DROGOCENNA – powieść (Maria Polaczek)

DROGOCENNA – powieść (Maria Polaczek)

Rozdział 1.

Złamany obcas nie poprawił Kornelii humoru. Cały ten dzień zaczął się kiepsko i niemiła przygoda z butem stanowiła jego pasujące zakończenie.
– Z samego rana telefon od matki, teraz ten list i jeszcze na dokładkę obcas! – warknęła cicho pod nosem, kuśtykając do samochodu. – Czarna środa, czy ki czort?
Z trudem kuśtykała w ulewie na parking, osłaniając się parasolką od miecionego wiatrem deszczu. To przez tę fatalną pogodę nie zauważyła, że jedna z kostek w chodniku jest obluzowana i złamała obcas w nowiutkim botku. Zresztą, nie zauważyłaby pewnie tej felernej kostki nawet przy dobrej pogodzie, tak pochłonęła ją myśl o grubej kopercie spoczywającej od kilku minut w jej torebce. Całą drogę do budynku, który właśnie opuściła, głowiła się, kto mógł przysłać jej prywatny list na adres firmy, z którą współpracowała dobre pół roku temu przy kampanii. Kiedy wreszcie dostała do ręki przesyłkę, na widok nazwiska nadawcy poczuła nagły zawrót głowy i gwałtowne bicie serca. Podziękowała grzecznie sekretarce, która przekazała jej list i czym prędzej wyszła. „Dlaczego napisał do mnie? Dlaczego właśnie teraz? Tyle czasu minęło, nie odzywał się, myślałam, że zapomniał. Czego chce?” – myślała gorączkowo, idąc do samochodu. – „Tak go kochałam, więcej, był moim najlepszym przyjacielem! Myślałam, że jestem dla niego wszystkim! I tak mnie zawiódł! A teraz przysłał ten list! Tyle czasu czekałam, aż się odezwie, nadaremnie! Myślałam, że mi serce pęknie!”. Kornelia czuła, że koperta pali ją przez torebkę. Była ciekawa, co jest w liście, a jednocześnie bała się go otworzyć. Wahała się, przeżywała bunt, rozgoryczenie, już sama nawet nie potrafiła nazwać swoich emocji.
– O, żesz jasny gwint!
Jakiś bezmyślny kierowca zaparkował ukosem tak, że teraz musiała się dobrze nagłowić, jak wyjechać swoim autem z parkingu. Nie chciało się jej dreptać w bucie bez obcasa z powrotem, żeby poszukać właściciela auta. Wsiadła więc do swojego wozu i z trudem, mrucząc pod nosem, wymanewrowała tak, że udało jej się opuścić parking nie niszcząc przy tym swojego ani cudzego pojazdu. Jechała w ponurym nastroju przez zatłoczone ulice stolicy na peryferie, gdzie już od paru lat wynajmowała pokój z łazienką w domu przemiłej pani Władzi. Teraz, idąc na górę, zajrzała do kuchni, gdzie znalazła właścicielkę domu krzątającą się przy kuchence. Dzieci pani Władzi porozjeżdżały się po Polsce i świecie, teraz mieszkała z nią średnia córka, bezdzietna wdowa i dwie wnuczki studentki. Właściwie starsza pani nie potrzebowała nikomu wynajmować pokoju, ale pamiętała, gdy duży dom był pełen ludzi i lubiła, jak powiadała „mieć dużo młodzieży w pobliżu”. Wprawdzie jej lokatorka, pannica trzydziestoletnia, nie uważała się za młodzież, ale pani Władzia mawiała z właściwym sobie poczuciem humoru, że w porównaniu z nią, niemal dziewięćdziesięciolatką, nawet pięćdziesięciolatek to młodzian.
– Kornelka!  Jak minął dzień?! – kobieta podeszła do swojej lokatorki.
– A! Tak sobie… – mruknęła niechętnie Kornelia. – Mam strasznie dużo roboty… Zaraz idę do siebie.
– Ale najpierw coś zjedz! Właśnie grzeję gulasz!
