Cud Bożej obecności.

Cud Bożej obecności.

To świadectwo przesłał Krzysztof – tata Uli, która już odeszła do Pana w wieku 16 lat. 

 

Autor: Urszula Jeromin , lat 16.

DOCEŃ

Czy widziałeś dzisiaj miłość? Naprawdę można ją zauważyć! Tylko się trzeba dokładnie przyjrzeć.
Jestem chora na białaczkę limfoblastyczną. To dopiero początek choroby i leczenia, więc można by pomyśleć „po co pisać świadectwo jak dopiero zaczyna się doświadczać?” Okazało się, że można.
Sama choroba nie daje się we znaki, ale to konieczne leczenie tego schorzenia jest niesamowicie uciążliwe. Polega ono na chemioterapii i masie innych środków (w tabletkach i zastrzykach). Teraz jest początek lutego, a poza tym, na tę chwilę moja odporność spadła i podlegam tak zwanej izolatce ochronnej. Leżę w swojej sali sama i nie mogę wychodzić poza jej próg. Jeśli ktoś do mnie wchodzi to po raz, musi być w 100% zdrowy, a po dwa, tylko najbliższa rodzina (mama i tata), poza tym lekarze i pielęgniarki. Oczywiście wszyscy w maskach i fartuchach. Mam tu duże okno. Za nim widzę teren szpitala, mały fragmencik. Jest tarasik, ale teraz jest zimno i ta odporność. Przez najbliższy czas siedzę w zamknięciu. To było takie wprowadzenie.
Pewnego wieczoru leżałam na łóżku i myślałam. Patrzyłam na zdjęcie swego psa, który czeka na mnie w domu. Pomyślałam jak wiele radości wnosi on na co dzień do mojego życia. Przecież pomyślałam tylko o psie, który po prostu cieszy się na mój widok. To tylko pies, a ja zauważyłam jak wielkie to dla mnie ma znaczenie. Wtedy pomyślałam również o innych rzeczach, o osobach, bo jeżeli dotąd nie doceniałam zwykłego zwierzaka, to jak wiele w życiu pominęłam. Moi rodzice. Wracałam co dzień ze szkoły, rozmawiałam chwilę i szłam do swego pokoju. Wieczorem zazwyczaj siedzieliśmy przed telewizorem. Czego brak? Miłości. Powinniśmy razem usiąść, pomodlić się, porozmawiać o sobie, wyznać to jak siebie nawzajem kochamy. Teraz leżę tu i oddałabym wszystko, żeby spędzić z nimi wieczór, dzień.
Musimy doceniać !!! Moja starsza siostra. Prawie nigdy nie dziękowałam jej. Tak naprawdę nigdy, że śpiewa i gra ze mną, rozmawia, śmieje się. Nie dziękujemy za codzienne sprawy, ani Bogu, ani ludziom, a tak naprawdę dzięki nim nasze życie ma sens. Przyjaciele, znajomi. Spędzasz z nimi czas, a czy doceniasz te chwile? Czy dziękujesz za nie Panu? To zabrzmi staroświecko i prosto: „Dopiero jak coś tracisz to, to doceniasz .” Owszem, twoja babcia zapewne tak mówi, ale ja nikomu nie życzę, by się o tym przekonał. Ja się przekonałam, cały czas się przekonuję podczas tej choroby.
