawozimy ciało do chłodni. W sercu słowotok „Dla Jego bolesnej męki…” To opakowanie. Puste. Dusza wyfrunęła niepostrzeżenie, a życie dopiero się zaczyna.
Umrzemy. Wszyscy. O ile nie będziemy za życia świadkami paruzji.
W związku z epidemią, zaobserwowałam zwiększenie liczebności w kolejkach do konfesjonału. I dobrze. Nawet lęk może być dobrym motywem, by wrócić do Boga. Dobrze się czasem przestraszyć… Przyjąć do wiadomości, że zamiast Boga postawiliśmy na piedestale różne Jego substytuty. Czasem myślimy że jesteśmy blisko Niego, że żyjemy dobrze, że wierzymy. Czasem potrzebujemy zaryć brodą w glebę przy drastycznym upadku i uświadomieniu sobie jak naprawdę wygląda nasze życie. Jak spowszedniało nam plucie Bogu w twarz. Z premedytacją. Jak pozwoliliśmy sobie na kompromisy ze złem i niepostrzeżenie weszliśmy w zgubny z nim dialog, wciąż łudząc się, że rozdajemy karty i kontrolujemy sytuacje.
A teraz zachwyć Cię obecnym dniem, to Twój zakichany obowiązek. To dobry dzień, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie widać.

Bilet

Pacjenci czasem wracają do mnie, po kilku miesiącach, po roku… Tak po prostu. Nie dają spokoju. Dreptają w myślach, w swoich przydużych szlafrokach, owinieci pastelowym materiałem jak naleśniki. Wracam na konkretny oddział, konkretną salę, lokalizuję bezbłędnie właściwe łóżko. Sytuacje, rozmowy, oczy jak linie papilarne. Może proszą o modlitwę. Dziś z nogi na nogę szura osiemdziesiecioletnia Pani Terenia.

-Mama była… Tata też. Mówili, że przyjdą niedługo, ale jeszcze nie teraz.
-Jak wyglądali Pani Tereniu?
-Byli młodzi, jasno ubrani. Mama miała ładne wlosy.
Pani Teresa znika w oczach, ale jej oczy błyszczą do końca. Są groteskowo okrągłe, wręcz przerysowane. Miodowe. Spokojne. Pogodzone. Wypatrujące. Sok jabłkowy w zielonym kartoniku z kreskówkową paszczą lwa. Trzy łyki. Zawsze bierze trzy. Przepisowo. Nie mniej i nie więcej. Włosy sztywne, krótkie- balejaż soli i pieprzu. Palce długie i smukłe. Każda dłoń tworzy osobną watahę pięciu osobników, polujących na moje. Atakują zza zbocza pofałdowanej kołdry. Namierzyły obecność i poświęcony czas. Dopadły moją rękę, ale ona pozwoliła się dopaść.
– Odświeżę Panią. Zaraz wracam.- „Odświeżenie” to nasz szyfr. Coś w stylu: „Najlepsze kasztany są na placu Pigalle” i wszystko jasne. Wiadomo, że nie chodzi o obmycie dłoni czy zroszonej potem twarzy. Ważne, by ze zmienionym pampersem nie wyrzucić godności człowieka.
Wizyta po kilku tygodniach demaskuje, że kolejne spotkanie z rodzicami niedługo. Skóra staje się szytwna, jakby woskowa, oddech płytszy. Zamiana ról w stadach. Moje palce wychodzą z inicjatywą. Nagle… Patrzy uważnie, jakby sondowala, czy naprawdę widzi, czy to efekt placebo, bo tak bardzo chce zobaczyć. Półuśmiech. Wodzi wzrokiem. Przyszli? To głupie, ale nie wiem czy wstać, miejsca ustąpić, zostać, wyjść? Zamyka oczy. Sięgam po miłosierne oblicze z obrazka, tuż przy imieniu nad łóżkiem. Wsuwam w jej jasną dłoń. Czasem to robię, jakby „Jezu ufam Tobie” było biletem na drugą stronę. Nie wiem czy pierwszą klasą. Nie wiem czy ulgowym. Coś zapłacić pewnie będzie trzeba. Byle do celu. To nie wydech jest ostatni. Ostatnia porcja tlenu potrzebna by wyjść na peron. Klatka piersiowa jak walizka. Ostatni wdech i zawartość serca. Wszystko jest. Nic więcej nie potrzeba. Odprowadzam ją na stację z szyldem „Wieczność” i poprawiam jej włosy.

Schizofrenia serca.

Nie myślcie, że ja tak ciągle kilka metrów nad ziemią, jak wypełniony helem balon, rodem z festynu. Nie, nie… Owszem jest czas ogromnego pocieszenia, kiedy myślę w swej straszliwej pysze, że stanęłabym w szranki z każdą pokusą jak Dawid z Goliatem. Ja, taki pyłek. I Chwała dobremu Bogu, że mi oczy na własną marność i niemoc otwiera. Wszystko jest łaską i żadna cnota, choć często myślę, że już oczywista, nie jest moją własnością. Są duchowe cukierki i zdające się nie mieć kresu pokłady miłości. Motyle w brzuchu.
Jest też biegun przeciwny. Jest schizofrenia serca… Nowy, niespełna trzyletni człowiek kontra stary bydlak. To on jeszcze jest? Jeszcze próbuje wypłynąć na powierzchnię? Oj, jest. Coraz rzadziej to bydlę wyłazi, ale nie wolno o nim zapominać. Emocje, których nie chce, myśli których się brzydzę i rozwiane słowa, których już nie pozbieram.
Jest noc, kiedy ciemno i chłodno. Ktoś wyłączył światło. Były halogeny, jasno jak na sali operacyjnej, a teraz malutka świeczka, której płomień dygocze jak ja (może też z zimna i strachu). W tym wątłym świetle wszystko wydaje się jeszcze groźniejsze. I chciałoby się wyć do Nieba: „Boże mój, czemuś mnie opuścił…”
I rozum wie, że On jest, tylko serce Go nie odczuwa i tak strasznie tęskni. I jak tu wspominać światło, jak pamiętać że znowu wzejdzie słońce? Jak, kiedy czuję, że umarłam. Żyję ale nie żyję. Noc żywych trupów. Niby idę, ale tak naprawdę się czołgam. Nieważne, byle się doczołgać. Ciało Chrystusa. Amen. Amen choćby nie wiem co. Kiedy wyrywa z adoracji, wbijam w ławkę paznokcie. Trwam, choćby nie wiem co. Dziesiątka różańca to wyczyn i bezkształtny słowotok. Gadam, choćby nie wiem co. Samotność. Nie do opisania. Chodziłabym po mieście z transparentem „Niech mnie ktoś przytuli”.
Uwielbiam Cię Jezu w tej ciemności. Dziękuję za każde doświadczenie. Szczególnie za to kiedy nie jest łatwo. Ktoś mówił, że będzie łatwo? Czytałam tylko, że będzie warto.
Czy doceniłabym w chłodny, deszczowy dzień grube, włochate skarpety i miękki koc. Kubek gorącej herbaty wokół którego oplotę zziębnięte palce?

Czasem trzeba zatęsknić. Tak całym sercem.

Syndrom Szymona z Cyreny

Czy wyobrażałam sobie siebie na miejscu pacjenta hospicjum..?
Wielokrotnie.
Moje myślenie o ofiarowaniu Stwórcy swego cierpienia, w pełnej nadęcia pysze, pęka jak balon, przy zwykłej migrenie. Próbuję oddawać nawet ból głowy. Staram się łączyć ten mikro krzyżyczek z Jego Krzyżem.
Efekt końcowy jest jednak blady jak prześwietlona klisza.
Pozycja osoby zmieniającej pacjentom pampersy, machającej rytmicznie widelcem talerz-usta, usta-talerz i trzymająca za rękę, jest pozycją przewagi i niesprawiedliwości. Nie lubię stać nad pacjentem, nawet siedząc na krześle jestem ciut wyżej, więc czasem kucam przy łóżku, opierając dłonie i brodę na podniesionych barierkach łóżkowego więzienia, by pacjent mógł spojrzeć na mnie „z góry”.
„Bądź wola Twoja”- ile świadomości zawierają te wypowiadane codziennie słowa, a ile mają w sobie bezmyślnego automatyzmu. „Bądź wola Twoja” to nic innego jak zrób ze mną co chcesz. Cokolwiek i kiedykolwiek chcesz, a ja będę powtarzać za Maryją „ Oto ja służebnica Pańska. Niech mi się stanie według słowa Twego”. Czy tak ufne mam serce? Czy raczej zdalnie sterowane, odruchem bezwarunkowym uciekiniera? Szybko cofana ręka w konfrontacji z wrzątkiem, czy w ułamku sekundy zamykana powieka, kiedy piasek wpadnie do oka. Czy stojąc nad przepaścią cierpienia, nie asekuruje się spadochronem, czy nie kamufluje liny od bungee, by jednak troszkę się zabezpieczyć, troszkę zwątpić we własne bezpieczeństwo? Tak tylko troszeczkę… Znasz to? Ja znam…
Na oddziale obserwuje czasem syndrom Szymona z Cyreny. Początkowy bunt przed współdźwiganiem krzyża misternie ewoluuje w zgodę na jego niesienie. Zgoda musi dojrzeć.
Krzyż. Choroba, samotność , niezrozumienie, odrzucenie…
A stacje drogi krzyżowej zdają się nie mieć końca.

Siłę daje pamięć, że po tajemnicach bolesnych są chwalebne…

Bierzmowanie, niespełna 3 lata temu.
Marta Maria… Faustyna.
Faustyna, bo miłosierdzie.
Nieskończone.
Dla mnie.
Mnie…
Tej, która pluła Bogu w twarz przez tyle lat. Jeszcze nie wiedziałam, że tyle Koronek do Miłosierdzia Bożego odmówię przy konających.
Miej miłosierdzie…
Jeszce nawet nie myślałam o hospicjum.
Św Faustyno. Patronko moja.
Ucz, prowadź, wypraszaj łaski.
Módl się za nami.

„Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech, ale kiedy żałuje, to nie ma granicy dla Mojej hojności, jaką mam ku niej. Miłosierdzie Moje ogarnia ją i usprawiedliwia. Miłosiedziem swoim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się serce Moje, gdy oni wracają do Mnie. … Jeżeli uciekają przed miłosiernym sercem Moim, wpadną w sprawiedliwe ręce Moje. Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję się w tętno ich serca, kiedy uderzy dla Mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez glos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski Moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiajac ich samym sobie i daję im czego pragną” (Dz 1728).

Wychodzę z hospicjum tylko częściowo. Serce i myśli zostały. Po okruchu w każdej sali. Idę na przystanek jak zombie. Nie ma mnie, ja tylko automatycznie przebieram nogami. Ustawiłam wewnętrzny GPS- „do domu proszę”. Jeszcze mnie nie zawiódł.
Pan Mateusz mówił, że się boi.
Gadamy. Dużo opowiada. Daję mu różaniec. Na koniec pytam, czy chce jeszcze coś powiedzieć, o czymś porozmawiać. Jego łzy spływają głębokimi bruzdami zmarszczek, niczym korytem rzeki, całkiem regularnie. Mówi że trudno mu się skupić. Zachęcam, by mówił: „Jezu Ufam Tobie”.
Powtarza w skupieniu. Słone wody wzbierają i występują na poduszkę.
Na innym oddziale odchodzi Pan Tomek z rozległym nowotworem twarzy. W ciągu kilku dni guzy rozlały się jeszcze bardziej. Siadam za parawanem, który oddziela jego łóżko, biorę go za rękę. To trudny widok. Pamiętam jego niesamowitą pokorę, kiedy jeszcze był przytomny. Zapach ropy dekoncentruje mnie tylko przez chwilę. Myślę, że siedzę przy świętym męczenniku. Wcale się nie zdziwię, jesli za kilka godzin unosić się bedzie nad nim woń fiołków. Koronka. Zza parawanu słyszę głos pacjenta, przy którym czuwa żona.
-Tak bardzo Cię kocham.
-Ja Ciebie też.
Oczywiście wymiękam słysząc te wyznania i kolejne „dla Jego bolesnej męki…” ledwo wypowiadam łamiącym się głosem.

W ostatniej sali starsza Pani Zosieńka od razu wyczuła, że mam gorszy dzień. Zadaje troskliwe pytania, niechcący uderzając w najbardziej drażliwe dziś struny. Hydraulika moich oczu i nosa nawala. Wyciągam chusteczkę. A ta zgarbiona kruszynka zaczyna mnie powierzać Maryi. Modlitwa wstawiennicza pacjentki nade mną. Pierwszy raz odwrotnie.