Kornelia uśmiechnęła się do swojej gospodyni. Przy pani Władzi szybko odzyskiwała dobry humor. A gulasz pachniał bardzo smakowicie… Ani się obejrzała, kiedy siedziała przy stole, pałaszując ciepły obiad i śmiejąc się z żarcików starszej pani. Śmiech przywołał córkę gospodyni, Irenę i teraz trzy kobiety siedziały zgodnie w przytulnej, jasnej kuchni i gawędziły wesoło. Nagle Kornelia zerknęła na zegar.
– O, rany! My tu gadu-gadu, a mnie robota czeka! Muszę podzwonić do paru osób!
Złapała torebkę, buty wrzuciła do wygrzebanej prze Irkę z szuflady reklamówki i pognała po schodach na górę. Włączyła komputer i sprawdziła pocztę. Potem zaparzyła sobie kawę i zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu komórki. Natrafiła przy tym na list. Wyjęła go i spoglądając nań z niechęcią, cisnęła na komodę. Już nie miała ochoty go przeczytać…
– Niech sobie poczeka! Ja też czekałam i to jak długo…- mruknęła i podeszła do okna.
Dobry nastrój gdzieś uciekł. Ponuro zapatrzyła się w przestrzeń. Zmierzchało. W okolicznych domach rozjaśniały się kolejne okna. Zapłonęły już uliczne latarnie, w których świetle widać było strugi deszczu, które gęstniejąca zasłoną wypełniały powietrze, sprawiając, że zarysy przedmiotów i budynków stawały się niewyraźne i zamazane, niemal nierealne. Gałęzie drzew lśniły wilgocią w świetle ulicznych latarni, jakby delikatna koronka, rysująca się subtelnie na tle szarego, ciemniejącego nieba. Kornelia stała w zamyśleniu tak długo, aż zrobiło się zupełnie ciemno. Wtedy gwałtownie zaciągnęła zasłony i odwróciła się od okna, żeby zapalić światło. Lubiła patrzeć na stare ogrody za oknem. Dlatego wybrała to mieszkanie, choć daleko od centrum, bo na nowych osiedlach  było tak mało zieleni, a Kornelia ponad wszystko kochała drzewa. Dzisiaj jednak nawet znajome sylwetki starych lip, klonów i kasztanowców nie zdołały pochłonąć jej uwagi. Czuła się tak straszliwie samotna, opuszczona i nikomu niepotrzebna… Po prostu nieszczęśliwa…
– Nie mam czasu na takie sentymenty! Robota czeka! – powiedziała głośno,jakby chciała samą siebie zmobilizować do działania.
Chwilę później z telefonem przy uchu i terminarzem w ręku rozmawiała już o kolejnym zawodowym przedsięwzięciu. Zapomniany list leżał nadal na komodzie nieotwarty…Kornelię pochłonęło kolejne zlecenie .Przypomniała sobie o kopercie ponad tydzień później, kiedy zmęczona wróciła z agencji reklamowej, dla której właśnie pracowała. Często pracowała jako copywriterka, specjalistka od kampanii w social mediach, była znana i ceniona, więc w tej branży nie brakowało jej propozycji zawodowych. Oprócz tego pisywała teksty dla różnych portali internetowych, a nawet, od czasu do czasu, opowiadania do czasopism kobiecych. Lubiła to, co robiła i czuła się spełniona. Jednakże ostatni kwartał okazał się w tym roku wyjątkowo męczący i Kora marzyła tylko o tym, żeby odpocząć. Miała jednak jeszcze sporo roboty zanim będzie mogła pomyśleć o świątecznym wypoczynku. Kiedy weszła do pokoju, jej wzrok padł na komodę, na której na samym środku serwety leżał gruby list. Zdumiona dziewczyna przyjrzała się uważnie kopercie. Tak!To był ten sam list, który dostała kilka tygodni temu. Ale przecież pamiętała dobrze, że po kilku dniach dziwnego uczucia ,że list parzy jej palce, choć nawet go nie dotykała, wcisnęła go na dno szuflady. Skąd się wziął na komodzie?! Przecież go nie wyjmowała. Wzruszyła ramionami i czubkami dwóch palców ujęła list. Zastanawiała się właśnie, czy go w końcu przeczytać, kiedy zadzwonił telefon. Skrzywiła się. Przez moment zamierzała wrzucić list do śmieci, ale coś ją powstrzymało. To było naprawdę zagadkowe. Już kilka razy chowała kopertę głęboko i za każdym razem po paru dniach znajdowała ją w jakimś widocznym miejscu. „Czyżbym lunatykowała i nieświadomie wyjmowała ten list?”. – zastanawiała się. Postanowiła to sprawdzić i tym razem wcisnęła list pod fotel stojący pod oknem. Dopiero teraz zerknęła na wyświetlacz komórki, która dzwoniła natarczywie.