Gdy pomyślę, że mogłabym teraz spacerować i dziękować Bogu za niebo, za powietrze, którym oddycham. Teraz mogę Mu dziękować za szpitalną duchotę, ale i za nią dziękuję, bo to naprawdę dużo.
Czy dziś wychodząc z domu zauważyłeś ile darów i łask już ci zesłał Bóg? Założę się, że nie. Tak zmierzam do tego, że to drzewo, którego możesz dotknąć w drodze do domu, szkoły czy pracy to niesamowity dar. To, że możesz przełykać i jeść to dar. Nie zawsze można i kiedyś może być za późno żeby potem żałować, że się tym nie zdążyłeś nacieszyć.
Szukaj miłości!!! Ona jest wszędzie! Na 100%! Wystarczy, że spojrzysz w oczy własnej mamusi i tam jest miłość! W biszkopcie babci jest miłość! W dziadku! W psie! Zastanów się jak wiele musisz jeszcze docenić. Jak wiele Bóg już Ci dał i jak wiele ma Ci jeszcze do dania! Ty to tylko w końcu doceń! A najważniejsze jest to, że każdy człowiek na Twojej drodze życiowej to łaska. Ten, który pomoże Tobie i ten, któremu pomożesz Ty. Ten, który się modli za Ciebie i ten za którego się modlisz Ty. Szczególnie ci ludzie, którzy postępują niewłaściwie – Oni Cię uświęcają. Musisz im pomagać i musisz za nich dziękować, bo to oni kierują Cię do świętości.
Nie napisałam świadectwa jak się można było spodziewać o niesamowitym cudzie uzdrowienia z białaczki. Ale Pan uzdrowił spojrzenie mojego serca i teraz potrafię dziękować za każdy, najmniejszy szczegół mojego życia. To, że mogę usiąść, mogę wstać i iść, bo to też często się stać nie może. Wierzę w to, że Bóg może mnie z tej choroby uzdrowić, szybciej niż przewidywane leczenie, ale jeżeli On zechce to leczenie będzie przebiegało powoli albo wyzdrowienie nie nastąpi. Nie jest to choroba niewyleczalna, ale wiem, że cokolwiek Pan zrobi z moim życiem, będzie ono świadectwem wiary i miłości. Jestem przekonana, że czy ozdrowieję, czy umrę moje życie będzie dowodem na to, że musimy szybko nauczyć się patrzeć przed siebie z miłością do wszystkich i wszystkiego czym Bóg nas obdarza i doceniać każdą chwilę prowadzącą nas do zbawienia. Jeśli umrę to będę świadectwem mojej rodziny, która będzie musiała pokazać, że to doceniają, doceniają moje cierpienie, poświęcenie. Będą mogli pokazać, że umieją patrzeć i wtedy każdy będzie miał szansę nauczyć się doceniać i widzieć .