Katarzyna

Katarzyna

Nie tak dawno temu, w pewną listopadową sobotę, zaczęło dziać się ze mną coś złego. Dopadła mnie całkowita niemoc, znalazłam się w totalnym dole psychicznym i duchowym. Przez ostatni rok zdarzały mi się co jakiś czas takie dni. Nie miałam wtedy siły na nic, czułam się kompletnie do niczego, opuszczona, niekochana i samotna. Tak jakby walił mi się cały świat a Bóg o mnie zapomniał. Taki zły czas trwał nieraz kilka dni pod rząd a ja za każdym razem coraz gorzej sobie z tym radziłam… I to znowu wróciło. Wróciło i przerażało siłą z jaką we mnie uderzyło, bo tym razem niemoc opanowała już nie tylko moje ciało, moją psychikę, ale tym razem zawładnęła i moją duszą, moją duchowością i wiarą. Było to o tyle złe, że nie mogłam się modlić o powrót  „do życia”  i o przezwyciężenie tego kryzysu bo coś odrzucało mnie od modlitwy. Czułam bunt i złość do Boga, że przecież tyle czasu się modliłam i to najszczerzej jak tylko potrafiłam a On nie wysłuchał moich próśb i błagań, że mnie opuścił, zostawił mnie samą w tej beznadziejnej sytuacji, w jakiej się znalazłam. Miotałam się na łóżku jak ryba bez wody, zanosiłam się płaczem, po czym zasypiałam a budząc się płakałam znowu i tak w kółko… I wciąż nie umiałam się pomodlić, poczułam, że zupełnie opuściły mnie siły do życia, pojawiły się myśli, które teraz mnie przerażają… I cały czas płacz, żal do Boga, sen, płacz, żal, sen… Po jednym z takich moich przebudzeń, kiedy to leżałam spłakana i wyczerpana (było to parę minut po godz.12 w południe), zaczęło mi bardzo szumieć w głowie. Szum narastał, nasilał się i miałam wrażenie, że zaraz rozsadzi mi głowę. Wystraszyłam się, że dzieje się coś nie tak ze mną a jestem sama w domu. Wtedy ten szum zmalał, przycichł i nagle zamiast niego usłyszałam spokojny, męski głos, który powiedział mi dwa zdania : „Wstań i chodź”,  a po chwili „Wstań i idź”. Byłam zupełnie zdezorientowana tym co się stało i tym, co usłyszałam gdzieś w zakamarkach swojej głowy, ale jednocześnie poczułam tak potężny spokój i odprężenie, że wtedy dotarło do mnie czyj głos usłyszałam. Do dziś pamiętam barwę tego głosu, jego ciepło, ale jednocześnie stanowczość i pewność każdego słowa i spokój jaki wtedy czułam. Kiedy minęło oszołomienie ja cały czas powtarzałam sobie półgłosem te dwa zdania i byłam pewna, że gdzieś je już słyszałam lub czytałam. Niewiele myśląc wpisałam w wyszukiwarkę każde ze zdań i wtedy rozpłakałam się jak dziecko: „Jezus wsiadł do łodzi, przeprawił się z powrotem i przyszedł do swego miasta. I oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Ufaj, synu! Odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to pomyśleli sobie niektórzy z uczonych w Piśmie: On bluźni. A Jezus, znając ich myśli, rzekł: Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań i chodź! Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał i poszedł do domu. A tłumy ogarnął lęk na ten widok, i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom (Mt 9, 1-8).” To ja byłam tym paralitykiem a przemówił do mnie nikt inny jak tylko sam Jezus. Myślałam, że mnie zostawił, że mnie opuścił a On był cały czas przy mnie i dał mi znać, że jest nawet kiedy wątpię, nawet kiedy czuję się jak śmieć… Od tamtego dnia kiedy tylko czuję, że zaczyna dopadać mnie jakiś kryzys, że pojawiają się jakieś złe myśli, jakieś zwątpienia, przypominam sobie słowa, jakie wtedy usłyszałam i wzmacniają mnie, pomagają przetrwać.

Jezu, byłam jak ten paralityk – bezradna, słaba, opuszczona. Ty dałeś mi siłę, żeby wstać. Dziękuję Ci, bardzo Cię kocham i nigdy się od Ciebie nie odwrócę. Amen.

……………………………………………………………………………….

Za mną koszmarna, zła noc. Tysiące myśli kłębiły mi się w głowie i nie dawały spokojnie spać a jak już przysnęłam to budziły mnie koszmary… Efekt tego był taki, że rano byłam już pewna, że chcę złożyć pozew o rozwód… Tak, złożyć pozew o rozwód. Sama nie wierzę w to co piszę, ale fakty nie kłamią. Byłam i jestem nadal tak zmęczona i zdołowana tym co się dzieje w moim życiu i małżeństwie, tą ciągłą walką od tylu długich miesięcy non stop, dzień w dzień, że to było do przewidzenia, że prędzej czy później myśl o rozwodzie będzie na tzw. tapecie. Zaczęłam już nawet szukać informacji na ten temat w internecie z myślą, żeby jak najszybciej złożyć pozew i zakończyć tą syzyfową pracę i życie z kimś, kto mnie nie chce i nie kocha. Ale minuty i godziny mijały, a ze mnie pomału zaczęło spadać to otępienie i pomysł o formalnym rozstaniu. Czułam jakby spadały mi klapki z oczu, które w nocy jakby mi ktoś założył i wskazał kierunek ROZWÓD. Zaczęły się pojawiać różne przemyślenia, refleksje przywracające mnie od nowa do trwania w małżeństwie. Zaczęłam przypominać sobie wszystko co przez ten długi czas słyszałam i czytałam o sakramencie małżeństwa i o rozwodzie. I mimo że pisząc te słowa nadal jestem bardzo zmęczona i to zarówno psychicznie jak i fizycznie, to temat rozwodu zaczął gdzieś znikać, oddalać się a ja już nie tworzę bilansów zysków i strat, plusów i minusów. Po prostu pomału żyję dalej i mimo, że w tym moim życiu więcej jest cierpienia i łez bo ciosy zadane przez bliską sercu osobę, którą się kocha, bolą podwójnie, to przecież jest ze mną Bóg, który na pewno byłby mną bardzo rozczarowany, gdybym plan o rozwodzie wcieliła w życie. A ja pamiętam jak dziś, że kiedyś obiecałam Mu, że nigdy Go już nie zawiodę ani nie zrobię nic wbrew Jego woli. Nie mogę składać pozwu o zakończenie małżeństwa, które On sam pobłogosławił, czyli przeznaczył mnie mężowi a jego przeznaczył mi a tym samym mamy być ze sobą na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozdzieli i jak mawiał nasz święty Papież

„Dotąd dwoje, lecz jeszcze nie jedno, odtąd jedno, chociaż nadal dwoje”.

Tym samym ja nie mam prawa sama decydować o tym co dalej. Ja mam po prostu trwać w małżeństwie i cierpliwie, z pokorą czekać na męża. To jest mój krzyż, który Bóg położył na moje ramiona, a który dźwigam choć czasami upadam pod jego ciężarem. Wtedy zawsze proszę Tatę o siłę, żebym się podniosła i szła dalej, żeby mnie ten ciężar nie przygniótł. Podbudował mnie też cytat z Biblii, na który akurat dziś trafiłam

„Pan cię zawsze prowadzić będzie, nasyci duszę twoją na pustkowiach. Odmłodzi twoje kości, tak że będziesz jak zroszony ogród i jak źródło wody, co się nie wyczerpie” (Iz 58,11).

Dotarło do mnie, że pokonam trudności tylko muszę mocno chwycić Boga za rękę a On mnie poprowadzi. Jakby tego wszystkiego było mało, to w moich notatkach, które porządkuję, znalazłam przed godziną takie oto zapisane zdania wyszperane kiedyś w internecie :
„Zły nienawidzi zwłaszcza sakramentu małżeństwa i życia rodzinnego” a sam Zły podczas jednego z egzorcyzmów miał wypowiedzieć takie oto słowa

„Rozwody i separacje małżonków są wymyślone przeze mnie; odzyskuję dzięki nim moją własność. Jest to jedno z moich najbardziej inteligentnych odkryć. Niszczę w ten sposób rodzinę, społeczeństwo, gdzie jestem adorowany, jako król świata…

Jakież to wymowne i jednoznaczne, aż zbędny jest jakikolwiek komentarz, prawda? Poza tym jak ja mogę chcieć rozwodu skoro kocham bardzo cały czas męża i wszystko mu wybaczyłam? Jest dla mnie kimś zaraz po Bogu, więc jak ja mogę chcieć się rozstać z kimś tak dla mnie wciąż ważnym? Przecież to nielogiczne. Czy moje cierpienie byłoby mniejsze po rozwodzie? Nie. Czy moje życie by się zmieniło? Na pewno tak, ale w kwestii uczuć na pewno nie, ponieważ nadal czekałabym na męża żyjąc samotnie i odczuwałabym taki sam ból jak teraz, a może nawet większy, nie wiem i nie chcę wiedzieć. Jest mi troszkę lżej, że wyrzuciłam z siebie to co mnie tak „gryzło” od rana i nie dawało spokoju, ale pomału ten spokój odzyskuję. Jedno jest pewne, że chociaż zdrada męża poharatała mnie strasznie pod wieloma względami to wciąż kocham go nad życie i nie mam zamiaru się z nim rozwodzić. Mam nadzieję, że kiedyś przestanie zadawać mi ból i ranić i przypomni sobie, że ma żonę, której ślubował przed ołtarzem miłość, wierność i uczciwość małżeńską i że nigdy jej nie opuści. Przysięga kończyła się słowami „Tak mi dopomóż Bóg, w Trójcy jedyny i wszyscy Święci”. Więc Bóg na pewno pomoże, przecież sam nam to obiecał w dniu ślubu.

„Musicie być silni miłością, która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma, tą miłością, która nigdy nie zawiedzie”
Jan Paweł I I

…………………………………………………………………………………..

Jak to jest kochać współmałżonka, który zadaje nam potężny ból, który kocha inną osobę a nie nas? Jak to jest kochać kogoś, kto daje nam odczuć, że nie jesteśmy już dla niego kimś bliskim i ważnym? Nie jest to łatwe, ale wierzcie mi, że możliwe. Da się kochać taką osobę a bardzo pomaga w tym wybaczenie, szczerość uczuć i trwanie w Bogu. To wszystko wymaga wiele pracy, nie dzieje się na pstryknięcie palcami tu i teraz. To długotrwały proces wymagający dojrzałości zarówno tej duchowej jak i tej emocjonalnej. Ale naprawdę warto, bo efekty są naprawdę zdumiewające a miłość, jaką się wtedy zaczyna czuć jest jakby narodzona na nowo i jest tak silna, tak prawdziwa, bezinteresowna i bezwarunkowa, że świadomość i doświadczenie na sobie samym, że aż tak można kochać zwala z nóg. I to dosłownie. Kochani, nie poddawajcie się, nie rezygnujcie z miłości do swojego współmałżonka, który Was rani mową i uczynkiem. Wypracujcie w sobie uczucie, którego nikt i nic nie będzie w stanie zniszczyć ani pokonać, zawierzcie Bogu, oddajcie pod opiekę Maryi i zacznijcie od procesu wybaczenia a pomału zacznie pojawiać się w Waszym sercu coś czego nawet nie da się opisać słowami, coś trudnego do pojęcia i wytłumaczenia, ale coś tak pięknego co pomoże Wam przetrwać każdą burzę, każdy zadany cios i każdą krzywdę jaka Was spotka ze strony kogoś kogo kochacie. To MIŁOŚĆ i to taka, jaka jest opisana w Pierwszym Liście św. Pawła Apostoła do Koryntian. Taka Miłość istnieje, uwierzcie mi, bo sama doświadczam jej we własnym sercu, ona skleja mi je w całość po tym jak było rozbite na milion kawałków… Ona wyciąga mi z serca drzazgi i zabliźnia rany po nich… Ona nigdy nie dopuści do mojego serca nienawiści i chęci zemsty… Ona zawsze będzie trwać… Ona – miłość do mojego męża.

„I nie zapomnijcie, że prawdziwa miłość nie stawia warunków, nie oblicza, nie wypomina, ale po prostu kocha.”
Jan Paweł II

Magdalena Nowak

Magdalena Nowak

Kochani dziś chciałabym opowiedzieć Wam o tym jak Bóg pięknie nas prowadzi, czasem zupełnie sobie z tego nie zdajemy sprawy, czasem nie wierzymy. W czasie studiów przechodząc korytarzem na uczelni zobaczyłam ogłoszenie o szkole letniej międzynarodowej w zagranicznej prestiżowej uczelni dla studentów. Tak mi się westchnęło” Boże, jakby fajnie było być, zobaczyć jak ludzie na poziomie się uczą, może zdobyć samej jakieś kompetencje”. Byłam wtedy w bardzo trudnej sytuacji finansowej domowej. Na święta braliśmy kredyt bo nie było nawet na to żeby je godnie wyprawić. Ja byłam praktycznie bez pracy, żyliśmy z jednej pensji. Ale wiecie poszłam na to pierwsze spotkanie w sprawie tej szkoły letniej. Mąż mówił od razu, że nie pojadę bo nie ma za co i po co ja tam idę. Był zły na mnie. Oczywiście na tym spotkaniu moje marzenia jeszcze bardziej się rozpaliły. Był konkurs na pracę i po tym konkursie miała paść decyzja kto się zaliczy. Zrobiłam pracę. Wysłałam. I udało się  dostałam się  no i teraz za co jechać? Mąż jeszcze bardziej zły. Zaproszono nas zakwalifikowanych na spotkanie. Pojechałam a tu nam mówią, że jest możliwe dofinansowanie z funduszu stypendialnego i dadzą nam po 100 euro i zapłacą za tą szkołę… ok jeszcze tylko sobie zapłacić hotel w Hamburgu, lot, jedzenie… nie ma pieniędzy. Dostaję e-mail, że uczelnia niemiecka płaci za hotel i oferuje nam wyżywienie na miejscu na uczelni  to już tylko bilet kupić i jakieś drobne. Okazało się, że bilety były bajecznie tanie tylko 153 zł w obie strony  i w ten sposób udało mi się przeżyć piękną przygodę i znalazłam się w miejscu, o którym nawet nie śmiałam marzyć, z wykładowcami ,którzy wykonali najbardziej znane mega projekty architektoniczne świata nowoczesnego. Nie do pomyślenia dla biednej dziewczyny z małego miasteczka, kulejącej z nauką studentki studiów zaocznych (czyli tych gorszych spóźnionych z edukacją, jak o nas na uczelni mówiono). A na koniec po powrocie jak już nam wypłacali to stypendium bo trzeba było faktury najpierw przedstawić, to się okazało , że z budżetu stypendialnego nie 100 euro ale po 200 euro dostaniemy bo tak im zostało do rozdania studentom we wrześniu na koniec semestru. Nie do uwierzenia, prawda? Mierzcie wysoko kochani. Dla Boga nie ma ograniczeń. Chwała Panu Bogu! 