– To znowu matka… – westchnęła bez entuzjazmu, ale odebrała.
Przez następne kilka minut wysłuchiwała peanów na cześć nowego „przyjaciela” matki, który, jak zwykle, był zamożny. Inni Stefanii nie interesowali… Wreszcie udało jej się wtrącić słówko i zapytała, niespodziewanie dla samej siebie:
– Przyjedziesz na Święta, mamo?!
– Ale po co, kochana, po co? – Stefania nie pozostawiła jej żadnych złudzeń. – Tutaj jest tak stylowo i światowo! Co ja bym z tobą robiła w tej Warszawce?! Nawet sobie nie wyobrażasz, jaką przyjemnością są przedświąteczne zakupy w Wiedniu. A na Święta Miko zabiera mnie na Karaiby! Spędzimy tam też Sylwestra.
– Myślałam, że przyjedziesz w tym roku… – weszła jej w słowo córka. – Ostatni raz byłyśmy razem na Święta…
– Nie bądź sentymentalnym głuptaskiem! – przerwała jej matka.– Mogłybyśmy spędzać razem więcej czasu, gdybyś nie była tak głupio uparta! Zresztą masz tę swoją panią Władzię… A swoją drogą zupełnie nie rozumiem, jak młoda dziewczyna może spędzać tyle czasu ze staruszkami… Wybacz, ale to jakieś niezupełnie normalne…
„Bo dostaję od niej to, czego nigdy od ciebie nie dostałam… Ale ty niczego nie rozumiesz i to już jest zupełnie nienormalne…” – pomyślała Kornelia, ale nie powiedziała tego głośno. Przecież nie miałoby to i tak żadnego sensu, zresztą nie musiała nic mówić. Poza tym, wiedząc z góry, jaki będzie dalszy ciąg rozmowy, mogła się spokojnie wyłączyć i poczekać, aż ustanie słowotok Stefanii. Zawsze wyglądało tak samo. Prędzej czy później Stefania zaczynała narzekać, że córce brak ambicji, że siedzi w Polsce, zamiast robić karierę za granicą, że się marnuje,że tego się po niej nie spodziewała. A poza tym zawiodła się na niej, bo nie takie miała nadzieje na jej przyszłość…Och! Jej córka znała to na pamięć. Zupełnie nie rozumiała jej ta matka kosmopolitka, zmieniająca „przyjaciół” wedle widzimisię, ta matka, która właściwie nigdy nie była matką…
– Więc jak? Miko ma szerokie kontakty i ułatwiłby ci start zawodowy za granicą! – zawibrował w telefonie ostry głos Stefanii.
– Nie, mamo! Dzięki, ale nie! – odpowiedziała stanowczo, wywołując tym kolejną lawinę utyskiwań.
Wreszcie udało jej się zakończyć nieprzyjemną rozmowę. Właściwie nie miała pojęcia, po co matka do niej wydzwania regularnie co kilka tygodni, skoro zawsze wymawiała córce jej głupotę, upór, brak ambicji, sentymentalizm i szereg innych wad. Przecież właściwie nigdy nie łączyły ich prawdziwie bliskie relacje, jakie powinny łączyć matkę i córkę. Kornelię wychowywały opiekunki. Matkę widywała rzadko i zawsze szykującą się do wyjścia. Fakt, Stefania zadbała o edukację córki. Najlepsze prywatne szkoły, dodatkowe lekcje języków i inne zajęcia. Ale Kornelia nigdy nie miała domu…
I tak naprawdę nigdy nie miała matki…Chyba ten brak więzi z najbliższą osobą sprawiał, że Kora nie potrafiła z nikim związać się na dłużej. Mimo, że już skończyła trzydzieści lat, nie miała męża, rodziny, nawet chłopaka. Ze znajomymi z branży łączyły ją przeważnie kontakty zawodowe. Tylko z kilkoma dziewczynami, z którymi najwięcej i najczęściej współpracowała była w większej zażyłości, ale sama nie nazwałaby tych relacji przyjaźnią. To były kumpelki. Dobre, serdeczne, ale tylko kumpelki… Przyjemnie było wybrać się z nimi na zakupy, zorganizować wypad na łono natury, posiedzieć w kawiarni, upichcić coś wspólnie, ale żadnej z nich nie zwierzyłaby się ze swoich najgłębiej skrywanych przeżyć i uczuć. Pewnie dlatego tak przylgnęła do pani Władzi, znajdując w jej domu ciepło, serdeczność i domową przytulność, których nie zaznała od lat…
Kornelia spojrzała w stronę fotela. O, żesz! Znowu?! Spod mebla wystawał rożek koperty! A przecież wepchnęła ją głęboko! Zirytowana przyniosła z biurka linijkę i wcisnęła list jeszcze głębiej. Po chwili zastanowienia jednak wygrzebała kopertę spod mebla i rozejrzała się po pokoju. Chwilę się zastanawiała, wreszcie wspięła się na krzesło i z premedytacją wsunęła list za starą ciężką szafę. Usłyszała, jak z cichym szelestem ześlizguje się na dół.
– Stąd już się nie wydostaniesz! – sapnęła z satysfakcją. – Ja cię też nie wyciągnę, choćbym lunatykowała, bo nie będę w stanie odsunąć tej landary!
Zaraz jednak ugryzła się w język. Jeszcze trochę, a zwariuje! Kto to widział, żeby gadać do listu?! Podświadomie jednak czuła ciekawość, czy tym razem koperta znów pojawi się gdzieś na widoku… Teraz jednak była ukryta, a Kora miała chwilę spokoju.
Po nieprzyjemnej rozmowie z matką nie miała nastroju na czytanie niespodziewanych listów od dawno niewidzianych ludzi. Wolała zająć się swoim ostatnim projektem, kampanią reklamową nowej marki samochodu. Zastanawiała się, jak w reklamowy filmik wpleść zręcznie jakieś elementy natury. Kora uwielbiała przyrodę. Każdą wolną chwilę starała się spędzać w terenie. Fascynowały ją drzewa i ptaki, owady, małe roślinki. Cały ten niezwykły mikrokosmos w kropli wody i wielkie przestrzenie oceanu. Czytała zachłannie każdą lekturę na ten temat, czasopisma, artykuły w sieci. Oglądała wszelkie możliwe programy i filmy, jeśli tylko miała czas. To jej pozwalało wytchnąć po ciężkiej pracy, nabrać zdrowego dystansu i zregenerować siły. Teraz także, zanim usiadła przed komputerem, pomyślała o najbliższym weekendzie. „Jeśli pogoda pozwoli, to może wyciągnę Izę i Aurelię do jakiegoś parku krajobrazowego, albo chociaż do zoo… A może dadzą się namówić na rowery…”pomyślała. Po czym zagłębiła się w pracy i znów zapomniała o liście, który leżał za szafą…Leżał przez następne dni, a Kornelia sama przed sobą nie przyznawała się do tego, że czuje się jakby nieco zawiedziona tym, że list nie wydostał się na światło dzienne, jak czynił to już kilkakrotnie. Kiedy jednak pewnego popołudnia wróciła do domu, znalazła znajomą kopertę na biurku, leżącą, jakby nigdy nic, na zamkniętym laptopie. Zrezygnowana wzruszyła ramionami. Ten list najwyraźniej uparł się, żeby go przeczytała! Chyba jednak w końcu musi to zrobić. Otworzyła go niechętnie.
– Czekałam tyle czasu, to i ty możesz teraz poczekać, zanim przeczytam twój list! – powiedziała głośno, jakby adresat mógł ją słyszeć.
Pomyślała jednak zaraz, że chyba już wcześniej powinna była to zrobić. W końcu ten człowiek zadał sobie niemało trudu, żeby jego list do niej dotarł. Przesłał go na adres jednej z agencji reklamowych, z którą Kornelia najczęściej współpracowała. Przedtem musiał dowiadywać się o nią, dzwonić, pytać, szukać jej po całej stolicy nie mając właściwie żadnej gwarancji, że ją odnajdzie. Mogła być przecież za granicą albo w innym mieście. No i sam list natrudził się niemało, żeby leźć jej w oczy… Ale udało mu się, udało się im obu i teraz Kornelia ważyła w dłoni dość grubą kopertę. Chwilę się jeszcze wahała, ale w końcu zdecydowanym ruchem rozerwała ją i rozłożyła kilka arkusików zapisanych mocnym, najwyraźniej męskim charakterem. Już po przeczytaniu pierwszych linijek jęknęła głośno:
– Nie! Nie! To niemożliwe! Ja o tym nic nie wiedziałam! Nie wiedziałam! Jak to się mogło stać?! To nie mogło się wydarzyć!,
Z wypiekami na twarzy przeczytała list, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Zacisnęła na nim palce i zapatrzyła się w okno. Przed oczami miała dopiero co przeczytane fragmenty.
„Pisałem do Ciebie tyle razy, ale nie odpisywałaś, więc w końcu przestałem. Pomyślałem, że nie chcesz mieć ze mną nic do czynienia i postanowiłem nie narzucać ci się dłużej.”.
„Pewnie myślisz, że Cię nie kocham, że nigdy nie kochałem, ale ja przez cały ten straszny czas naszej rozłąki kochałem Cię jak nikogo na świecie.”.
„Tak bardzo za Tobą tęsknię. Nie ma dnia, żebym nie myślał, co robisz, jak się czujesz, jak Ci się wiedzie. Moja tęsknota wcale nie zmalała, nie zmniejszyły jej lata, ani odległość.”
„Pomyślałem, że spróbuję napisać do Ciebie raz jeszcze, ostatni raz. Jeszcze raz opowiedzieć o mojej miłości i tęsknocie i o tym, że jesteś moim skarbem. Że nadal jesteś moją Gwiazdeczką, moim Słoneczkiem, moją ukochaną Królewną i nic tego nie zmieni. Nawet jeśli i tym razem nie odpowiesz, nawet jeśli mnie nienawidzisz, ja i tak zawsze będę Cię kochał.”.
Kornelia złapała się za głowę w geście rozpaczy i niedowierzania.
– Nie dostałam przecież żadnego listu! Przez te wszystkie lata nie dostałam żadnego listu! To niemożliwe! To po prostu nie może być prawda! Gdyby to była prawda, to by oznaczało…
Zerwała się z kanapy. Dłonie jej drżały, kiedy zbierała z podłogi rozrzucone przy gwałtownym ruchu kartki. Wyprostowała się i zacisnęła wargi. W oczach miała jakiś stanowczy, zimny błysk.
– Muszę znać prawdę! Muszę! Muszę porozmawiać z matką!
Starannie złożyła list i schowała go do koperty, a potem usiadła przy komputerze, gorączkowo przeszukując strony internetowe. W nocy spała niespokojnie. Śniła jej się słodka, kobieca twarz. Usta kobiety poruszały się, mówiąc coś do niej, ale ona zupełnie niż nie słyszała, nawet jednego słowa… Choć usilnie próbowała cos zrozumieć… Miała przeczucie, że od tej wiedzy zależy jej szczęście i przyszłość… Obudziła się nad ranem zlana potem.

***

Kiedy samolot wylądował w Wiedniu, była już noc. Za późno, żeby cokolwiek załatwić, więc Kornelia pojechała od razu do wyszukanego przez Internet w miarę niedrogiego i przyzwoitego hostelu, w którym zarezerwowała sobie pokój. Tam umyła się i położyła, ale o śnie nie było mowy. Dokuczało jej zmęczenie, ale przede wszystkim była zbyt zdenerwowana przed decydująca rozmową ze Stefanią, żeby choć na chwilę zmrużyć oko.
Gapiła się w sufit i układała sobie w głowie jutrzejszą rozmowę z matką. Czuła, że musi działać przez zaskoczenie, bo gdyby uprzedziła Stefanię o swojej wizycie i temacie rozmowy, ta na pewno przygotowałaby się. A Kornelia chciała znać prawdę. I wiedziała, że musi matkę przycisnąć do muru, żeby z niej tę prawdę wydobyć… Kiedy wreszcie udało jej się zasnąć, znów śniła się jej tajemnicza, piękna kobieta i znów wiedziała, że jej chce coś powiedzieć, ale nie mogła zrozumieć, co takiego. Wiedziała tylko, że to bardzo, bardzo ważne i że jeśli nie zrozumie, będzie bardzo, rozpaczliwie wręcz, nieszczęśliwa… Kiedy się obudziła, serce biło jej niespokojnie, ale położyła to na karb czekającej ją rozmowy z matką.
Apartament, w którym mieszkała Stefania ze swoim aktualnym „przyjacielem”, był niezwykle elegancki i wyrafinowany. Kornelii ledwie udało się do niego dostać. Ponieważ przyjechała bez zapowiedzi, portier nie chciał jej wpuścić. Dopiero na jej usilne nalegania, skontaktował się z jej matką i Kora wreszcie mogła wsiąść do lśniącej windy, która zawiozła ją na dwunaste piętro z widokiem na park. Teraz stała w modnie umeblowanym salonie naprzeciwko matki odzianej w jedwabny szlafroczek.
– Nareszcie poszłaś po rozum do głowy! – zawołała Stefania i uścisnęła córkę.
Nie zauważyła przy tym, że młoda kobieta nie oddała jej uścisku, a jej szczęki są mocno zaciśnięte.
– Zaraz porozmawiamy z Miko!  Nie przyjechałam tu, żeby rozmawiać z twoim kochankiem, ale z tobą! – oznajmiła chłodno
Kornelia, nawet nie spoglądając w stronę fotela, który wskazała jej matka. Nadal stojąc, wyjęła z torebki list i podała go Stefanii ze słowami:
– Może mi wytłumaczysz, o co chodzi!
Matka, zdumiona, wyjęła z koperty kartki i pobieżnie zaczęła je przeglądać. W miarę jednak, jak czytała, wyraz jej twarzy się zmienił. Pobladła, poczerwieniała. Jej dłonie zaczęły leciutko, ledwie dostrzegalnie drżeć. Córka jednak zauważyła to drżenie i zmarszczyła brwi, uważnie przyglądając się matce. Ta złożyła wreszcie kartki i ze sztucznie niefrasobliwym śmiechem odłożyła je na stolik.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi, moje dziecko! – wzruszyła ramiona, unikając przy tym wzroku córki.
– Co się stało z tymi listami, o których pisze?! Dlaczego mi ich nie dawałaś?! – Kornelia mówiła cicho, ale jej głos ciął powietrze, jak bicz.
– Nie wiem, o jakich listach mówisz! – odparła matka, ale jej głos nie brzmiał zbyt pewnie.
– Nie kłam! – syknęła córka. – Co z nimi zrobiłaś?! Dlaczego wmawiałaś mi, że mnie nie kocha, że zapomniał, że cieszy się, iż zniknęłam z jego życia?!
– A co miałam zrobić?! Pozwolić, żebyś zakopała się z nim w tej jego pipidówce?! Chciałam twojego dobra! Zmarnowałabyś się przy nim! Dałam ci szansę na karierę, na rozwój! Dzięki mnie masz lepsze życie! Co on ci mógł dać?! Nic! A tak masz przed sobą wspaniałe perspektywy! – krzyknęła Stefania, zrywając się z fotela.
– Szkoda, że nie pomyślałaś o moich uczuciach! I moich pragnieniach! Bo może ja wcale nie chciałam kariery, tylko po prostu miłości i ciepła… – zimnym tonem mówiła Kornelia. –
Pozwoliłaś mi uwierzyć, że mnie nie kocha, złamałaś mi serce! To przez ciebie tak potwornie cierpiałam!
Szybko pozbierała ze stolika zapisane kartki, włożyła do koperty i dodała:
– Żegnaj, matko! Nie mamy sobie już nic więcej do powiedzenia!
Kiedy zbiegała ze schodów, nie czekając na windę, w piersi czuła nieznośny, tępy ucisk, jakby ciężki głaz przygniatał jej serce. Nie odwróciła się nawet, kiedy usłyszała za sobą wołanie matki:
– Kornelia! Wracaj! Nie bądź sentymentalną idiotką! Wszystko ci wytłumaczę! Sama przyznasz mi rację!
Pozbierawszy swoje rzeczy z hostelu, Kora resztę czasu, który pozostał jej do odlotu, spędziła na lotnisku, błąkając się wśród tłumu. Potrącana, popychana przez spieszących się ludzi, powtarzała w kółko:
– Jak ona mogła?! Przecież to matka! Jak mogła?! Ja nic nie wiedziałam!
Wreszcie skuliła się na jakimś krzesełku pod ścianą i tak dotrwała do chwili, kiedy nadszedł czas zająć miejsce w samolocie. Wyłączyła komórkę, bo Stefania próbowała się do niej dodzwonić i zagłębiła się w swoim bólu. W Warszawie jak automat dotarła do mieszkania i w ubraniu rzuciła się na łóżko, rozpamiętując rozmowę z matką. Pani Władzi, która przydreptała za nią, zaniepokojona, wręcz wystraszona, nagłą, niezapowiedzianą eskapadą lokatorki i jej znękanym spojrzeniem po powrocie, obiecała, że jak tylko się pozbiera, wszystko jej wytłumaczy. Nie zamierzała niczego ukrywać przed swoją dobrą, życzliwą gospodynią. Niby dlaczego miała chronić matkę… Przecież to nie ona powinna się wstydzić tego, co zrobiła Stefania…Czuła się straszliwie zraniona, skrzywdzona i wiedziała, że nie zdoła Stefanii wybaczyć. Zrozumiała, że matka odebrała jej bezwzględnie i bezlitośnie, dla swojego widzimisię, dla własnych ambicji to, co miała w życiu najcenniejszego. Nie wyobrażała sobie, żeby mogła jeszcze kiedykolwiek porozmawiać z matką. Zbyt wielki miała żal, zbyt wielkie poczucie krzywdy…
Po kilku godzinach wstała, wyjęła z torebki list i położyła na nocnej szafce. Musiała teraz podjąć jakąś decyzję, coś zrobić ze swoim życiem, z tym, co przeczytała. Na razie jednak nie miała na to siły, zbyt obolała po ciosie, który otrzymała. Postanowiła, że ochłonie trochę, pozwoli życiu toczyć się dalej, a potem, może za tydzień, dwa, podejmie jakąś decyzję. Tak naprawdę to po prostu bała się kolejnego zranienia, bała się uwierzyć w wyznania z listu, bała się, że tego, co się może stać, kiedy nań odpisze albo zadzwoni pod podany numer… Wiedziała, że wtedy nie dałoby się już niczego cofnąć, a ona obawiała się, że przyszłość nie sprosta wspomnieniom z przeszłości… Tymczasem położyła się znów na łóżku i zapadła w niespokojny, pełen majaków sen.