ULA.”

 

Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. 9 Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi.

Iz 55,8-9

 

Tym razem Krzysztof – tata Urszuli dzieli się słowami, które z pewnością pomogą każdemu, bo przecież takie jest życie, że najbliżsi są i w końcu odchodzą do Pana. Jak to udźwignąć i zrozumieć? Przeczytajcie…

Krzysztof Jeromin:

„Chcę odnaleźć Jezusa. Mój Pan, mój Zbawiciel, gdzie On jest? Urszula – moja córeczka, moja pociecha, gdzie Ona jest? Nikt z ludzi nie odpowiedział mi na to pytanie. Grzech – rodzi ból, chorobę, cierpienie, śmierć.
Ula umarła. Kto zawinił, kto zgrzeszył, aż tak bardzo, że moja córcia nie żyje?!
Kto? Ja!? Małgosia!? Kto?
Każdy z nas jest grzeszny, każdy z nas upada. Ja jestem grzesznikiem. Skala tu nie ma znaczenia jak wielkim. Jestem i już. Czy to przeze mnie ? Czy ktoś inny z rodziny „dał ciała”? O co chodzi? Urszulka, myszka moja, mówiła do mnie „kocham cię tatku”.
W styczniu 2013 roku moje serce po rozbiciu muru odgradzającego mnie od Pana, zapragnęło być jeszcze bliżej. Dokładnie 21. 01. 2013 roku w godzinach rannych, odbyłem Spowiedź z całego mojego życia. W końcu poczułem się tak blisko. W modlitwie oddałem Bogu całego siebie z wszystkim czym mnie obdarzył w moim życiu: moją rodziną, bliskimi, uczuciami, rzeczami itd. Ksiądz po wszystkim powiedział mi, że muszę uważać, bo szatan będzie walczył. Wieczorem Ula miała tak dużą gorączkę… Dostała drgawek. Razem z żoną modliliśmy się nad nią. Gorączka ustała, ale odwieźliśmy ją na pogotowie. Skierowanie, szpital, rano diagnoza – BIAŁACZKA !!!
Nie bałem się. Pani lekarz, która stwierdziła prawdopodobieństwo choroby, pokazałem krzyż i powiedziałem – my mamy Obrońcę. Nic nas nie ruszy. W środku kłębiły się myśli: co jest, gdzie, jak, to niemożliwe. Pewnie się pomylili ci nasi lekarze! Czekaliśmy na punkcję. To badanie wyjaśni sprawę. Oddam należną chwałę Bogu i załatwione. Ulka wróci do domu!!!
Badanie potwierdziło diagnozę wstępną – ostra białaczka limfo-blastyczna.
„Co to w ogóle jest? Co ja zrobiłem? Po co oddałem Mu córkę? To to ma być cena za bliskość z Bogiem? Rozpacz!? Gdzie jesteś mój Jezu? Krzywda mi się dzieje, ratuj mnie, ratuj moją córkę! To po to obdarzyłeś mnie tym darem żeby mi go teraz zabrać? To po to dałeś mi serce pełne miłości do moich dzieci żebym teraz cierpiał, wątpił? Maryjo, Matko moja, ratuj!” U Uli gorączka spadła od razu po przywiezieniu do szpitala. Jak zwykle uśmiechała się do wszystkich.
Modlimy się, kaplica, sala, dom, różaniec w ręku. Bóg jest! On nas nie zostawi, ale jak Go prosić?
Mateńko, Matko Boża, Ciebie Twój Syn zostawił nam. Jak Cię przygarniemy to Ty uprosisz wszystko.
Nie ma innej możliwości, wszyscy muszą się modlić o zdrowie Uli. Do znajomych wysłaliśmy wiadomości z prośbą o modlitwę. Oni przesyłali to do swoich. Młodzież gimnazjalna i licealna, oazowa. Wszyscy modląc się rozsyłali dalej wiadomość by wstawiano się za Ulę. Zaczęła się lawina modlitwy. Ludzie, którzy nigdy nie odmawiali Różańca – zaczęli go używać. Ja sam nie znałem tajemnic. Różańcem modliłem się okazjonalnie. Nie musiałem mieć książeczki ani podpowiedzi. Po prostu raz przeczytałem i poznałem. Modliłem się. Codziennie uczestniczyłem we Mszy Świętej. Nigdy nie robiłem tego tak otwarcie, ale było mi z tym dobrze. Odmawiałem Różaniec ze szwagrem, z teściową, z innymi, ale najważniejsze – odmawiałem go z żoną i córkami. Nigdy dotąd tak się nie modliliśmy. Owszem, chodziliśmy razem na Msze, rano modliliśmy się razem przed posiłkiem (Ula nas nauczyła, Madzia poprawiła). Ale Różaniec!?
W modlitwie cały czas nasłuchiwałem głosu, który miał mi powiedzieć „załatwione”. Nie słyszałem.
Kiedyś odwoziliśmy Ulę do szpitala po krótkiej przepustce. Odprowadziłem dziewczyny na Izbę Przyjęć, a sam wróciłem do samochodu po torby. Zanurkowałem w bagażniku, wyciągam klamoty. Niedziela, wokół nikogutko. Odwracam się, a przede mną stoi kobieta i pyta czy może mi jakoś pomóc.
Taka normalna, nie zaniedbana, nie zadbana. Podziękowałem. Mówię, że nie, dam sobie radę.
Pan kogoś tu przywiózł – pyta. Tak, córkę. Jest chora na białaczkę. „To ja się za nią pomodlę. Jak ma na imię?”. Urszula – mówię. To ja się za Ulę pomodlę – odpowiedziała. Z wrażenia, łapiąc się za torby, nawet jej nie podziękowałem. Jak podniosłem głowę to jej po prostu nie było. A ja dalej nasłuchuję!