Elżbieta

Elżbieta

Chciałabym podzielić się z Wami pewnym doświadczeniem, które zmieniło moje rozumienie sensu ofiar pieniężnych. Napisałam to świadectwo jakiś czas temu, trochę je skróciłam, ale i tak wyszło dużo. Ale może komuś z Was się przyda

W Piśmie Świętym Pan Bóg zwraca naszą uwagę na aspekt ofiar wiele razy. Mówi o wdowim groszu, jałmużnie, dziesięcinie. I obiecuje w zamian wielkie łaski. W szczególności zapewnia wszystkich, którzy oddadzą Mu dziesięcinę, że otrzymają błogosławieństwo ponad miarę. I zachęca nawet do sprawdzenia, czy to w ogóle działa: Przynieście całą dziesięcinę do spichlerza, aby był zapas w moim domu, a wtedy możecie Mnie doświadczać w tym – mówi Pan Zastępów – czy wam nie otworzę zaworów niebieskich i nie zleję na was błogosławieństwa w przeobfitej mierze (Ml 3, 10).

Nie każdego stać na dziesięcinę. Bardziej psychicznie niż materialnie. Bo sprawia wrażenie zbyt wysokiej, zbyt wygórowanej. Oddanie 10% miesięcznej pensji Kościołowi może wydawać się wręcz nielogiczne, zwłaszcza w czasach medialnego biczowania księży. Osobom świeckim też jest niełatwo. Z trudem wiążą koniec z końcem i tuż po wypłacie z niecierpliwością odliczają dni do kolejnej. Bo życie jest coraz droższe, do spłacenia kredyt, czasami niejeden, i tyle innych niezbędnych wydatków. Do tego trzeba nieustannie bronić i umacniać własne wartości w związku z szerzącym się światopoglądem antyklerykalnym, próbującym wmówić nam, że Kościół jest zbyt bogaty, zbyt zepsuty i zbyt nikomu niepotrzebny.

Dziesięcina była kiedyś obowiązkowym podatkiem, teraz jest całkowicie dobrowolna. A nawet bywa tematem tabu i wręcz w ogóle się o niej nie mówi. Wystarczy, że ksiądz proboszcz czasami nieśmiało zwróci się do parafian z prośbą o jakiś grosz, a natychmiast po bokach rozlega się szemranie. Że znowu, że na co, że czy nie za dużo tego wszystkiego… Do dziesięciny nie należy się zmuszać. Pan Bóg nie chce ofiar przymuszonych. Nie oczekuje od człowieka w ogóle żadnych ofiar, bo ofiara Jezusa wystarczyła, żeby zbawić cały świat. Ale jeśli ten człowiek zechce czasami sam dobrowolnie przyjąć na siebie jakiś dodatkowy krzyż, żeby wynagrodzić Bogu Jego wielką miłość, to natychmiast zwrotnie otrzymuje z Nieba zdroje łask. Takim krzyżem może być zwykły post, jałmużna, a nawet własne życie. Ofiara pieniężna jest chyba najłatwiejszą z ofiar. Ale czasami jednocześnie najtrudniejszą. Bo człowiek jest zbyt przywiązany do tego, co posiada. Dlatego może warto pomyśleć o dziesięcinie. A raczej całkiem na pewno warto. I nie trzeba się bać, że może nam zabraknąć. Nie zabraknie. Pan Bóg nie rzuca przecież słów na wiatr. Wyżywi i odzieje wszystkich, którzy Mu ufają. Jeśli dba o ptaki, które niczym się Bogu nie przysługują, i karmi je (Mt 6, 26), to o ileż więcej da tym, którzy starają się o Jego Królestwo i Jego sprawiedliwość (Mt 6, 33).

Tak bowiem jest: kto skąpo sieje, ten skąpo i zbiera, kto zaś hojnie sieje, ten hojnie też zbierać będzie. Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg (2 Kor 9, 6-7).

O dziesięcinie usłyszałam po raz pierwszy kilkanaście lat temu od mojego wujka, który Pismo Święte zna jak własną kieszeń, czym zawsze mnie zawstydzał. Rozmawialiśmy wtedy o ofiarach na tacę w kościele, na Mszę Świętą, na „po kolędzie”. O tym jak to wyglądało kiedyś i dlaczego dzisiaj jest z tym dużo gorzej. Wujek opowiedział mi, że pamięta, jak jego ojciec, a mój dziadek, przygotowując się do przyjęcia w domu księdza po kolędzie, odłożył razem z babcią ze swojej wypłaty znaczną sumę pieniędzy. Kwota była spora, babcia nie pracowała a dzieci w domu pięcioro. Nie była to ofiara dla księdza-człowieka-jak-każdy-inny-grzesznego, lecz księdza-namiestnika-Jezusa-na-ziemi. W ten sposób mój dziadek okazał Bogu wielką miłość, ponieważ okazał szacunek najważniejszej dla niego po Bogu osobie na ziemi. Księdzu. Bez którego kontynuacja dzieła Jezusa nie byłaby możliwa. Który, żeby móc kontynuować dzieła Boże na ziemi, musi mieć do tego środki, również finansowe. Który, żeby móc kontynuować dzieła Boże na ziemi, musi mieć do tego środki, również finansowe. Bez którego chleb nie stawałby się Ciałem. Nie byłoby pasterzy, którzy czuwaliby nad owczarnią Pana. I nie byłoby samej owczarni, bo bez pasterza owce rozpierzchłyby się na wszystkie strony i zostały pożarte przez wilki. Nawet gdy ten ksiądz po naszemu słabemu ludzku wydaje się nie do końca spełniający nasze oczekiwania.

Pamiętam też, jak moja babcia opowiadała nam, że gdy wybuchła wojna, babci teściowa za wszystkie pieniądze, jakie wtedy miała, zamówiła Mszę Świętą, żeby cała rodzina przeżyła wojnę. Przeżył nawet stryj zesłany na Sybir, któremu tam przez wiele lat śmierć ciągle zaglądała w oczy.

Siłą rzeczy musiałam więc zrewidować własne podejście do kapłanów, kościelnej tacy i dylematów – ile i czy w ogóle. Zapragnęłam zrobić więcej niż robiłam do tej pory. Postanowiłam modlić się, aby moje serce zaczęło ze mną współpracować, żeby stało się hojne, bezinteresowne i szczere. Na tę łaskę nie musiałam długo czekać. Otrzymałam nawet więcej, niż się spodziewałam. Bóg błogosławi mi i mojej rodzinie każdego dnia, a czasami nawet pomaga mi… finansowo, gdy zachodzi taka potrzeba.

Najpierw zaczęłam przeznaczać na tacę (zwłaszcza niedzielną i świąteczną) stałą, niezmienną kwotę, dużo wyższą niż dotychczas, niezależnie od tego, ile dni świątecznych przypadało w tygodniu. Czasami dopadały mnie zwątpienia, zwłaszcza wtedy, gdy stan konta był bliski zeru. Ale nie poddawałam się a Pan Bóg zawsze mi potem pomagał. Następnie dodałam stałe w miesiącu ofiary na misje, media katolickie, prowadzone przez duchowieństwo, Caritas i inne dzieła Boże. W jednym miesiącu wspierałam jedne, w innym drugie, tak by wypełnić tę moją „dziesięcinę”. I przestałam się już zastanawiać, czy moje datki zostaną zagospodarowane, czy zmarnowane. Odkąd zaczęłam składać je w darze Bogu a nie człowiekowi, który je przyjmował, zrozumiałam, że w lepszych rękach nie mogą się znaleźć.

Bóg obdarza łaskami w obfitości wszystkich, którzy Go z wiarą wzywają. Bez wyjątku. Kocha nas zupełnie bezinteresownie. Kocha nas za nic. A nawet mimo wszystko. Mimo naszych grzechów, upadków i zwątpień. I nie potrzebuje naszych ofiar, by móc kochać nas bardziej. Do Boga należy wszystko. Nawet to, co posiadamy i z czym się z Nim nie dzielimy. Te wszystkie porywy serca, materialne i niematerialne, są potrzebne raczej nam. Do wyrażenia wdzięczności i miłości Bogu i bliźniemu. I do zwalczania własnego egoizmu i pychy. A także stanowią próbę naszej ufności Bogu. Wiary w Jego Słowo.

Tak myślę.

Joanna Wilkońska

Joanna Wilkońska

Nie wiem czemu tak jest, ale odkąd pamiętam, zawsze wierzyłam w istnienie Anioła Stróża. I nie „wyrosłam” z tego przeświadczenia będąc nastolatką, ani potem osobą dorosłą. Może to dziwne, ale ja swojego Anioła Stróża traktuję jak kogoś, kto stale mi towarzyszy. Ja się do niego nie modlę, ja z Nim po prostu rozmawiam. Wsiadając do samochodu mówię Mu: no to strzeż mnie i dbaj o moje auto 😏 jak dzieci gdzieś wychodzą czy wyjeżdżają, to mówię: pilnuj ich, żeby im się nic nie stało; kiedyś była straszna ślizgawica u mnie na drodze, a mieszkam na wsi, trzeba zjechać z dużej góry. Był taki lód, że obróciło mi samochód i zsuwał się po prostu bokiem. Jechałam z synkiem, rozpłakał się że strachu, a ja mówię: Aniele Stróżu trzymaj tą kierownicę, bo zaraz się w coś wpakujemy, widzisz przecież, że jest ślisko. Zjechaliśmy jeszcze kawałek i nagle auto wjechało ni stąd ni zowąd na jakiś żwir wysypany koło czyjejś posesji. Wyprostowało się i dało się nim wymanewrować tak, że bezpiecznie dojechaliśmy do domu.
Przekonałam się wielokrotnie, że On zawsze czuwa. Ale żeby nauczyć się Go słuchać, zajęło mi dużo czasu. Trzeba było wielu sytuacji, w których Go nie posłuchałam, żeby uświadomić sobie Jego obecność. Na pewno każdy z Was tak ma: pojawia się jakaś myśl, jak mgnienie oka, dosłownie ułamek sekundy, która coś podpowiada, np. schowaj klucze do szuflady. Zazwyczaj na początku nie zwraca się na to uwagi. Kładziemy te klucze gdziekolwiek. Po czym wychodząc z domu za nic w świecie nie możemy ich znaleźć. Wzywamy świętego Antoniego i innych świętych, żeby nam pomogli je odszukać. I wtedy przychodzi ta myśl: coś mi przecież podpowiadało, żeby je włożyć do szuflady. Gdybym tam je schował, to teraz bym nie szukał. Inny przykład: na wakacjach przez rzekę przerzucone zwalone drzewo, mimo że niedaleko jest kładka. Ułamek sekundy i myśl: nie chodź tędy. Ale co tam, skracamy sobie drogę i bach! Drzewo śliskie, szans na przejście nie ma, a nam się strasznie gdzieś akurat spieszy. I nagłe olśnienie: coś mi przecież mówiło, żeby tędy nie iść. Jadę tramwajem, widzę, że mam niedomkniętą kieszonkę w torebce. Coś podpowiada: zasuń ją do końca. A, gdzie tam, nie chce mi się, nie pierwszy raz jest otwarta. W sklepie nie mogę się doszukać portfela. Cała zdenerwowana doznaję olśnienia: portfel był w tej kieszonce!!! Pewnie ktoś z tego skorzystał. I złość na samą siebie: czemu nie posłuchałam tego głosu?? I jeszcze coś dla kierowców: jadę ulicą, na poboczu, na skraju jezdni stoi mężczyzna. Ułamek sekundy i myśl: zwolnij! Wlezie Ci pod koła. Co za absurd? Przecież stoi tak już dłuższą chwilę, widocznie na kogoś czeka. Tylko doświadczenie sytuacji opisanych poprzednio zapobiegło tragedii. Zwolniłam. Facet wlazł na jezdnię dosłownie metr przed moim samochodem. Dziękuję Ci Aniele Stróżu! Takich sytuacji jest setki, tysiące. Po wielu latach umiem już reagować na głos Anioła Stróża, choć nigdy go nie słyszałam. W przeciwnym razie, po ludzku mówiąc, potem pluję sobie w brodę, że nie zareagowałam na to „coś”, co mi przecież mówiło, zrób tak, a tak.
Bardzo chciałabym zobaczyć jak mój Anioł Stróż wygląda, ale to wielka łaska. Na razie mogę Go sobie tylko wyobrażać. Kiedyś mój synek, miał wtedy może że trzy latka, zapytał mnie: Mamusiu, czy ty widzisz swojego Anioła Stróża? Odpowiedziałam: nie, nie widzę, ale wiem, że On jest przy mnie. A on dalej: ale naprawdę Go nie widzisz? Było w jego oczach takie zdumienie, że zapytałam: no, a Ty Go widzisz? A on: no oczywiście, a Ty Go nie widzisz? I patrzy gdzieś w kąt. Zaczynam się czuć nieswojo i mówię: no, a gdzie widzisz tego Anioła? Synek: no przecież jest tu. Ja: gdzie??? No siedzi w nogach łóżka. Naprawdę Go nie widzisz??? Ciarki mnie przeszły i odruchowo spojrzałam w tamtą stronę. Wierzę, że niewinne dziecko dostępuję takich łask. Było w tych słowach dziecka tyle dziecięcej prostoty i szczerości, że nie sądzę, żeby była to tylko dziecięca fantazja.
Od wielu lat prowadzę własne przedszkole i żłobek, które nazywają się U ANIOŁKA STRÓŻA 😊 (jakże by inaczej?). To nasz Patron. Nigdy mnie nie zawiódł. Zawsze mamy udany wyjazd, piękną pogodę na wycieczkę czy piknik rodzinny. Bywało i tak, że cały tydzień lało, rodzice pytają czy się odbędzie, że może lepiej odwołać, a ja im zawsze mówię: ZAUFAJCIE ANIOŁOWI STRÓŻOWI. ON ISTNIEJE NAPRAWDĘ. TYLKO GO POPROŚCIE. I dokładnie w dzień pikniku przepiękna pogoda. A następnego dnia znowu deszcz. Na początku niektórzy patrzą na mnie z politowaniem. Ale kiedy przekonują się, że rzeczywiście nigdy się nie zdarza, żeby coś nam nie wyszło, choć czasem wszystko na to wskazuje, to widzę, że zaczynają wierzyć, że ja muszę mieć jakieś dziwne znajomości tam u góry 😂. A z czasem przychodzą i mówią: musimy poprosić Anioła Stróża, żeby coś tam…., dobrze że mamy tego Anioła Stróża bo inaczej to by się coś tam stało…
Niech pani poprosi Anioła Stróża, żeby coś tam. ..
Dlatego nie mogłam nie napisać tego świadectwa. Przydługie trochę, ale dopiero ten, kto wytrwał do końca, zrozumie, co chciałam w nim przekazać. ANIOŁ STRÓŻ jest przy nas w każdej chwili. Nie tylko nas strzeże, ale też podpowiada, co czynić, w takich błyskawicznych, przelotnych ułamkach sekund. Trzeba ich się słuchać. To On.
I mam nadzieję, że kiedyś poprowadzi mnie za rękę, żeby przekazać mnie świętemu Michałowi Archaniołowi. Tak to podobno będzie wyglądało…  przynajmniej ja wierzę, że będzie ze mną aż do końca. Amen.

 

Aneta Szczepaniak

Aneta Szczepaniak

Chciałabym podzielić się z wami moim świadectwem. Zaczęło się to mniej więcej na początku marca. Zaczęłam się modlić na różańcu z moją mamą przez messenger, parę dni później doszła koronka do Miłosierdzia Jezusowego. W międzyczasie znalazłam Teobankologie, zaczęłam się modlić z księdzem Teodorem. 25 marca razem z moją córką Pauliną podjęłyśmy się modlitwy za dzieciątko nienarodzone. Ofiarą naszą był alkochol. Parę dni po tym zaczęłam się źle czuć, dziwne bóle głowy których nie miałam wczesniej, wyzywanie Maryji w mojej głowie. Zastanawiałam się co się ze mną dzieje. Myślę sobie, że to nie ja bo ja nigdy tego nie miałam. Zaczęło to mnie przerażać. Tak a propo to się powtarzało kilka razy. Zadzwoniłam do Polski do mojej bratowej, wiedziałam, że ona zna odpowiednich ludzi, którzy mi pomogą. Umówiła mnie z nimi. To było małżeństwo charyzmatyczne. Pomodlili się ze mną, nademną. Pod koniec modlitwy zrobiłam znak krzyża na czole, tak mi powiedziano. Ujrzałam krzyż bardzo jaskrawy, ogarnął mnie spokój. Zaraz po tym zapytałam to małżeństwo czy palenie papierosów to grzech. Odpowiedzieli, że jest to zniewolenie. Zapytał małżonek tej Pani czy chciała bym rzucić, no wiecie! Nie planowałam rzucić tak od razu, wcześniej myślałam żeby schudnąć i dopiero rzucić. A tu takie pytanie. Wyobraźcie sobie, że powiedziałam, że chcę skoro to zniewolenie, wczesniej nie zdawałam sobie sprawy. Albo nie chciałam sobie zdać. Ale do rzeczy. Pomodliliśmy się żeby Pan Jezus zabrał mi to. Wyszłam z pokoju mojej córki bo tam odbywała się modlitwa, poszłam do swojej sypialni gdzie wisiał mój szlafrok, wyciągnęłam tytoń z kieszeni, a był cały, oddałam go mojemu mężowi i do dziś nie palę i nie mówię brzydkich słów. Ta modlitwa była w wielki czwartek wieczorem. A bym zapomniała, moja córka też jest w trakcie nawracania. Obydwie jesteśmy po generalnej spowiedzi.

Rita Ca

Rita Ca

Chcialam wam krótko opowiedzieć o miłosierdziu jakim darzy nas Nasz Pan.

Wiecie, kiedyś może to w naszym mniemaniu było nierealne prawda? Te rzeczy, które się dzieją, te cuda, które widzimy, te uzdrowienia, nawrócenia, ta miłość do szpiku kości. A teraz jest czymś nadspodziewanie częstym.
Hak tylko w naszym pojmowaniu Jego Obecności. Jak bardzo chcemy to wszystko widzieć.

Moje pierwsze realne spotkanie z Jezusem w pełni świadomości? Zwykła babka, która rzuciła pod nos książkę „Niebo istnieje naprawdę” a potem dziwny mail o temacie „Jezus Cie kocha”.
Potem totalna fascynacja, pierwsza poważna i oddana spowiedź, ale to wszystko na krótko, zgasło, wypaliło się, usłyszałam, że ziarno padlo na nieprzygotowana glebę. I tak zaczyna się etap średniej szkoły, masy problemów, złych relacji, które sprowadzają się do alkoholu, na początku trochę, potem dużo więcej.. Aż dochodzi do momentu, że dla zabawy manipuluje się ludźmi, gra się emocjami, tylko dla własnego samozadowolenia. Lecz gdzieś tam w środku zawsze z tyłu, że nie pasuje do tego życia. Choć jest to moment gdzie nie wyobrażam sobie go bez alkoholu. Tona problemów w szkole, chodzenie do niej pod wpływem, przeprowadzka, wylew ojca alkoholika, stracone przyjaźnie.
A potem znów Jezus robi mi bum na drodze. Spotykam 2 panie pedagog, które są pozytywnymi wariatkami, zaczynamy nawijać o Bogu godzinami, dzielić się różnymi materiałami i ewangelizować się nawzajem. W międzyczasie znów niszczę kolejną ważna dla mnie znajomość. Przychodzi moment załamki i leków, strachu, zaczyna się samookaleczanie, brak ucieczki, choć niby wiedziałam, że Jezus jest ze mną. Wtedy przypomniało mi się, że kiedyś poprosiłam Go o krzyż, wielki krzyż byleby tylko z Nim być. Byle by tylko Go czuć.
Doszłam do takiego momentu gdzie moje lęki nie pozwały mi wychodzić z domu. Zaczelam płakać, nie wiedziałam co się dzieje, za każdym razem jak próbowałam się podnieść potem leciałam jeszcze niżej. Aż w końcu poprosiłam Go by coś zrobił by zrobił cokolwiek. I udało się. Skończył się alkohol, ale lęki zostały. Poszłam do spowiedzi, przyjęłam Go upragnionego od dawna. Chcąc rozstać się z grzechami znów musiałam się pozbyć pewnej relacji, która ułatwiała mi życie, ale uznałam, że moje życie BEZ Jezusa jest niczym. Nie ma sensu.
Wyrzekłam się zła. Bardzo dużo pomogły mi spotkania z O. Danielem. Gdzie naprawdę doświadcza się Boga namacalnie. Teraz życie mimo, że nie jest usłane różami jest piękne. Piękne bo z Jezusem, z Maryją. Z całym Niebem, które nas tak bardzo kocha. Uświadomić sobie to, że ktoś tak bardzo kocha jest czymś tak niesamowitym, że nie da się tego wyrazić. Ze tak łatwo ale jednocześnie trudno to wszystko utrzymać, trzeba być pokornym i kochać a przede wszystkim ufać. Ufać choć często Go nie czujemy, modlić się żarliwie, dziekowac, wychwalać. On działa, działa tylko nie zawsze tak jakbyśmy chcieli. Oddajcie się mu w całości, On najlepiej wie którędy mamy iść, najlepiej zna nasze emocje, uczucia, wie to czego my nie wiemy. Potrafi wszystko zmienić w moment. A nasza Matka w sile różańca jest niezwyciężona.

Kochani chciałam wam powiedzieć, że nie ma nic wspanialszego niż życie z Nimi, NIE MA. I wiem, że krzyż jest ciężki, ale pamiętajcie bez krzyża nie ma miłości a bez miłości krzyża nie uniesiemy. Ufajcie Jezusowi i pójdźcie za Nim. Abyśmy wszyscy byli zbawieni. Amen.

 

Marta Mazurkiewicz – świadectwo.

Marta Mazurkiewicz – świadectwo.

Jestem młodą osobą i wychowuję się na pozór w katolickiej rodzinie. Wierzyłam w Boga, czasem z Nim rozmawiałam, jak byłam mała, ale kiedy miałam 10 lat, zaczęłam poświęcać Mu mniej czasu. Skupiłam się na swojej samotności i utrzymaniu znajomości z jedną dziewczyną z sąsiedztwa, bo tylko ona chciała się że mną bawić, ale niestety przyjeżdżała tylko na wakacje, a mieszkała w innym województwie. Od dzieciństwa czułam się gorsza od innych i chciałam się im przypodobać, żeby przestali się ze mnie wyśmiewać. To nie śmiech rówieśników najbardziej mi przeszkadzał, ale ciągłe kłótnie w domu, do których zazwyczaj doprowadzał tato, jak się napił. Potrafił zepsuć mi każdy dzień. Będąc w towarzystwie innych ludzi nie pokazywałam po sobie, że coś jest nie tak. Cierpiałam w środku. W wieku 11 lat zaczęłam myśleć o śmierci i samobójstwie, wtedy też popadłam w uzależnienie od ciężkiego grzechu. Wszystko wydawało mi się bez sensu, każdy krzyk w domu sprawiał, że płakałam. Moje życie nie miało sensu, a ja nie miałam nikogo, komu mogła bym o tym powiedzieć. W łazience miałam szafkę, na której zaznaczałam każdy raz, kiedy płakałam przez ojca i nie tylko. Uznałam, że jak  zapełnię jedną linię tej szafki swoimi oznaczeniami, popełnię samobójstwo. Było to odmierzanie czasu do dnia, w którym ze sobą skończę. Byłam pozostawiona sama sobie, nie chciałam mówić o tym komukolwiek, bo też nie lubiłam wzbudzać zainteresowania innych, gdyż tak właśnie byłam wychowywana. Pewnego razu szłam już po jakieś tabletki, żeby się zabić, ale wtedy przyszło mi na myśl pytanie, co na to wszystko Bóg, co się ze mną stanie jeśli to zrobię?