Moja córka napisała świadectwo. Nie chciała mi pokazać. „Napiszę inne. To jest pierwsze, nie za dobre, to przeczytasz”. W końcu zabierałem jakieś rzeczy ze szpitala i wpadł mi w ręce jej notatnik. Przeczytałem . Płakałem pod szpitalem chyba z godzinę. Zrobiłem prezentację – film. Zamieściłem na You Tube, ale dalej nasłuchiwałem. Docierały do nas wiadomości o modlitwie za Ulę prowadzoną przez księży, siostry zakonne i osoby świeckie z całej Polski, z zagranicy, z misji. Zastanawiałem się skąd tyle tego się bierze. Tak mało ludzi widzimy na ulicy, którzy się do nas uśmiechają. Wręcz odwrotnie. Dokoła przygnębienie i marazm, zabieganie codziennością i troska o przyziemność, a tu taki odzew, tyle modlitwy i zapewnienia o niej. Byliśmy zachwyceni. Ja byłem. Bóg jest, bo dopuszcza łaskę modlenia się za Ulę, bo chce ją uzdrowić. No to chyba załatwione!?
Teraz tylko przetrwać chorobę, nie upadać na modlitwie, ufać, wychwalać, wielbić, błogosławić.
Nasłuchuję dalej. Cisza…
Nawrót choroby, modlimy się, szukamy dawcy. Bóg jest, znowu odzew tylu ludzi.
Znowu nawrót, lekarze odmawiają leczenia. Bóg jest. Nie słyszę Go, ale jest.
Nasłuchuję ciszy… Nic, ale On jest, wiem to. Wracamy ze szpitala uśmiechnięci, bo nie wracamy do domu umierać. Ula mówi do mnie żebym się nie martwił, bo przecież Jezus jest z nami. Powiedział jej w Sokółce, że jeszcze troszkę musi pocierpieć, ale już niedługo. Nie może jej zabrać, nie pozwoli jej umrzeć. Ufamy Mu. Tylu ludzi się za nią modli. On nie zawiedzie nas, nie narazi siebie na stratę tylu wiernych, nie da satysfakcji złu, które się z nas nabija.
Ula się czuje bardzo źle, jest umierająca. Na co czekasz mój Jezu – pytam… Cisza. Nic nie słyszę.
Otwieram oczy – łóżko, Małgosia i Madzia trzymają Urszulkę za rączki, a ja nie mogę…, więc głaszczę ją po policzku i główce. Łzy zalewają mi twarz … Nie oddam Ci jej. Chcę by ze mną tu była, nie możesz mi jej zabrać. Boże mój, gdzie jesteś? Przyjdź teraz, proszę Cię. Uratuj moją Ulę. Ona cierpi.
W pokoju jest razem z nami czterech księży. Wokół wielu ludzi, rodzina, lekarz i pielęgniarki z hospicjum. Wszyscy się modlą.
„Jeśli jesteś mój Boże to przyjdź i skończ cierpienie mojej Uli. Oddaję ją Tobie, bo to Ty jesteś jej prawdziwym i jedynym Ojcem. Ja jestem tylko Twoim cieniem i nic już nie mogę zrobić, oprócz tego, że mogę ją Ci oddać. Ula, nie bój się, moja żabciu. Jezus Cię kocha. Z Nim będzie ci lepiej niż gdziekolwiek, z kimkolwiek na świecie. Podaj Mu rękę i idź. Boże, przyjdź i uwolnij ją od tej choroby, przytul do Siebie. Niech poczuje Twą ojcowską miłość.”
Ksiądz Jerzy z hospicjum odczytuje w modlitwie Litanię do Wszystkich Świętych. Ula oddycha spokojnie, ale coraz słabiej. Na ostatnie słowa litanii przestaje oddychać. Odchodzi.
Nasłuchuję ciszy… Nic, dalej nic.
Spokój, dziwny spokój. Tak kocham moją córcię, a tu… ulga? Spokój… Może Ula zaraz wstanie. Tak, na pewno Bóg ją wskrzesi, stąd ten spokój. Modlę się.