To pytanie pozwoliło mi nie uczynić tego co zamierzałam. Czułam wewnętrzne rozdarcie, chciałam krzyczeć, ale nie mogłam, wszystko dusiłam w sobie. Czasami to uczucie było naprawdę nie do zniesienia. Kiedy już następny raz poszłam płakać, popatrzyłam na niebo i spytałam się Boga, dlaczego ja?. Nie uzyskałam odpowiedzi, ale z małą wiarą i nadzieją pomyślałam, że to się niedługo skończy. Czas upływał i moje życie trochę się zmieniło. Dwa lata temu w ramach religii poszliśmy z księdzem na adorcję Najświętszego Sakramentu. Zauważyłam, że znowu potrafię rozmawiać z Bogiem, tak jak wtedy, kiedy byłam młodsza i nie przejmowałam się tak bardzo tym, co się dzieje w moim życiu, bo bardziej ufałam Bogu. Tato był spokojniejszy i przez udar nie mógł pić. Niestety powrócił do nałogu, lecz nie jest on tak nasilony jak kiedyś. Szafka odmierzająca mój czas została wyniesiona. Wydaje się, że to nic takiego, jednak dla mnie to było dużo. Już od ponad 2 lat staram się rozwijać swoje życie duchowe. Założyłam grupkę, na fb, na której dodaję swoje przemyślenia związane z Bogiem i życiem razem z Nim. Wszystko powoli się układa. Około pół roku temu zaczęłam medytację Pisma Świętego i dzięki niej odkrywam teraz wszystkie swoje zranienia, nawet te, o których już zapomniałam. Ostatnio na medytacji, jako osoba, która może przybliżyć mnie do Boga, przyszedł mi na myśl ks. Teodor, ale uznałam, że nie będę do niego pisać bo i tak jest zajęty. Teraz wiem, że Bóg czuwał nade mną każdego dnia. Najwidoczniej mam jeszcze coś do zrobienia na tym świecie. I każdy z nas ma. Zaczęłam się też więcej modlić i bardziej ufać Bogu. Kiedy ks. Teodor mówił o kompleksach, myślałam, że nie dotyczy mnie ten temat. Jednak się pomyliłam, bo wciąż często przepraszam za to, że zajmuję komuś czas. Jedyne co się nie zmieniło, to ten ciągły lęk przed tym, co ludzie powiedzą, dlatego mówiąc o Bogu, robię to głównie w internecie na  grupkach, bo wiem, że nie będę na nich osądzana. Z Bogiem wszystko jest łatwiejsze, choć zdarzają się gorsze dni i nie zawsze jest łatwo, ale nikt nie powiedział, że kiedy jest się bliżej Boga, nie będzie żadnych trudności. Odmawiam już 6 Nowennę Pompejańską, ale teraz mam wystarczająco dużo czasu, żeby ją odmawiać, bo kiedy była szkoła, to od 9 rano do 21 byłam poza domem i nie miałam zbytnio czasu. Dlatego z rana jak czekałam na lekcje szłam na adorację i wtedy odmawiałam jedną część, po wyjściu ze szkoły znowu czekałam na autobus , więc szłam obok do pobliskiego kościoła i odmawiałam drugą część, a trzecią w nocy. Zawsze znajdujcie czas ma modlitwę, choć wiem, że to nie zawsze jest łatwe, ale pomyślcie wtedy o tym co Bóg zrobił dla Was, pomyślcie i o tym co macie, a nie o tym, czego nie macie. Bóg Wam pomoże tylko Mu zaufajcie i oddajcie Wasze sprawy, pozwólcie Mu towarzyszyć sobie w tej ziemskiej pielgrzymce do zbawienia wiecznego, bo tylko On Wam je może dać. Nikt z nas nie może się sam zbawić, bo to Bóg zbawia, my jesteśmy tylko ludźmi.

Nikt mnie nie nakierowywał na Boga, to On sam chciał mnie odnaleźć i wyciągnął Swoją dłoń, aby mi pomóc. Tak samo wyciąga ją do każdego z Was, ale to od Was zależy czy będziecie chcieli się jej chwycić.

Mam nadzieję, że to świadectwo komuś pomoże. Pamiętajcie, że z Bogiem wszystko jest możliwe. On kocha wszystkich ludzi porówno, dla Niego nikt nie jest gorszy i o każdego stara się tak samo. To my często nie zauważamy tego,  jak wiele od Niego dostaliśmy i dlatego się załamujemy.

Justyna Helm

Justyna Helm

Po wczorajszej modlitwie różańcowej z rozważaniami o samotności poczułam dziś wielką samotność, a później… odwagę, by napisać to świadectwo.

Pracuję nad „Pięknem Życia”, czyli musicalu o embriologii od mojego nawrócenia. Zaczęło się dwa lata temu, gdy będąc letnią wierzącą, a wręcz początkującą ateistką poszłam z przyzwyczajenia na rezurekcję, bo lubię te pieśni i klimat. Na najważniejszej mszy dla chrześcijan miałam w głowie jedną myśl „to jest teatr, jacyś faceci w sukienkach, a gdyby to wszystko było prawdą to ci ludzie cieszyliby się na Wielkanoc, a tu same smutne twarze”. Czułam się jak czubek, jakby nieszczera ze sobą. Wiele lat zaniedbań wnętrza i dbanie jedynie o formę (ile osób zraziłam taką postawą?) zrobiło swoje. Stałam w kościele w tak ważnym momencie dla całej tej wspólnoty i … nie wierzyłam. Zbyt wiele syfu w kościele, pedofilia, brak zrozumienia przykazań i Pisma z mojej strony. Byłam w jakiejś ciemności, zdołowana własną niemocą, bo przecież tyle lat o wierze mówiłam, pisałam, byłam w Medjugorie, gdzie przeżyłam niesamowite oczyszczenie, próbowałam przekonywać do swojej opinii, racji, ba! chciałam innych nawracać. I stałam tak w czasie tej rezurekcji z ogromnym bezsensem, frustracją z racji niepowodzeń życiowych i zawodowych. I w wielkiej pysze, bo przecież ja taka zdolna, musicale, skrecze, statki. I tu taki bezsens. A jednak resztka tęsknoty sprawiła, że pochyliłam jakimś cudem głowę i szczerze wyszeptałam „Boże, jeśli faktycznie jesteś, daj mi jakiś znak”. Trzeciego dnia od tej modlitwy stała się rzecz, która spowodowała ogromne… problemy duchowe. Czułam się fatalnie, nie wiedziałam gdzie szukać pomocy. Po dwóch tygodniach od początku tych problemów wpadłam na to, by może spytać jakiegoś księdza, skoro zaczęło się to wszystko chwilę po modlitwie. Tak trafiłam pod Kierownictwo Duchowe u bardzo mądrego ojca- franciszkanina. Uspokoił mnie, że nie wariuję, a przechodzę przez coś, co w życiu duchowym jest normalne. Pierwszy raz usłyszałam wtedy o rozwoju duchowym. O etapach oczyszczenia. Nastał dla mnie czas ciszy. Bardzo się zdystansowałam od świata i bliskich. Chłonęłam ciszę, która uspokajała mój strach, zaczęłam czytać Pismo Święte, lektury duchowe. Otwierał się przede mną nowy świat, kosmos. Ilu już ludzi przeżywało trudności tak podobne do moich zmagań? Wow, o tym są pisane książki, wygłaszane wykłady. O tym mówią święci. Eucharystia stała się codziennością – ze strachu, nie z miłości. Zaczęłam myśleć, że skoro jest ze mną coraz lepiej pod kierownictwem duchowym, to i będę się ‚zabezpieczać’ duchowo Eucharystią. Po takim miesiącu nagle poczułam w pewien piątek ok. południa, że mam jechać na Jasną Górę. Taki impuls. Pojechałam tego samego dnia i poszłam na apel o 21. Stałam w tłumie obserwując starsze panie przedzierające się przez ścisk i ludzi psioczących na nie – w głowie już rodził się pomysł na scenkę o kolejnej polskiej cebulancji. Klasyka pielgrzymkowa. Z ironicznym uśmieszkiem stałam, lecz przy śpiewie apelu popłynęły łzy. Wtedy usłyszałam w sercu: ‚odmawiaj przez rok codziennie różaniec o własne nawrócenie’. Myślę sobie – say what? Kto do mnie mówi? Spojrzałam na obraz… Ech, dla mnie dziesiątka to był wtedy duchowy mount everest. Wyszłam dość zmieszana, bo pojechałam nie wiem po co tyle kilometrów i tu takie słowa? Jednak było to tak silne wezwanie, że z totalną niewiarą w swoje możliwości zaczęłam tego samego dnia. Różaniec odmawiam do dziś, codziennie. Po ‚drodze’ odmówiłam 3 nowenny pompejańskie. To jest cudowna medytacja, naprawdę. Wracając do czasu sprzed dwóch lat – po kwietniu pełnym strachu i rozmów, po maju z różańcem w ręku, zaczęłam się uspokajać wewnętrznie i cóż, zadałam pytanie, które mnie bardzo, BARDZO męczyło od lat. „Dlaczego i po co mam tyle talentów? Co ja mam robić w życiu?” Uparłam się, że tym razem nie odpuszczę, że będę pytać dopóki się nie dowiem. Ponad miesiąc wielu modlitw (byłam bardzo uparta, namolna, nie dawałam Bogu spokoju) TYLKO z tym pytaniem zakończyła nagła odpowiedź. Bez wchodzenia w szczegóły usłyszałam wyraźne „Świadcz o pięknie”. I tego dnia przyszedł pomysł na „Piękno Życia”. Musical o embriologii. Dostałam zamysł i konkretne wskazówki, aczkolwiek bez wielu jeszcze szczegółów. Po duchowym rozeznaniu sprawy z kierownikiem duchowym zaczęłam działać. (Sam projekt kiedyś w całości opiszę, bo będę zbierać ekipę do pomocy 📷) Za stricte działanie wzięłam się po sześciu miesiącach ociągania, wątpliwości, strachu przed ludzką opinią. Byłam i jestem świadoma, że sztuka o embriologii skreśli moje szanse w światku artystycznym, a przecież dopiero co skończyłam dwuletnie prace nad pierwszym musicalem, przy którym pomogło mi tyle osób. Mijają teraz niecałe dwa lata odkąd mam ten pomysł… Od grudnia opisuję sam rozwój prenatalny w poetycki sposób, ale jednocześnie czuję, że mało wiem o projekcie, bo mało wiem… o sobie. Cóż, kierownictwo duchowe nakierowało mnie również na pracę nad swoją emocjonalnością. To wszystko, co dotychczas krótko opisałam, sprowadziło mnie do pytania o własne kobiece serce. Do pytania – KIM JESTEM? Ale tak naprawdę! Kim? To moje aktualne poszukiwanie. Gdzie jest moje serce? Czym jest moje serce? Szukam intensywnie, Boga znów zamęczam. Po drodze poddaje mnie próbom, z sercem w roli głównej. Aktualnie jest mi ciężko i dobrze jednocześnie, wiele pracy duchowej i emocjonalnej za i przede mną. Ale perspektywa, że pojmę kim jestem i że w końcu może pokocham siebie, Boga i drugiego człowieka daje mi siłę. Chorym sercem nie pokocham w zdrowy sposób. Nie stworzę pięknych relacji i nie będę w stanie chorym sercem dostrzegać piękna ani w sobie ani w innych. Skoro Bóg odpowiedział mi na to pierwsze podstawowe pytanie, które zadałam dwa lata temu w totalnej rozsypce, później na to drugie o to, co mam robić, to i przecież powie mi, kim jestem. Światu już podziękuję za odpowiedzi w tych najbardziej podstawowych kwestiach – nie odpowiedział mi przez 30 lat i doprowadził do bezsensu. I choć tracę co chwilę wiarę, bo ona nie jest czymś oczywistym, to podjęłam tę walkę o siebie i własne serce. Odkąd zaczęłam na poważnie w marcu myśleć o uleczeniu serca – czyli prawdziwej, poranionej mnie – trafiam co chwilę w różnych miejscach na ten fragment Biblii:

„Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca.” Oz 2.

Czytając dziś książkę „Urzekająca” S.&J. Eldredge o kobiecej tożsamości (mega polecam!!) dałam sobie chwilę na bycie ze sobą. Ciepłe słońce, woda, dość mocny wiatr, niedziela, wolne. I w objęciach słońca powiedziałam: „Boże, szukam swojego serca. Wiem, że będzie boleć, idźmy tam razem.” Posiedziałam jeszcze chwilę, chwyciłam za telefon – fejsik, sms, i zrobiłam to zdjęcie. Myślę sobie ‚fajne, takie artistic, z głową w chmurach” i dodałam na instagrama. Wieczorem pokazałam je Mamie, a ona, że piękne serce. He? Jakie serce? Szok, nie zauważyłam tego wcześniej. Wokół mnie serce z chmur. Może przypadek, nie wiem. To czy Bóg jest przekonamy się najpóźniej w momencie śmierci. Ale szczerze, wzruszyłam się. A może faktycznie On jest i to wszystko co opisałam tu tak szczerze i w dużej obawie przed ludzką opinią jest faktycznie działaniem Kogoś, kto mnie kocha? Ostatnie dwa lata powiedziały mi więcej niż pierwsze 30 lat życia. Wiem jedno – nic na siłę, po prostu warto szczerze szukać odpowiedzi na najważniejsze pytania, które kłębią się w sercu. Bo słuchajcie, o serce tu się rozchodzi. Masz piękne serce. A jeśli się teraz krzywisz, podobnie jak ja na taką myśl, to warto przemyśleć sprawę i podjąć walkę o swoje serce. Bo jest ono TWOJE. Jedyne i niepowtarzalne. I kopie co sekundę. Po co? By dobić się do Ciebie, tego prawdziwego.

(Modlę się za każdą osobę, która to czyta. Również proszę o modlitwę. Dziękuję!)

Paulina Faustyna Tanaś

Paulina Faustyna Tanaś

Szczęść Boże
Nie wiem od czego zacząć.
Zacznę od tego że jestem osobą niepełnosprawną. Poruszam się o kulkach. Od urodzenia choruje na Mózgowe Porażenie Dziecięce. Mam 26 lat.
Różaniec odmawiam odkąd pamiętam. Jestem osobą bardzo głęboko wierząca od dziecka.
Moja rodzina z Wiarą tak sobie.
Dzięki Modlitwie Różańcowej z Ks. Teodorem każdego dnia czuje się dużo lepiej.
W 2016r. poznałam Mojego chłopaka. Od 2018r. jesteśmy zaręczeni. Oboje jesteśmy niepełnosprawni. To że się poznaliśmy to było działanie Pana Jezusa i Matki Bożej.
Obecnie planujemy Ślub Kościelny.
Nasze rodziny nie akceptują tego że jesteśmy razem.
Nie widzą Naszego szczęścia tylko ograniczenia.
Nie obchodzi Nas co mówią bo to nie oni są najważniejsi tylko Chrystus I Matka Boża.
Teraz w czasie tej pandemii jest nam bardzo ciężko ponieważ ja mieszkam na Mazowszu a Mój Ukochany na Pomorzu.
Widujemy się tylko przez kamerkę.
Bardzo za sobą tęsknimy i Modlitwa Różańcowa zarówno z Wami jak i z księdzem Teodorem pomaga Nam to przetrwać.
Razem się Modlimy i dziękujemy Bogu za Miłość jaką Nas obdarzył.
Modlitwa pomaga nam w  trudach dnia codziennego.

Dzielę się Świadectwem bo pragnę pokazać że Chrystus i Matka Boża działają w Naszym życiu.

Bóg Zapłać 🙏

 

Arek Nakonieczny

Arek Nakonieczny

Świadectwo

Dotyk Miłości…
Mam na imię Arek mam 41 lat. Wychowywany byłem w wierze Katolickiej, rodzice często zabierali mnie do kościoła jak byłem młodym chłopcem, praktycznie każdą Mszę św. przesypiałem w ławce. Do kościoła zawsze miałem pod górkę, przebywanie w kościele było dla mnie zawsze stratą czasu. Wiedziałem tylko teoretycznie, że Bóg istnieje, lecz nigdy go nie spotkałem. Rodzice bardzo mnie kochali i chcieli jak najlepiej mnie wychować. Byłem osobą bardzo zamkniętą w sobie, miałem swój mały świat, w którym można powiedzieć sam sobie żyłem, i sam jego scenariusz układałem. Chciałem żyć po swojemu i decydować o swoim życiu. Bardzo szybko pojawił się bezsens życia i pierwsze próby samobójcze w 1988r. mając 9 lat , głównie było to przedawkowania leków, które powtarzały się przynajmniej raz w roku. Oczywiście rodzice o tym nie wiedzieli, że próbuję odebrać sobie życie i za każdym razem lądowałem w szpitalu z silnym zatruciem, które nikt nie potrafił dokładnie zdiagnozować. W wieku 12-14 lat pojawił się w moim życiu alkohol, w którym znalazłem ukojenie na swoje problemy i życie. Był to jedyny lek, który potrafił złagodzić wszystkie objawy mojego stanu w jakim wtedy byłem. Zaczęły się imprezy i co weekend alkohol. Takie życie mi pasowało i wtedy tak chciałem żyć. Po bardzo krótkim czasie alkohol był dla mnie najważniejszy w życiu i nie było dnia, w którym bym nie był pod jego wpływem, nie potrafiłem bez niego żyć, bawić się, dodawał odwagi, pewności, śmiałości, dodawał mi skrzydeł. Nie wiedziałem wtedy, że już jestem osobą uzależnioną. Dla alkoholu mogłem zrobić wszystko. W pewnym momencie zawładnął moim życiem całkowicie, był moim najlepszym przyjacielem, bez którego nie mogłem żyć, a który mnie zdradził i rzucił w końcu o ziemię i zmieszał z błotem, upokorzył mnie maksymalnie jak tylko mógł, teraz za tą przyjaźń musiałem słono płacić. Moja kondycja fizyczna i psychiczna już była w bardzo opłakanym stanie. Liczne próby samobójcze, problemy z policją, z prawem, rozpadło się moje pierwsze małżeństwo i straciłem kontakt na jakiś czas z synem, który miał wtedy 2 latka. Moje życie stało się piekłem. W końcu zdecydowałem się sam sobie pomóc i zgłosiłem się  do szpitala na zamkniętą terapię odwykową. Takich terapii zamkniętych zaliczyłem 3. Dwukrotnie zamknięty byłem w szpitalu psychiatrycznym, lecz nic to nie pomogło, piłem jeszcze gorzej i bardziej destrukcyjnie. Stawałem się coraz bardziej bezwzględnym i potwornym człowiekiem, nikt dla mnie się nie liczył oprócz alkoholu. Niejednokrotnie byłem już w stanie agonalnym. Nie wierzyłem w jakąkolwiek pomoc . Widziałem tylko jedną swoją wizję, jaką jest zapicie się na śmierć, kolejna próba samobójcza, albo zwariuję albo kogoś zabije i wyląduje w zakładzie karnym. Niszczyłem swoje życie, moich najbliższych i wszystkich, którzy spotykali się ze mną, również straciłem znajomych, z którymi się spotykałem, zostałem tylko ja i alkohol. Żyłem sobie tak około 20 lat. W międzyczasie spotkałem na swojej drodze wspaniałą kobietę, która po 10 latach życia ze mną w piekle, mimo wszystko została moją żoną. Bardzo wierzyła we mnie i wiedziała, że w środku jestem dobrym człowiekiem, tylko zagubionym, bardzo mocno we mnie wierzyła, jej miłość do mnie była niezrozumiała dla mnie po tym wszystkim co ze mną przeszła. Wreszcie 10.08.2014r. będąc po ciągu picia stwierdziłem, że pomodlę się, była to ostatnia moja deska ratunku, byłem wtedy na skraju wyczerpania psychicznego, nie dawałem już sobie rady. Stwierdziłem, że jeśli Bóg mi teraz nie pomoże to już nie wierzę w nic, tylko Bóg mi został, wszystkie środki po ludzku już wykorzystałem, pokładałem tylko nadzieję w Bogu. Jak dotąd to tylko prosiłem Boga aby pozwolił mi się zapić, umrzeć, aby mnie już zabrał bo już nie jestem w stanie tak dalej żyć. Natomiast Pan Jezus miał całkiem inny plan wobec mnie. Pierwszy raz w życiu zacząłem się modlić z otwartym sercem. Zacząłem prosić Pana Jezusa żeby mnie zabrał, żeby pozwolił mi umrzeć albo zrobił coś ze mną bo już dalej nie mogę tak żyć. W pewnym momencie spojrzałem na Krzyż i zacząłem płakać, nie mogłem powstrzymać płaczu, zacząłem czuć, że coś się ze mną dzieje, czułem ogromną miłość Pana Jezusa i świadomość tego, że oddał za mnie życie, dokładnie za mnie, za takiego grzesznika, który przez całe swoje życie żył bez Boga. Nie mogłem ogarnąć tego rozumem, że Jezus umarł za mnie, za takiego złego człowieka, że mnie mimo wszystko kocha bezgranicznie i przebacza wszystko, że wyciąga do mnie rękę i mnie podnosi. Ogarnął mnie niesamowity pokój i miłość, wszystko zniknęło, cała rozpacz, lęk, strach, myśli destrukcyjne. Na początku myślałem, że zwariowałem, nie miałem z kim o ty porozmawiać. Stwierdziłem, że pójdę do księdza i opowiem całą historię. I tak zrobiłem. Ksiądz proboszcz parafii p.w. Miłosierdzia Bożego wytłumaczył mi co się ze mną dzieje, że właśnie spłynęła na mnie Łaska Boża, że Bóg mnie dotknął, że mnie nawraca i uzdrawia bywa tak, że ludzie bardzo dziwnie się czują w tym momencie i myślą, że zwariowali, taki stan może trwać około 6 miesięcy. Tak dokładnie było ze mną, żyłem w Niebie przez 6 miesięcy. Potem Bóg sprowadził mnie na ziemię i powiedział, że teraz On będzie mnie prowadził przez życie, jeśli tylko Mu pozwolę. Bóg wyrwał mnie z piekła alkoholu. Jestem trzeźwy już 6 lat. W dniu 10.08.2014r. moje serce z kamienia zostało wyrwane a Jezus wstawił w to miejsce serce z ciała, żywe i miłujące Go bezgranicznie. Działanie Boga w moim życiu nie zakończyło się na tym wszystkim co otrzymałem w 08.2014r. W 09.2014r. dowiedziałem się, że moja żona jest w ciąży, to był kolejny cud. Po jakimś czasie Jezus skierował mnie na kurs Nowe życie, na którym pokazał mój grzech i jak bardzo Go raniłem swoim życiem. Bardzo Bóg chciał żebym poznał także Maryję, bo przez Jej serce mogę być coraz bliżej Jezusa. Na mszy św. Ksiądz Daniel polecał codziennie odmawiać różaniec, a mianowicie Nowennę Pompejańską , wiedziałem wtedy, że konkretnie mówi do mnie. Tylko był problem, że ja nie wiedziałem nawet wtedy jak w ogóle odmawia się różaniec, a co dopiero Nowennę Pompejańską. Minął jakiś czas i stwierdziłem, że muszę się modlić tą Nowenną. Było to wyzwanie bo 3 różańce dziennie to było minimum prze 54 dni, a ja nigdy w życiu nawet dziesiątki nie odmówiłem, wiedziałem  tylko jak różaniec wygląda. Dałem radę, modliłem się w intencji mojej żony aby ciąża przebiegała bez problemów i żeby nasz synek urodził się zdrowy, (już wtedy wiedzieliśmy, że będziemy mieli synka). Podczas odmawiania Nowenny zły duch bardzo walczył o mnie, podsuwał różne myśli, abym tylko się nie modlił. Wiedziałem, że nie jestem sam, że trzymając różaniec w ręku trzymam moją Mamę Maryję za rękę i Ona mnie nie puści. Nie poddałem się złemu duchowi bo byłem pod cudowną opieką i skończyłem nowennę. Podczas Nowenny za każdym razem podczas odmawiania Tajemnicy Bolesnej bardzo przeżywałem ją duchowo, czułem ciepło i ciarki praktycznie na całym ciele, w ten sposób Maryja i Jezus po raz kolejny pokazywali mi co Chrystus zrobił dla mnie i jak bardzo mnie kocha. Kolejny cud wydarzył się w moim życiu. Pan Jezus uratował życie naszego nienarodzonego jeszcze wtedy synka. Synek miał się urodzić 20.06.2015r. urodził się 01.06.2015r. Mojej żonie wyszły troszeczkę złe wyniki badań, ale wyniki nie kwalifikowały się do tego, że trzeba się kłaść na oddział, mimo wszystko dzięki naszej znajomej, która pracowała w szpitalu w Lublinie stwierdziliśmy, że pojedziemy do szpitala, dostaliśmy się na oddział 31.05.2015r. była to niedziela. Stwierdziliśmy, że poleży żona około 3 dni i wróci do domu. Jednak tak się nie stało. 01.06.2015r. rano na obchodzie podczas badania mojej żony nie były wyczuwalne ruchy dziecka i nie było wyczuwalne tętno. Okazało się, że synek miał szyjkę owiniętą pępowiną i lekarz od razu zlecił jak najszybciej cesarskie cięcie. 01.06.2015r o godzinie 8.17 na świat przyszedł silny i zdrowy nasz synek. Chwała Panu!!!! Dziś ma już 5 lat. W moim życiu zły duch nie przestawał walczyć o mnie, wiedział, że już nie ma szans aby mnie zniewolić po raz kolejny alkoholem to złapał mnie w sidła myśli samobójczych. Wykorzystał moją ogromną tęsknotę za Bogiem, która w pewnym momencie wkradła się do mojej duszy. Była to tęsknota doświadczenia tego samego stanu co w momencie mojego nawrócenia. Bardzo pragnąłem wtulić się w ramiona Jezusa. Myśli samobójcze bardzo mnie często dopadały i nie mogłem sobie z nimi poradzić.W dniu 13.02.2016r. Pan dotknął mnie kolejny raz na spotkaniu modlitewnym w Częstochowie u o. Daniela. Podczas modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne otrzymałem Łaskę spoczynku w Duchu Świętym. Spojrzałem w stronę o. Daniela gdy robił w moim kierunku znak Krzyża i w tym momencie upadłem. Później się dowiedziałem od mojej mamy, która w tym czasie ze mną była, że po słowach o. Daniela, że w tym momencie zostaje uzdrowiona osoba od ducha samobójstwa, właśnie po tych słowach upadłem. Od tego dnia nie mam myśli samobójczych. Jestem szczęśliwy i wolny…. Chwała Panu za to wszystko co czyni w moim życiu!!!! Od momentu spotkania Boga na swojej drodze zostałem obdarzony wieloma łaskami, których nie sposób wymienić. Od 6 lat jestem wolnym i szczęśliwym człowiekiem. Oddałem całkowicie swoje życie Panu Jezusowi, nie potrafię i nie chcę już bez Niego żyć. Nie ma dnia w moim życiu abym nie wielbił Pana Jezusa, abym nie rozmawiał z Nim. Dziś wiem po co i dla kogo żyję. Mam wspaniałą rodzinę, cudowną żonę, wspaniałych synów, kochających rodziców i coraz więcej przyjaciół, którzy towarzyszą mi w drodze do zbawienia. Inaczej patrzę na życie i ludzi. O cokolwiek dziś proszę Pana Jezusa to otrzymuję jeśli jest to zgodne z Jego wolą. I zawsze jest tak, że dostaję więcej niż prosiłem. W moim życiu są dwa miejsca, w których czuję się kochany i bezpieczny, jest to Kościół oraz dom, moja rodzina. Jestem innym człowiekiem dziś, należę do parafialnej wspólnoty modlitewnej, jestem wolontariuszem w hospicjum i staram się żyć tak, abym nie bał się śmierci, bo dzisiaj jest moje a jutro może w ogóle nie nadejść… Wiele sfer w moim życiu Jezus uzdrowił, których nie opisałem i wciąż mnie dotyka i prowadzi, czuję Jego obecność w moim życiu. Moja nędza i małość jest niczym w porównaniu do miłości Boga, sam z siebie nic nie mogę, nie jestem w stanie nic uczynić bez Boga. Chwała Panu za wszystko co uczynił w moim życiu i nadal czyni. Dziś wiem, że gdybym nie doświadczył w swoim życiu takiego Krzyża możliwe, że bym nie poznał Jezusa i przeogromnej miłości Jego. Więc każdy Krzyż, każde cierpienie, które teraz w swoi życiu niosę, dźwigam na Chwałę Jezusa, który niósł ponad 2000 lat temu całe brzemię świata z wielką miłością i pokorą i umarł za mnie i za ciebie abyśmy mogli żyć. Pragnę naśladować Chrystusa i kroczyć do końca swoich dni jego śladami, a w szczególności Jego drogą Krzyżową. Chwała Panu za Krzyż bo w Nim jest miłość i życie… Chwała Maryi za opiekę, łaski i za Syna Którego nam dała… AMEN!!!

,,Panie niczym sobie nie zasłużyłem na dobra, które mam… Dziękuję Ci… Wskaż mi, jak dzielić się nimi… Swoje serce chcę rozdać wszystkim, ale niech to będzie serce pełne Twojej miłości… Panie pozwól mi być wolnym od pieniędzy, gdy będę je miał… Pomóż mi nie kalkulować, lecz ufać… Panie bez Twojej łaski moje serce nie ustrzeże się grzechu… Dziękuję za radość, którą mi dajesz, gdy dzielę się z innymi… To po ludzku jest dla mnie bardzo ważne… Spraw Panie, by moją motywacją do dawania była zawsze szczera miłość do Ciebie i ludzi… Panie oczyszczaj moje pragnienia, abym zawsze pragnął tylko Ciebie i tego, czego Ty chcesz… Pomóż mi, bym nie był ślepy na potrzeby innych… Dziękuję Ci za każdą łaskę przełamania i dania z siebie czegoś dla innych… Przepraszam za każdą zmarnowaną okazję do czynu miłosierdzia… Daj mi Panie odwagę do wykonywania takich czynów… Oddal ode mnie Panie wszystkie szufladkowania ludzi, którym mógłbym pomóc… Uwolnij mnie od pokus posiadania… Niech mnie pociąga to co małe i skromne, a wielkie w Twoich oczach… Kocham Cię Boże za to, że mogę zwracać się do Ciebie i mówić to wszystko… Dziękuję za tę łaskę… Pamiętasz Panie, że czułem kiedyś tyle łask i tyle radości… Było mi za lekko… Poczułem, że mnie wołasz… Teraz jest mi ciężej, ale cały czas czuję Twoje błogosławieństwo i niezgłębioną radość z tego, co robię… Dziękuję!… Cały czas czuję się szczęściarzem… Na ile dzielę się tym szczęściem?… Ile dzielę się sobą, a ile Tobą?… Chyba zbyt mało mówię o tym, że moje szczęście pochodzi od Ciebie… Życie to ciągłe przełamywanie siebie… Dziękuję, że tu jestem… Dziękuję za to, że: oczyszczasz moje serce…, umacniasz moją wiarę…, stawiasz przede mną tych ludzi, którzy dzielą się Tobą… Panie Ty najlepiej znasz moje serce… Panie bądź moją jedyną pociechą… Panie ukierunkuj moje kaprysy i zachcianki na Ciebie… Panie boję się tej prośby, ale pomóż mi być ubogim na sposób światowy, a bogatym na sposób duchowy… Wierzę, że Ty zatroszczysz się o mnie i poprowadzisz do prawdziwej wolności… Panie, wierzę, że moje serce jest Twoim domem… Niestety wiem, że czasami zostawiam Ci tam za mało miejsca… Wiem, że wchodzisz tam z odkurzaczem (czasami bez pytania). Dziękuję Ci za to Panie, drzwi mojego serca zawsze stoją przed Tobą otworem!”
NIECH SIĘ DZIEJE WOLA TWOJA A NIE MOJA PANIE… !!!
AMEN!!!

Krzysztof

Krzysztof

Nie pije alkoholu 17 LAT a 5 lat żyje w czystości byłem bezdomny spałem w różnych miejscach w tym na dworcu na klatkach karetki mnie zabieraly z ulicy lekarze mówili że tego nie przeżyje żebym przestał a ja wypisywalem się na własne żądanie i dalej piłem to tylko cud że żyje ale to był dopiero początek tego co Bóg zrobił w moim życiu później było dalsze nawrócenie powiem tak jak ktoś otworzy swoje serce dla Jezusa na Jego miłość prowadzenie działanie to On zaprowadzi go w miejsca o których nawet nie śnił 😇Największym cudem było uwolnienie od seksu byłem zniewolony 20 lat a Jezus w jednej sekundzie to zabrał. Życie w czystości daje mi szacunek do samego siebie i prawdziwą wolność 

Całość świadectwa w nagraniu poniżej:

 

W czasie kiedy byłem na samym dnie zbierałem pieniądze na alkohol. Ludzie zazwyczaj mi dawali, lecz jedna dziewczyna mi nie dała i powiedziała: nie dam ci bo wydasz to na alkohol. Było to ponad 17 lat temu i tej dziewczynie jestem wdzięczny, ponieważ ona mi pokazała prawdę, że źle żyję, że nie tędy droga. Inni dawali mi komfort takiego życia, utwierdzali mnie w błędnym przekonaniu, że takie życie się opłaca. Ona tak naprawdę pokazała mi drogę wyjścia z nałogu, dlatego tak ważna jest prawda żeby mówić innym nie to, co chcą usłyszeć,  ale to, co zmieni ich życie.  Jezus Droga Prawda Życie

Rok po nawróceniu pojechałem do Legnicy. Kościół św Jacka, podchodzi do mnie mały chłopiec i mówi: daj pieniądze, a miał w ręku 10 zł i nie wiem czemu, patrząc mu głęboko w oczy powiedziałem trzy razy: Jezus cię kocha. On odszedł a ja pojechałem do domu do Wrocławia, była to niedziela. Na drugi dzień przed pracą pojechałem coś załatwić, po drodze wchodzę do Kościoła i widzę w ławce tego samego chłopca co dzień wcześniej w innym mieście, zobaczył mnie, wybiegł z ławki przytulił się do mnie i nie chciał długo puścić. Ja mu nie dałem ani grosza tyko trzy razy powiedziałem: Jezus cię kocha. Byłem w szoku, to pokazało mi jak ważne jest mówienie innym o Jezusie, o Jego Miłości 😍 Jezus Chrystus działa cały czas cuda, proszę, mówcie innym swoje świadectwa, jesteśmy tylko narzędziami w rękach Boga, ale On potrzebuje naszych rąk. Cuda dzieją się codziennie, wystarczy je dostrzegać i mówić innym na Chwalę Jezusa 👑  Może jesteśmy jedyną Ewangelią, którą ktoś przeczyta… Pięknego dnia przepełnionego Miłością i radością 🙏

Hubert – świadectwa

Hubert – świadectwa

Mój Anioł Stróż i ja.

 

Mój Anioł Stróż – zdumiewający i cudowny towarzysz

Jeśli się dba o relacje ze swoim aniołem to jest to niesamowite nie tylko uczucie ale i pomoc.
Mój anioł stróż kiedyś uratował życie mojemu koledze, który chciał się powiesić. Innego dnia uratował mi życie przed śmiertelnym wypadkiem samochodowym. Zdradził mi też swoje imię. Nathaniel, czyli Dar Od Boga. To zdumiewający i cudowny towarzysz. Mimo, że często Go zaniedbuję .

1) Jak mój Anioł Stróż uratował życie kolegi.

Ten mój kolega chciał popełnić samobójstwo. Napisał mi pożegnalnego smsa. Dzieliło nas ok 200 km. Nie wiedziałem co konkretnie planuje. Pomodliłem się do Maryi jako Królowej Aniołów, aby rozkazała mojemu aniołowi aby udał się do kolegi i nie pozwolił mu na to. Potem tylko czekałem. Po jakimś czasie dostałem od kolegi MMS. A w nim zdjęcie rozszarpanej linki wspinaczkowej. Zadzwoniłem do niego, a ten w końcu odebrał telefon. Mówił, że zeskakując ze stołka, poczuł w jednej chwili wielki wiatr i ogromną siłę z zewnątrz, a także jakiś niewyraźny kształt, który pojawił się znikąd i jednym uderzeniem rozszarpał linkę która mała udźwig ponad 100 kg. Rozpruł linkę na strzępy. Powiedziałem mu, że widział mojego anioła stróża. Mój kolega był ateistą. Był. Bo teraz wierzy. To było kilka lat temu. 3 tyg temu urodził munsię syn. Mój anioł stróż uratował przed śmiercią 2 życia ratując jedno życie.

2) Jak mój Anioł Stróż uratował mi życie

Poprzedniej zimy 2018r jadąc zauważyłem na krawędzi rowu samochód osobowy, który tylne koła miał na krawędzi drogi, zaś przód prawie w rowie. Przerażonym kierowcą była kobieta. Zatrzymałem się i zaoferowałem pomoc w wyjechaniu z rowu. Było bardzo ślisko. Samochód był pochylony przodem w stronę przepaści, a przednie koła były w lekkim wgłębieniu w ziemi, które to wgłębienie jedynie trzymało samochód przed wjazdem w „przepaść”, czyli sporym rowem, z którego wyjazd bez specjalnego sprzętu byłby niemożliwy. Wsiadłem do samochodu, ale niestety koła się ślizgały. Włączyłem wsteczny i wciskając od czasu do czasu pedał gazu, próbowałem rozbujać pojazd by przednimi kołami wyskoczył z wgłębienia i wrócił na drogę. Niestety za każdą próbą ponosiłem fiasko. Poprosiłem kobietę, żeby próbowała kogoś jeszcze zatrzymać. Zatrzymany ochotnik rozbuja jeszcze autem od przodu to wtedy jest szansa, że się uda wyjechać. Ale wtedy pomyślałem o moim aniele stróżu. Zwróciłem się całym sercem do Niego na głos: „Pomóż mi, proszę. Popchnij ten samochód.” Powoli znowu wcisnąłem gaz, pilnując by samochód nie zsunął się do przodu. I wtedy poczułem, jakby ktoś mnie popchnął. Samochód wyjechał z łatwością i wrócił na drogę

3) Jak mój Anioł Stróż pomógł mi załatwić sprawę urzędową

Na początku tego roku 2019 miałem załatwić skomplikowaną sprawę w Urzędzie Skarbowym.
Wiedziałem, że tamtejsza obsługa petentów jest wrogo nastawiona. Poprosiłem swojego anioła stróża, żeby udał się tam przede mną i poprosił aniołów, którzy czuwają nad pracownikami US, aby pracownicy nastawili się do mnie z chęcią pomocy w rozwiązaniu sprawy. Na miejscu obsługa była przemiła, a zamiast przeganiać mnie z drzwi do drzwi z fochami, sama pani kierownik US z uśmiechem na twarzy oprowadzała mnie i pomagała jak najszybciej załatwić moją sprawę jakbym był jakimś VIPem. Jeśli boisz się rozmowy z kimś lub jesteś niepewny finału spotkania z trudną osobowością, poproś swojego anioła stróża, aby wcześniej porozmawiał z aniołem stróżem tej osoby i obaj nastawili Was pozytywnie do tej trudnej rozmowy.

4) Jak mój Anioł Stróż pomógł mi skontaktować się z żoną, pomimo braku łączności telefonicznej.

Trzecia historia miała miejsce kilka lat temu. Moja żona uwielbia robić zakupy w IKEA. Ja nie za bardzo, bo nie interesują mnie zbytnio takie sprawy. Ona też za bardzo nie lubi jak chodzę za nią po regałach jak skazany na śmierć ze spuszczoną głową. Mamy na to dobry plan. Zawożę żonę pod sklep i ona leci w wir zakupów. Ja natomiast parkuję i zostaję w samochodzie z książką i oddaję się lekturze. Kiedy żona jest gotowa, dzwoni do mnie, a ja pomagam jej zataszczyć zakupy. To był dzień w IKEA taki jak zawsze.
Różnił się tylko tym, że nie przemyślałem tego i zaparkowałem w podziemnym parkingu, a tam moja komórka nie ma sygnału . Minęła godzina, może dwie. Słyszę w sercu ciepły głos: „Wyjdź z
samochodu” Posłuchałem. Pomyślałem sobie, że rozprostuję nogi. Kolejna prośba: „Wejdź do środka”. W sumie racja. W środku jest cieplej i pamiętam, że były 3 miękkie fotele przy wejściu. Usiądę sobie tam i zaczytam się znowu. Podchodząc do wybranego fotela znowu słyszę: „Idź do żony. Potrzebuje cię. Jest przy kasach”. Pomyślałem, że to wszystko jest jakieś dziwne. Zarówno ten głos, na który dopiero wówczas zwróciłem uwagę, że to przecież jakieś nadnaturalne. No i to, że żona czeka na mnie przy kasach, a przecież miała zadzwonić. Udałem się na miejsce. Małżonka stała z dwoma wielkimi koszami przy kasach. Jak mnie zobaczyła zrobiła wielkie oczy. „Skąd wiedziałeś?” To pierwsze, co powiedziała.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć to opisałem, jak to się stało, że się tu znalazłem. Ona do mnie: „BoTwój telefon nie odpowiadał, wpadłam w panikę. Tak bardzo chciałam, żebyś tu był”. Wtedy pierwszy raz usłyszałem w sercu swojego Anioła Stróża.

5) Jak mój Anioł Stróż uratował mi życie.

Kolejna już historia to jak prowadziłem samochód. Zbliżałem się do wzniesienia, za którym nie było nic widać. Jechałem ok. 100km/h. Usłyszałem znajomy, ciepły głos w sercu: „Zwolnij”. Zwolniłem do ok. 70 km/h. „Zwolnij, proszę.” Dziwne mi się to wydawało , ale zaufałem i jeszcze bardziej zwolniłem, do 40km/h. I w czasie zwalniania usłyszałem kolejne ponaglenie. Tym razem gwałtowniejsze. Prawie się zatrzymałem. I w tym momencie zobaczyłem w pewnej odległości jak z naprzeciwka na wzniesieniu pojawia się prawidłowo jadący samochód, który jest wyprzedzany na szczycie wzniesienia przez jakiegoś wariata z bardzo duża prędkością. Gdybym nie posłuchał, bym znalazł się na drodze wyprzedzającego pojazdu. Mój anioł uratował mi życie. Nie pozwolono mi wtedy zginąć. „Jeszcze po coś jestem Bogu tu potrzebny” – pomyślałem. Po 1,5 roku od tego wydarzenia począł nam się syn. Nasze pierwsze dziecko oczekiwane od 11 lat małżeństwa .

6) Spotkanie mojego Anioła Stróża, a może Jezusa, po uczynku miłosierdzia względem bezdomnego

Piąte wydarzenie wyglądało następująco. Jechałem po moją żonę. Odebrać ją z dworca. Miałem wtedyapetyt na hamburgera. I z takimi planami wyruszyłem samochodem. Jednakże całą trasę słyszałem w sercu: „Kup 6 hamburgerów. Weź sześć.” Moja żona nie lubi jak się niezdrowo odżywiam i przy jednym moim hamburgerze by kręciła nosem, a co dopiero SZEŚĆ!!! Do samego końca walczyłem z tym, ale poddałem się w ostatniej sekundzie i w okienku MCdrive zamówiłem 6 hamburgerów z lękiem w sercu.
Pani w okienku poprosiła, żebym poczekał na miejscu dla oczekujących na specjalne zamówienia. Tak też uczyniłem. Podjechałem samochodem na to miejsce. Zwróciłem uwagę na żebraka, który mnie również zauważył. Uśmiechnąłem się w duchu i zwróciłem oczy ku Niebu i w sercu powiedziałem do swojego anioła: TY SPRYCIARZU! Podszedł do mnie owy bezdomny i powiedział, że jest głodny, od jakiegoś czasu nie jadł nic. Odpowiedziałem mu: „Może Pan mi nie wierzyć, ale ja już Panu zamówiłem jedzenie. Proszę chwilkę poczekać, zaraz przyniosą.” Mężczyzna odszedł i usiadł niedaleko. W międzyczasie przyszła moja żona z pytaniem co chciał ten człowiek. Powiedziałem, że był głodny. Żona na to, że ona odstąpi swojego hamburgera. Ja jej opowiedziałem całą historię w oczekiwaniu na hamburgery.
Miała wielkie oczy. Po jakimś czasie przyniosła nam pani hamburgery. Wyszedłem z auta i zaniosłem je bezdomnemu. Był przeszczęśliwy, od razu zaczął jeść. Wróciłem do samochodu.
Kiedy miałem otworzyć drzwi, w mgnieniu oka, jakby przyszedł zza mnie, pojawił się kolejny bezdomny.
Ale ten był dziwny. Przede wszystkim nie śmierdział. Patrzył na mnie z radością i się uśmiechał tak, jak wita się uśmiechem kogoś, kogo daaaawno się nie widziało. Nie bałem się go. Był bardzo intrygujący.
Miał brodę, około 180cm wzrostu, ubrany w łachmany. I te jego oczy… Nie mogłem oderwać od nich swojego wzroku. Nie tylko się śmiały, ale były niesamowicie niebieskie. Nigdy nie zwracam uwagi na oczy ludzi, ale od tych nie mogłem oderwać spojrzenia. Były niesamowicie błękitne. Jak pomalowane. Nie wiedziałem co powiedzieć. Pierwsze co m przyszło na myśl to: „Jeśli jest Pan głodny to tu (wskazałem palcem na obdarowanego przez nas włóczęgę) jest kolega, który ma mnóstwo hamburgerów i na pewno podzieli się z Panem”. Uśmiechnięty facet z oczami w kolorze nieba odrzekł z wyrozumiałością: „Ja nie muszę jeść” i znowu się uśmiechał patrząc mi prosto w oczy swoim hipnotyzującym spojrzeniem pełnym radości i miłości oraz wewnętrznego spokoju. Zrozumiałem, że jego osoba do życia nie potrzebuje pokarmu i spojrzałem z pytającym wzrokiem na żonę, która siedziała w samochodzie. Ona również była zdziwiona tym, co usłyszała. Wróciłem wzrokiem w miejsce gdzie stał ten intrygujący ktoś… Ale jego już nie było. Zniknął. Teren wokół był otwarty i nie sposób by ktoś stąd odszedł nie będąc zauważonym w oddali. Wracaliśmy do domu w milczeniu i szoku, patrzyliśmy przed siebie mając wciąż w głowie to, co zaszło przed chwilą. Do tej pory nie wiem  z kim rozmawiałem.
Najbardziej zapamiętałem jego niebieskie oczy. Potem zauważyłem na obrazach, że Jezus ma niebieskie oczy. Ale nie sądzę, żeby to był Jezus. Być może to był mój anioł stróż. Jego wcielenie. Takie sobie wybrał. A niebieskie oczy? Bo jest odzwierciedleniem Boga, który go posłał? Zapytam o to kiedyś jak stanę przed Bogiem.

Hubert

……………………………………………………………………………………

Paulina i Hubert

Jesteśmy małżeństwem od 12 lat. Od 8 lat staraliśmy się o potomstwo. Niestety bezowocnie. Próbowaliśmy pomocy prywatnej kliniki, jednak tam nie zdołano nam pomóc. Każda kolejna wiadomość o pojawieniu się menstruacji wbijała nam igły w serce. Kolejny miesiąc prób na nic. Nie chcieliśmy korzystać z metody in vitro. Nawet, jeśli to miała być ostateczność. Żyliśmy w przekonaniu, że będziemy próbować, a jak Bóg zechce to nas obdarzy potomstwem. Ślepi i głusi na Boga, żyliśmy w swoim własnym takim utwierdzonym przekonaniu. Bóg mówił. Tylko my nie byliśmy tego świadomi, że to do nas. Coraz więcej informacji o naprotechnolgii do nas docierało. Mimo to wciąż żyliśmy w przekonaniu, że będzie dzieciątko, jeśli będzie. Widać, Bóg „stracił” cierpliwość i przekazał nam wiadomość dosadniej. Podczas spowiedzi (Hubert) wyznałem, że czuję zazdrość, kiedy widzę pary z dziećmi, że przepełnia mnie wtedy smutek i żal do Boga, że my pewnie nie zasługujemy na potomstwo. Ksiądz poprosił o nr telefonu komórkowego, po czym wysłał sms wiadomość i skasował mój numer.
Wiadomość brzmiała:

Teraz nasz ruch – pomyśleliśmy. Trzeba na to jakoś odpowiedzieć. Zaczęliśmy sporo o tym czytać. W naszym województwie była tylko jedna trenerka modelu Creightona (który to model jest nieodzownym elementem w naprotechnologii). Czekaliśmy na nią miesiąc, po czym okazało się, że nie może nas niestety szkolić, gdyż ona sama zaszła w ciążę, a nie mogła mieć dzieci i nie chce teraz ryzykować utraty potomstwa. Zabrzmiało to jak niezła reklama. Zaczęliśmy więc szukać w sąsiednich województwach i tak zgłosiliśmy się do bardzo sympatycznej Agnieszki Remus z Centrum Nowe Życie w Bydgoszczy. Zostaliśmy potraktowani bardzo serio i z olbrzymią uwagą. Wytłumaczono nam wszystko podczas prezentacji i tak się zaczęła nasza walka o dzieciątko. Wiedzieliśmy, że TERAZ już MUSI się udać. Jako, że byliśmy z innego województwa, w większości nasze spotkania z Agnieszką odbywały się przez Skype’a. Zostaliśmy przeszkoleni z modelu Creightona. Agnieszka Remus, cierpliwie nam wszystko tłumaczyła i pomagała we wszystkim. Po około 3 miesiącach, mogąc już przedstawić doktorowi historię trzech cyklów miesiączkowych, udaliśmy się do dr Tadeusza Wasilewskiego do Białegostoku. Byliśmy oboje przebadani od stóp do głów. Pan dr zachowywał się profesjonalnie, a co najważniejsze był dla nas przemiły i można było poczuć, że nie tylko jesteśmy dla niego pacjentem, ale przede wszystkim człowiekiem. Okazuje się, że wszystko ma wpływ na problemy z poczęciem dziecka. Problemem była u Pauliny nadczynność tarczycy oraz nietolerancja mleka krowiego.

Nasza przygoda z naprotechnologią zaczęła się w lipcu 2018 roku. W niedzielę 28 kwietnia 2019 roku, w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, począł się Piotr, nasze wytęsknione dzieciątko. Już za chwilę (jak piszemy ten tekst) 22 stycznia 2020 roku będziemy mogli go zobaczyć na własne zapłakane ze wzruszenia oczy. Póki co wlepiamy wzrok w zdjęcia USG.

I tak Bóg uczynił cud w naszym życiu. Osiem lat naszych starań…, a wystarczyło tylko przyznać przed Bogiem, że my sami nic nie potrafimy bez Niego. Wystarczyło powiedzieć: „Jezu Ty się tym zajmij”. Jeśli wydaje się Wam, że świat się zawalił… Jeśli łakniecie głosiku kwilącego dzieciątka w Waszym domu… Jeśli rozum Wam mówi, że już wszystko stracone i nie ma już szans… Jeśli nawet in vitro nie pomaga… Dajcie szansę NAPROTECHNOLOGII. Czego żałujemy? Że nie zgłosiliśmy się wcześniej. …lata wcześniej.

Paulina i Hubert

 

Jerzy Chmielewski

Jerzy Chmielewski

Szczęść Boże.
Jestem Jerzy z Gdańska. Otrzymałem od Pana Boga drugą szansę na dalsze życie.  Diagnoza była nieprzyjemna:  rak złośliwy. W sanktuarium Bożego Miłosierdzie w Gdańsku bardzo się modlilem i wszystko zawierzylem Jezusowi prosząc o Boże Miłosierdzie dla mnie w chorobie. Przyjąłem chorobę ze spokojem. Jestem bardzo wierzący i praktykujący katolik. Wiedziałem,  że wszystko jest w Jego rękach,  Boga Wszechmogącego Jezusa Chrystusa. Myśli skierowane były z ufnością. Nauczyłem się z tym żyć. Po operacji i wycięciu fragmentu nowotworowej tkanki straciłem kawałek ucha. Czekałem na kolejną biopsję. Wynik jest dobry dla mnie. Nie ma przerzutów i bardzo się z tego powodu cieszę. Wiem, że nie wszyscy ludzie chorzy na choroby nowotworowe mają takie samo szczęście. Bardzo mi przykro z tego powodu, ale pisząc to wzystko chciałbym dać świadectwo,  ze Wiara czyni cuda. Nie wiem dlaczego jedni mają to szczęście a inni nie. Nauczyłem się pokory i cierpliwości,  miłości do drugiego człowieka. Zawsze tak czynilem przed chorobą też, ale widząc i czując tą chorobę na własnej skórze nauczyłem się mieć nadzieję i zawierzenie całkowite Bogu. Po spowiedzi i rachunku sumienia poczułem taką ulgę, byłem taki lekki jak piórko. Szczęśliwy, że jestem przygotowany na kaźdy wyrok. Prosiłem Boga o życie, ale tak samo jak jest w modlitwie naszej wiary: Ojcze Nasz; Bądź wola Twoja tutaj na ziemi  jak i w niebie. Przyjmę wyrok Panie twój .Tymi moimi przemyśleniami w chorobie chciałem się z Wami podzielić moi przyjaciele,  którzy jesteście może w chorobie, ale również i ze zdrowymi. Nigdy nie wiadomo co przyniesie nowy dzień i czym nas zaskoczy. Dlatego zawsze,  naprawdę zawsze trzeba żyć dla.Boga, czynić dobro i być przygotowanym na wszystko  Z Panem Bogiem.

Jerzy Chmielewski