Pan daje nam wiele łask, daje nam wszystko. Czy biorę od Niego to co mi daje? Wiarę? Nadzieję? Radość? Miłość? Czy wierzę w Boga jak tracę córkę? Tak, wierzę. Nie widzę Go, nie czuję fizycznie, ale wiem, że jest. Wiem, że Jezus pokonał śmierć niczym innym jak miłością, że zmartwychwstał, że żyje. Ostatnimi słowami, które słyszałem od Uli były „ja też tatku”. Były odpowiedzią na moje „kocham cię Uleńko, mój robaczku”. Było w nich tyle miłości, tej samej miłości, która pokonuje wszelkie zło, która pokonuje wszelkie przeszkody, która pokonuje śmierć.
Przecież ona nie umarła!!!
Jest z Jezusem! Z moim Bogiem, moim Panem, moim Ojcem, moim Królem, moim Zbawcą.
Nie jestem wariatem, choć wielu tak pomyśli. Wielu, którzy nie widzą i nie słyszą, którzy nie wierzą.
Moja córka żyje, jest ze mną, zawsze. Modli się ze mną, oręduje za mną. Teraz wszystko jest proste.
Urszula zostawiła piękne świadectwo, napisane wtedy w lutym. W tej chwili do mnie dociera, że całe życie Uli, za które my teraz bardzo dziękujemy Bogu, za obdarzenie nas tym życiem, tą łaską radości, miłości, bycia z nią, że to miało właśnie w tym sens. To świadectwo, które już jest odczytywane czy przez młodzież, czy przez ludzi w różnych miejscach świata, daje ten wielki cud, jakim była Ula. To świadectwo to największy cud jaki nam Ula zostawiła: cud zauważenia miłości Bożej we wszystkim co się dzieje na świecie, w każdym naszym dniu, w każdym wypiciu gorzkiej czy słodkiej herbaty, w krzyku czy w odbiorze krzyku, czy w czymkolwiek co się dzieje niekoniecznie dla nas dobrego, związanego z cierpieniem, żalem, złością – w tym wszystkim jest miłość. Wystarczy ją dostrzec. W tym, że żona mnie czasami denerwuje jest miłość, że ja ją czasami denerwuję też jest miłość. Sam wiem, jak ciężko jest mi powiedzieć „tato, kocham Cię” do mojego taty. Mnie osobiście Ula jako tatę bardzo mocno tego nauczyła. Pokazała model, który we wszystkim ma działać. Masz stanąć przed Bogiem i powiedzieć mu, że Go kochasz, i masz wszystko załatwione.
Kiedy dzisiaj czytam to świadectwo, ten fragment, w którym Ula porównuje ludzi do Aniołów i pisze, że one nam zazdroszczą tego, że możemy cierpieć dla Jezusa, że możemy przyjąć Komunię Świętą, to wszystko do mnie dociera i ja tym bardziej wierzę w to, że Pan Bóg jest. Teraz już wiem skąd się we mnie bierze spokój, skąd się bierze takie opanowanie. Ta choroba, a szczególnie to świadectwo, otworzyło mi oczy na to czego wcześniej nie widziałem w Niej. A nie widziałem w Niej aż takiej wiary w Boga, nie widziałem w Niej aż takiego obcowania z Jezusem. Odbieram to świadectwo nie tylko jako spuściznę zostawioną nam przez Ulę. Odbieram je jako formę modlitwy. Nie przejmuję się tym, że mam żyć tak, aby pokazać świadectwo, bo ja ani przez chwilę nie chcę być sztuczny. Ja po prostu żyję z dnia na dzień i modlę się do Pana naszego żeby dał mi siłę i żeby On mnie prowadził.
Modlę się o siłę miłości i wiary.

K.J. – ziemski tata Urszulki.”

 

 ZROZUMIEĆ CIERPIENIE.

 

Autor : Urszula Jeromin, lat 16.

Czasem zastanawiamy się dlaczego mamy cierpieć? Bo przecież Jezus już wymęczył się za nasze grzechy. On oddał za to życie, więc powinniśmy mieć spokój. Otóż nie.
Cierpienie uszlachetnia. Bardzo piękne słowa. Niestety nie prawdziwe. Ból nie może powodować dobra. Kto to w ogóle wymyślił? Ból pochodzi od szatana, więc nie może sprawiać niczego dobrego. To Bóg chce cały czas naszego dobra. Tylko, że szatan jest podstępny. Oni cały czas walczą. W każdej chwili Pan walczy z diabłem o nasze dusze. Gdy my przeciwstawiamy się złu, doświadczamy cierpienia. Jak to sobie tak uświadomimy to możemy być dumni z tego, że możemy dla Jezusa pocierpieć. Jednak na żadne takie pytanie nie możemy odpowiedzieć, bo Bóg jest dla nas, ludzi zwyczajnie zbyt inteligentny. On jeden zna odpowiedzi na wszystkie pytania. My jednak możemy być z siebie dumni, że możemy się przyłączyć w cierpieniu do Pana. Więc nie narzekajmy gdy coś nas boli. Powierzmy to Bogu, a On nas wyzwoli w idealnym momencie. I nigdy nie myślmy, że gdy przyjdzie ból, a ja się pomodlę, to ból zaraz minie i koniec. Czasem wystarczy jedna modlitwa, czasem trzeba ich znacznie więcej, a czasem nasze modlitwy nie zadziałają tak jak oczekiwaliśmy. Lecz jeśli będziemy prosić Pana żeby ten ból od nas przejął, to On z tego cierpienia wyciągnie masę dobra. . Teraz gdy jestem chora na białaczkę i modlę się, proszę Boga o cud uzdrowienia, a w międzyczasie myślę, że tak ma się wypełnić wola Pana. I wtedy zastanawiam się jaka tym razem jest wola Boża, i jak już sobie przypomnę, że przecież nie mogę tego zrozumieć, bo jestem tylko człowiekiem, to brnę dalej swoim zawiłym rozumowaniem ze świadomością, że przynajmniej Bóg jest mądry i zrozumie moje myśli nawet gdy ja ich nie pojmuję. Wtedy modlę się o to, aby Pan uzdrowił mnie cudownie, szybko i całkowicie, bo ja bym tego chciała i żeby zrobił tak jak będzie najlepiej w skutkach, tak żeby powstało z tego najlepsze świadectwo i żeby jeśli zdecyduje mnie do siebie zabrać to cały czas mocno podtrzymywał moją rodzinę, żeby umieli o tym świadczyć. Nikt nie powiedział, że mamy się modlić o wypełnienie woli Pana, tylko o to, by być na nią gotowym. My musimy modlić się o to o co chcemy, wyrażać te pragnienia, tylko od razu być gotowym, że to może zwyczajnie nie nastąpić, bo Bóg ma już plan. Nawet Jezus w Ogrójcu powiedział Bogu Ojcu czego by chciał, a jednocześnie, że i tak zrobi to co Pan dla Niego zaplanował. Cierpienia nie zrozumiemy, ale kiedyś od kogoś usłyszałam, że Aniołowie zazdroszczą nam jednego, tego właśnie, że możemy cierpieć w imię Chrystusa. Od tej pory jak cierpię, myślę o tym i jest mi znacznie lżej i jestem wtedy z tego dumna, bo to oznacza, że nie ulegam szatanowi. Jak cierpisz to należy sobie przypomnieć, że kochasz Boga, bo jak go kochasz to życie ma sens i wszystko warto, nawet cierpieć.

Ula”

 

 

2 thoughts on “Cud Bożej obecności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *