Cierpienie ma sens.

Cierpienie ma sens.

Ludzkie myślenie zazwyczaj prowadzi do unikania wszelkich trudności i cierpień.
Chcemy być szczęśliwi i utożsamiamy szczęście z brakiem problemów.
Jezus mówi, ze będzie wiele cierpiał, zostanie zabity i zmartwychwstanie.
Piotr nie przyjmuje, że Syn Boży może chcieć cierpieć.
Że dobrowolnie przyjmie na siebie krzyż i cierpienie.
Cierpienie przestaje być bezsensowne i nabiera wymiaru zbawczego.
Ryszard Jabłoński

Z Objawienia wiemy, że każdy człowiek od momentu poczęcia staje się częścią rodziny ludzkiej i dziedziczy obecną w niej rzeczywistość dobra oraz zła, które jest przyczyną cierpienia. Cierpienie rodzi się ze zła, a więc ze zniszczenia przez grzech obiektywnego dobra w samym człowieku, w relacjach międzyludzkich oraz w relacji człowieka do Boga. Wobec grzesznych decyzji człowieka Bóg jest bezbronny, ponieważ prawdziwie kochając, do końca respektuje każdy wybór jego wolnej woli. Poprzez grzech pierworodny zło stało się udziałem całej rodziny ludzkiej i dlatego dotyka ono wszystkich, i zadaje cierpienie wszystkim, również tym, którzy nie mają osobistej winy. Cierpienie nie jest więc karą, jaką Bóg wymierza za grzech, ale nieuniknionym doświadczeniem skutków obiektywnie istniejącego „grzechu świata” (J 1,29). Istnieją również cierpienia, które są następstwem osobistej winy, ale są ludzie cierpiący niewinnie. Przez biblijnego Hioba Bóg uświadamia nam, że mamy do czynienia z wielka tajemnicą cierpienia, które nie zawsze jest tylko zwykłą konsekwencją osobistych grzechów. Jeżeli natomiast cierpienie spowodowane jest osobistą winą człowieka, to wtedy nie można go tłumaczyć jako kary, którą Bóg wymierza grzesznikowi (por. Ga 6,8). Z przypowieści o Synu Marnotrawnym dowiadujemy się, że Bóg kierując się ojcowską miłością nie wymierza kary Marnotrawnemu Synowi, pozwala mu tylko skonsumować skutki jego grzechów. Czyni to tylko w tym celu aby się opamiętał i nawrócił. Tak więc, największą karą za grzechy są same konsekwencje grzechów. Grzech i wynikające z niego cierpienie oraz śmierć same w sobie są bezsensowne i pozostałyby takie, gdyby nie fakt, że to sam Bóg przyjmuje na siebie grzechy i cierpienia wszystkich ludzi. Ile razy spotyka człowieka cierpienie, Bóg jest pierwszym, który niesie jego ciężar. To sam Zbawiciel jest obecny i cierpi w każdym z milionów istnień ludzkich żyjących w nędzy i poniżeniu, brutalnie wyzyskiwanych, umierających z głodu, ofiarach tortur i terroryzmu. Tę wstrząsającą rzeczywistość miłości Boga współcierpiącego z człowiekiem można odkryć tylko „oczami” wiary. Tylko przez całkowite zaufanie i powierzenie siebie ojcowskiej miłości Boga najbardziej bezsensowne i niewinne cierpienia stają się drogą zbawienia. Św. Edyta Stein, która zginęła w Oświęcimiu, tak odpowiada na pytanie o sens cierpienia: „Natura ludzka, którą Chrystus przyjął, dała Mu możność cierpienia i śmierci Natura Boska, którą posiadał odwiecznie, nadała temu cierpieniu i śmierci wartość nieskończoną i moc odkupieńczą. Męka i śmierć Chrystusa powtarzają się w Jego ciele Mistycznym i jego członkach. Każdy człowiek musi cierpieć i umierać, lecz jeśli jest żywym członkiem Mistycznego Ciała, jego cierpienie i śmierć nabierają odkupieńczej mocy dzięki Boskości Tego, który jest jego głową. Oto istotny powód, dla którego każdy święty tak pragnął cierpienia.
Ks. Andrzej

Jestem obok Ciebie
Ciemno, Panie.
Panie, czy jesteś tu, w tej mojej nocy?

Twoje światło zgasło, jego odbicie na rzeczach i ludziach znikło.
I wszystko wydaje mi się szare, ciemne,
jak przyroda, gdy mgła zasłania słońce i kryje ziemię.
Wszystko mnie kosztuje, wszystko mi ciąży i sam jestem ciężki i ospały.
Gdy się budzę, poranek mnie przytłacza, bo za nim kryje się dzień.
Śpieszę się, żeby zniknąć, pragnę śmierci jako zapomnienia.
Chciałbym wyjechać,
Umknąć,
Uciec,
Wyrwać się byle gdzie!
Wyrwać się, komu?
Tobie, Panie, innym, sobie, czy ja wiem?
Ale wyjechać,
Uciec!

Chodzę jak pijany,
Popychany przyzwyczajeniami, bezwolnie.
Co dzień powtarzam te same ruchy, ale wiem, że są bezużyteczne.
Chodzę, ale wiem, że moje kroki nigdzie mnie nie zaprowadzą.
Mówię, ale moje słowa wydają mi się straszliwie puste,
bo wiem, że tylko uszy cielesne mogą je słyszeć,
a nie dusze żywe: za wysokie i za dalekie.
Nawet myśli uciekają; myślę z trudem.
Czasem słowa wyrywają się i nie chcą dalej służyć!
Bełkoczę, mieszam się czerwienię.
I jestem śmieszny.
Wstydzę się, bo inni mogą się spostrzec.
Panie, czy ja wariuję?
Albo może Ty tak chcesz?

To byłoby głupstwo, gdybym nie był sam.
Jestem sam.
Wyprowadziłeś mnie, Panie, daleko;
ufnie poszedłem,
aleś Ty szedł obok mnie,
aż w szarej pustyni, w pełni nocy, nagle zniknąłeś.
Wołam, a Ty nie odpowiadasz.
Szukam i nie znajduję Cię.
Wszystko opuściłem i teraz jestem sam.
Twoja obecność jest moim cierpieniem.

Ciemno, Panie.
Panie, czy jesteś tu, w tych ciemnościach?
Gdzie jesteś, Panie?
Czy mnie jeszcze kochasz?
Może Cię zmęczyłem?
Panie, odpowiedz mi!
Odpowiedz!

Ciemno.

Czasami wszystko idzie na opak… Życie niesie same niepowodzenia…
…tragedie, rozpacz…Prosisz Boga…A Bóg wydaje się drwić z Ciebie…
Jednak tak nie jest… On ciągle jest obok… Czasami „okres ciemności”
jest czasem próby… Próby miłości i wiary…

„Podobnie jak zapora wstrzymuje wody, by je podnieść i zwiększyć ich siłę,
tak i Bóg, nie chcąc powierzchownej działalności, by oczyścić i wzmocnić wiarę,
sprawia zewnętrznie, iż nic się nie udaje.”

„Przypomnij mi, Krzyżu…”
*
Krzyżu, przypomnij mi
Jeśli zapomnę…
Że ma sens cierpienie
Ma sens brzemię
I, że choć ciężkościami
Do śmierci podobne
W nich życie i światło
I przez nie zbawienie…
*
A jeśli mi już Krzyżu
Sił w drodze nie stanie…
Przypomnij mi
Upadek
Po nim
Zmartwychwstanie…
*
A jeśli mi się całkiem
Pod naciskiem kata
Sprzeniewierzy dusza
Przypomnij mi…
Przypomnij mi Krzyżu…
Przypomnij mi Chrystusa…
*
Anna Dawidowy

Może zostanę wyśmiana (przyjmę to z godnością), ale muszę się tym podzielić, poradzić. Od dwóch dni nie wiem co się ze mną (we mnie?) dzieje… Mam gorsze dni związane z chorobą i dziwię się sama sobie, że wieczorem czuję… radość? 😮 Wczoraj po różancu w „stanie desperacji” (chyba tak to mogę nazwać) powiedziałam (słowa same „wyszły” ze mnie): „Boże, Tobie to oddaje… I to największe pragnienie ostatnich dni. Jezu, Ty się tym zajmij…”. Czy to jest normalne?
Poniżej piosenka, która mi się przypomniała, gdy się tak poczułam:

„Me życie jest cieniem me życie jest chwilką
Co ciągle ucieka i ginie
By kochać Cię Panie tę chwilę mam tylko G a
Ten dzień dzisiejszy jedynie

O jutro się modlić nie jestem ja w stanie
Choć nie wiem jak życie popłynie
Dziś strzeż mnie dziś broń mnie dziś tylko o Panie
Przez dzień ten dzisiejszy jedynie

Gdy myślę o jutrze przejmuje mnie trwoga
Tak smutno na łez tej dolinie
Lecz próby ja pragnę i cierpieć dla Boga
Przez dzień ten dzisiejszy jedynie

Przy Sercu Twym blisko nie smucę się znojem
Ni walką ni trudem to minie
Ach weź mnie o Jezu i w Sercu skryj Twoim
Na dzień ten dzisiejszy jedynie

Ach skończy się wkrótce to moje wygnanie
Wiecznego blask zalśni mi słońca
I śpiewać Ci będę na wieki o Panie
To „dzisiaj” bez kresu i końca”
Joanna Sadlik

Prowadzę Cię.

Zachowaj spokój,ale nie zapominaj o Mnie.
Przekształcam i przemieniam wszystko w dobro,o ile pamiętasz,by wzywać Mojej pomocy.

Jeśli prosisz,bym zjednoczył się z tobą,wówczas wszystko,co czynisz i wszystkie cierpienia nabierają szczególnej,Bożej wartości.
Korzystaj z tego,bo zjednoczenie ze Mną nadaje twojemu życiu wymiar wieczności

📖
 Gdy Pan mówi do
z postu Paweł Paul Szeliga

Lekcja od ks. Jana Kaczorowskiego

Wczoraj zmarł ks. Jan Kaczkowski. Takiego go zapamiętamy – pełnego wiary oraz siły życia. Swoim optymizmem zarażał innych… zawsze mawiał, że "Trzeba żyć na pełnej petardzie".Podziel się jego lekcją z najbliższymi.

Gepostet von Popularne am Dienstag, 29. März 2016

 

„Kto nie bierze swego krzyża i nie naśladuje Mnie, nie jest Mnie godny” (Mt 10, 3)

 

Czy potrafię pogodzić się z cierpieniem? Czy nie mam pretensji do Boga i nie wykrzykuję  „Boże, dlaczego ja…” 

Do siedzącego przy śniadaniu w szpitalnej stołówce Centrum Onkologii zamyślonego księdza podszedł mocno wychudzony chłopak w kraciastej piżamie ze swoim skromnym posiłkiem na tacy:
– Można się do księdza dosiąść?
– Jasne – przytaknął jakby nadal nieobecny facet w koloratce.
– Ksiądz tutaj to do kogoś, czy ze sobą? – kontynuował pytania chłopak.
– Ze sobą, ale to początek drogi – odpowiedział ksiądz wciągając się w rozmowę – Z lekarzem już wiemy, że jest, ale nie wiemy z jakiej grupy i w jakim stopniu rozwoju.
– Ksiądz się nie martwi – uśmiechnął się chłopak – Niech ksiądz żyje najzwyczajniej normalnie jak dotąd.
– A czy teraz ja mogę ci zadać pytanie? – zwrócił się z badawczym wzrokiem ksiądz, który był pewien, że siedzący przed nim łysy młodzieniec przypominający bardziej cień człowieka o niemal trupim wyglądzie skóry musi być onkologicznym pacjentem dość długo.
– Niech ksiądz pyta. Powiem jak na spowiedzi – roześmiał się chłopak.
Ksiądz dość niepewnie jakby wiedział, że o pewne rzeczy nie wypada wypytywać mimo wszystko zapytał przyciszonym głosem:
– Jesteś młody, bardzo młody i tak bardzo chory. Nie masz o to żalu? Żalu do Boga? Żalu do świata? Żalu do losu?.
– Proszę Księdza, mam obecnie 21 lat i choruję na raka od 16 roku życia – zaczął odpowiadać młodzieniec, jakby przygotowany na to pytanie – I nic lepszego nie mogło mi się przytrafić.
Jak miałem 14 lat mój tata wyprowadził się do młodszej kobietki niż mama. Moje gimnazjum – szkoda gadać – myślałem, że tak mało zgranej społeczności szkolnej nie ma na świecie. A ja? Wypieszczony jedynak. Spadochroniarz z podstawówki. Taki typowy gnojek bez ambicji, bez chęci do nauki i bez chęci do pobożnego życia. Właściwie bez chęci do normalnego życia. Proszę mi wierzyć księże, że mimo bierzmowania wcale mi też nie było z Panem Bogiem po drodze.
I przyszła zmiana.
Kiedy zachorowałem rodzice umówili się, że będą mnie odwiedzać w klinice naprzemiennie, aby nawet się nie spotkać na szpitalnym korytarzu, ale ekonomia wzięła górę i tata zaproponował, że skoro codziennie do mnie przyjeżdża, to może zabierać matkę po drodze. Po jednym z powrotów ode mnie tata wysadzając mamę pod blokiem zapytał czy może wrócić. Wrócił I tak już zostało. Po roku urodził mi się braciszek, a lekarz zgodził się na przepustkę, abym został chrzestnym. Wiem, że nie zdążę założyć własnej rodziny, ale mam już dzieciaka jak swojego i do tego brata! I mogę się cieszyć z jego rozwoju, śledzić jak rośnie i jakie robi postępy. I jestem przekonany, że jak mnie już nie będzie, to będzie komu jeździć na mojej deskorolce, a rodzice na starość nie zostaną sami.
A w gimnazjum z powodu mojej choroby najpierw zintegrowała się moja klasa, a wkrótce cała szkoła… Bal charytatywny jeden, drugi… Rozgrywki sportowe… Aukcje przedmiotów i autografów jakiś sławnych ludzi, którzy pewnie mnie nie znają… Mi już żadna kasa nic nie pomoże, a oni tak się rozkręcili, że chcą dalej wspólnie działać.
Proszę księdza – zawsze chciałem mieć tatuaż na łydce, ale matka twierdziła, że to gadżet kryminalistów. I niech Ksiądz spojrzy jaka plecionka. Gdybym nie zachorował mógłbym sobie ją z głowy wybić młotkiem.
I chyba najważniejsze: uważam, że jest ogromnym przywilejem wiedzieć, że miesiące, tygodnie i dni się kończą. I w pewnym momencie okazało się, że jestem taki uprzywilejowany, że już nic nie da się zrobić.
Po pierwsze – swoje dni przestałem marnować na głupoty, na kłótnie, na uprzykrzanie życia innym. W miarę możliwości naprawiłem wyrządzone szkody i napisałem kilka listów do ludzi, których skrzywdziłem – w tym do mojej wychowawczyni.
Po drugie – rozdysponowałem też swoje rzeczy i nagrałem komórką kilka godzin monologu z myślą o moim braciszku. Jestem też przygotowany na spotkanie z Bogiem odnawiając życie sakramentalne i zaprzyjaźniając się z Matką Bożą przez codzienny różaniec póki sił mi starczy.
Proszę księdza – aż trudno w to uwierzyć, ale ten mój nowotwór przyniósł w życiu tyle dobra. Nie trzeba bać się śmierci. Trzeba bać się zmarnować swoje życie.
.
.
* Michał zmarł w niespełna 4 miesiące po naszej rozmowie – w Święto Matki Bożej Różańcowej – 7 października.

Dziewięcioletni Manuel odszedł do nieba w 2010 roku po długiej walce z nowotworem. Zostawił po sobie wyjątkowy testament – świadectwo przejmujące niezwykłością i zażyłością relacji z jego największym przyjacielem – Jezusem.

Gdy tylko pozwalają mu na to siły, Manuel odwiedza Jezusa w szpitalnej kaplicy. Podczas jednej z tych wizyt pisze prawdopodobnie swoją najpiękniejszą i najbardziej wzruszającą modlitwę, którą ofiaruje Giusy.

Jezu, przytul mnie!
Proszę Cię, Jezu, przytul mnie,
gdy jest mi smutno.

Jezu, przytul mnie,
gdy jestem w szpitalu i bardzo cierpię!

Jezu, przytul mnie,
gdy płaczę.

Daj mi siłę, abym radził sobie ze wszystkim.
Nie opuszczaj mnie nigdy,
bo w Twoich ramionach znajduję schronienie i czuję się bezpiecznie.

Obdarzaj mnie nieustannie Twoim świętym błogosławieństwem,
bo dzięki temu do mojego wnętrza wniknie cudowne lekarstwo,
które masz tylko Ty.

I uczynisz dla mnie wiele magicznych rzeczy,
wszystkie jednak bez żadnych sztuczek.

Wtedy smutek zamieni się w radość,
cierpienie stanie się darem,
łzy staną się kroplami modlitwy!
A moje życie się zmieni.

Proszę Cię: Jezu, przytul mnie.
Manuel.

Świadectwo.

Kochani, nie chcę szukac pocieszenia zgodnie z dzisiejszym zaleceniem Cudownej, chcę sie podzielic świadectwem. Sami ocenicie, czy moral z tego pozytywny, czy wrecz przeciwnie . Często się czyta posty, z których wynika,  że Bog dziala,  że wlasnie czujemy jego łaskę , ale jeszcze częściej czyta sie prośby o modlitwe, wsparcie.  Jak czują osoby, które wlasnie przechodzą cierpienie ?  Od kilku lat jestem chora,  jestem po 3 zatorach,  ledwo chodzę przy pomocy chodzika,  i to tylko niedaleko. W perspektywie mam amputację nóg. Dodatkowo mam trudnosci z codziennymi czynnościami,  myciem się, nie gotuję, nie sprzątam.  Pan zabral mi moje talenty, już nie umiem rysowac,  nie potrafię skupić się na czytaniu. Nie dane mi jest dzielić się logicznie poprzez mowę z tym co czuję. Mieszkam sama, opiekuje się mną pielegniarka. Nie jestem roszczeniowa,  placzliwa,  czy uzalajaca się. Od momentu choroby zmienilam sie , dziekuje Bogu za to,  że dal mi sily czasami dotrzec do kościola,  chociaz nie wiem,  jak będę się czuła za godzinę. Cieszę się tymi godzinami, kiedy mam siłę i wiem, ze nic, ale to nic nie zrobie bez Jego pomocy. Wysilkiem skupiam sie na przeczytaniu fragmentu Biblii.  Jak sobie radzę?  Nie przytlaczam sie ogladaniem TV jak leci,  slucham o. Szustaka, naszą Cudowną, i Modlitwę w drodze. Mam znajomych i odwiedzaja mnie,  chodze do pracy dla niepelnosprawnych.  Tak, czasem czuję, ze jest mi za cieżko, i pytam dlaczego,  jednak kilka lat temu spalam cale 3 dni sama w domu i nie wiem co się ze mną wtedy działo, po przebudzeniu czulam w domu Boga, nic nie pamiętalam,  ale przezegnalam się,  tak na wskroś odczuwalam świętość. Mam wrażenie,  że od tamtego czasu na nowo sie narodzilam. Czasami idę po omacku, bo nie wiem, czy to co mi sie wydaje, ze powinnam robic jest rozsądne, czy to choroba. Slucham, caly czas slucham, i Bog mnie nie zostawia zupelnie samej, co jakiś czas dostaję drogowskaz,  czuję to podczas modlitwy.  Zadania Cudownej traktuję,  jakby byly skierowane wlasnie do mnie. Jakby Mateńka mówila do mnie. To naprawde ogromne wsparcie. Pozdrawiam osoby,  które te slowa ukladaja. Modlitwa dla mnie jest letnim deszczykiem podczas żaru i spiekoty. Zachęcam do dzielenia sie swoim doswiadczeniem Boga w trudnych chwilach.

Kiedy przyszlo mi umrzec, bardzo się balam, balam się cierpienia, balam się potepienia. Wtedy uslyszalam, ze  „tam”  czeka na mnie Ktos, kto mnie kocha. Wtedy poczulam radość i pogodzilam się, że odchodzenie bedzie bolesne. Dla tej milosci przeszla bym po chaszczach na bosaka. Aż jedna osoba zapytala:  dlaczego tak sie cieszysz?  Bylam gotowa. Kiedy więc po jakims czasie uslyszalam, ze będę żyć,  nie posiadalam się z wdzięcznosci. Powiedzialam do Boga  „Jesteś cudem tego świata „, a On mi odpowiedzial : „Jestem Panem tego świata „. To bylo 7 lat temu.
Agnieszka Golańska

10 maja mój świat przewrócił się do góry nogami. W sąsiednim mieszkaniu nad ranem wybuchł pożar i kiedy moja mama obudziła mnie słowami: Pali się!, było już za późno na ucieczkę. Próby wyjścia z mieszkania były nieudane, więc usiadłyśmy wraz z moją 5-letnią córeczką i wzywałyśmy pomocy Jezusa. Od tego momentu niczego już nie pamiętamy, ani ja ani moja mama.

Kiedy po dobie obudziłam się w szpitalu, lekarka uznała to za cud, ponieważ z powodu zaczadzenia (u mnie miało ono najwyższy poziom) spodziewano się mojej śmierci lub dużych ubytków zdrowotnych. Dowiedziałam się wtedy, że moja córeczka Maja jest w ciężkim stanie w innym szpitalu.

Po 3 i pół tygodniowym przebywaniu w śpiączce, Maja przeszła do nowego życia. Podczas tych tygodni stworzył się łańcuszek modlitewny, trafiłam także na Teobańkologię.

Nie potrafię nawet opisać tego, jaką siłę ma modlitwa. Kiedy powiedziałam, przy łóżku szpitalnym mojej córeczki: Boże niech Twoja wola, nie moja się stanie, Bóg dał mi łaskę wiary w to, że uczyni cud i Maja zostanie uzdrowiona. Po jej odejściu nie pytałam ‘Dlaczego ją zabrał’, tylko ‘Dlaczego dał mi taką wiarę w jej uzdrowienie’. Odpowiedź przyszła niebawem i przekonałam się, że Bóg jest dobry i myśli o wszystkim. On zna nas najlepiej i wie czego nam potrzeba. A kiedy powiesz mu: Jezu, Ty się tym zajmij, on NAPRAWDĘ ,, pocieszy, uwolni i poprowadzi. A kiedy będzie musiał nas wprowadzić w życie różne od tego, jakie my widzielibyśmy dla siebie, będzie uczył nas, nosił w swoich ramionach, sprawiał, że będziemy jak dzieci uśpione w matczynych objęciach.”

Nad moją córeczką modlił się Marcin Zieliński, a także osoby związane z grupą Mocni w duchu.To czego doświadczyliśmy w tym czasie… tego nie da się po ludzku opisać. Ważną rolę odegrał również cudowny medalik i opieka Matki Bożej.

W ostatni poniedziałek lipca, już po odejściu Mai, uczestniczyłam we Mszy św. o uzdrowienie w Łodzi. Modliłam się w zupełnie innej intencji, a usłyszałam poznanie, że jest w kościele osoba, która ma dziwne bóle w okolicy lędźwiowej. Takie bóle towarzyszyły mi od pożaru. Podczas skłonu, rękami mogłam dotknąć co najwyżej kolan. W czasie Mszy św. nie wzięłam tego poznania do siebie, ponieważ wtedy czułam jeszcze ból. Od dnia następnego ból ustąpił i od miesiąca nie mam problemów z kręgosłupem. Mogę wykonać pełny skłon. Chwała Panu! To pokazało mi, że Bóg naprawdę się o nas troszczy i choć nie prosiłam o swoje uzdrowienie, bo wydawało mi się to wówczas sprawą drugorzędną, On pokazał, że widzi każdy mój ból i zechciał mi ulżyć w cierpieniu.

A teraz? Teraz życie naszej rodziny wygląda zupełnie inaczej, a opatrzność Bożą widzę na każdym kroku.Choć, wiadomo, jest ciężko, a tęsknota jest ogromna. Nie będę opisywać tutaj wszystkich małych i dużych cudów jakich doświadczyłam, ale chcę powiedzieć, że Bóg nigdy nas nie opuszcza, a Matka Boża ma nas w swojej opiece.

Po odejściu mojej jedynej córeczki Mai, wiem, że tylko dzięki Bogu oraz dzięki modlitwie wielu dobrych ludzi, jestem w stanie funkcjonować, nie poddawać się rozpaczy… choć należę do mam panikar, to od 10 maja nie wypiłam nawet jednej melisy. Nie potrafię tego wytłumaczyć racjonalnie. Wyniki moich badań, łącznie z tymi u neurologa i innymi, są wzorowe (bo już można by się pokusić o myśl, że ten spokój, który noszę w sobie, to skutek uboczny zaczadzenia). Kocham swoją córeczkę i wiem, że nie ma lepszego opiekuna niż sam Bóg i nie ma lepszego miejsca niż niebo.

Jeśli znacie kogoś lub sami doświadczyliście straty dziecka polecam serdecznie Msze św. dedykowane specjalnie takim rodzinom. Odbywają się w każdy drugi piątek miesiąca w Łagiewnikach- Kraków. Msze św. prowadzi ks. Janusz Kościelniak, który chętnie umawia się na spotkania i rozmowy z rodzicami po stracie.

Trudno jest mi tutaj wszystko opisać, ale jeśli ktoś chciałby porozmawiać z jakiegoś powodu na ten temat to zapraszam… Otrzymałam tak wiele łask, że nie potrafię i nie chce zatrzymywać ich tylko dla siebie.

Na koniec, jeśli zechciałby ktoś wesprzeć naszą rodzinę modlitwą w intencji dobrego przeżycia straty i takiego życia, które doprowadzi nas ostatecznie do wiecznej radości oraz spotkania z ukochaną ŚP. Majunią 💞, to byłabym niezmiernie wdzięczna.

Bóg zapłać!
Justyna Wróblewska

Cierpiąc odkrywam, jak żyłem. Jest to wyjątkowy czas na to, aby zapłakać nad własnym życiem, ale też dobry czas, aby powiedzieć sobie i Bogu, to był dobry kawał życia, cieszę się, że mogłem go w ten sposób przeżyć Boże, z Twoją pomocą. Zawsze jest dobry czas na spojrzenie w przeszłość, pogodzenie się z przeszłością, pojednanie z sobą, z najbliższymi i z Bogiem. W każdym cierpieniu czy niepowodzeniu dostrzegam zapowiedź śmierci. To ona jest ostatnim aktem podsumowującym wszystkie decyzje podjęte za życia. Nie chodzi o to abym rozumiał Jezusa, lecz abym Go słuchał. Niezbędna jest wówczas modlitwa bez względu na moje odczucia. Nie rozumiem Bożego działania, natomiast w pełni Jemu ufam. Przychodzi czas na zgodę życia zawsze w ciemności, jeśli taka będzie wola Boga. Tylko przez nawrócenie serca, tylko przez wewnętrzną przemianę mogę przezwyciężyć zło, można pokonać złego ducha. Śmierć jest obecna w moim życiu przez porażki, przez które przeszedłem, przez złudzenia, które w sobie podtrzymywałem, przez klęski, krzyżujące moją wolę. Chrystus jest tym, który daje mi wolność lub przyzwala na to, by dręczył mnie grzech. Wszystko to w zgodzie z Jego opatrznościowym planem dla mojego dobra. Bóg pragnie abym kochał Go mocną i wypróbowaną miłością, tej miłości nie można zdobyć bez długich i wytrwałych zmagań. Największą miłością jest oddanie swojego życia w ręce Boga. Nie muszę się obawiać, czy dokonałem w moim życiu wystarczająco dobra. Istotne jest to, że byłem oddany Bogu w tym, co przeżywałem, również z ciężarem własnych win. Zawsze będę stawać przed Bogiem z pustymi rękoma. W tym życiu uczę się oddawać samego siebie Bogu, aby ukształtowała się we mnie ta umiejętność w chwili śmierci. Duchowy rozwój to dla mnie przyjmowanie miłości Bożej. Nie stając się duchowym, źle przeżywam swój czas i pozbawiam go sensu. Kiedy pozwalam przenikać swoje życie Bogu, pozwalam tym samym, aby moje życie już teraz było przeniknięte wiecznością. Kiedy pojawia się we mnie ból psychiczny, duchowy, moralny poznaję, że mam z czymś problem. Każdy taki ból jest metodą na wykrywanie problemów, które w ten sposób ujawniają we mnie swoją obecność. Nadzieja jest dla mnie wewnętrzną siłą, która kieruje mnie w stronę przyszłości. Ona wyłania się z doświadczenia próby, przez którą przechodzę i dzięki niej przezwyciężam tę próbę. Byłem bardziej świadomy tego, że to ja szukam Boga. Tymczasem sprawy mają się zupełnie inaczej, to Bóg szuka mnie. Czy nie jest to jeden z nieskończenie wielu znaków mówiących o miłości Boga. Ten, kto kocha, nieustannie szuka tego, którego kocha, nie godząc się z jego zagubieniem. Jeśli nie pokochałbym Boga, nie mógłbym Go poznawać. Poznaję mojego Pana przez Jego działanie we mnie. Każde moje nawracanie się, jest poznawaniem Jego. Im głębsza jest we mnie świadomość pojednania, tym głębsze poznanie Boga. Znakiem miłości Boga do mnie, najpiękniejszym i pierwszym, jest przebaczenie grzechów. To jest nawiedzenie przez Miłość i wlanie miłości.
Jarosław Ruciński

Cierpienie ma sens.

Cierpienie nie jest karą za grzechy,
ani nie jest odpowiedzią Boga
za zło człowieka.
Można je rozumieć tylko i wyłącznie
w świetle Bożej Miłości,
która jest ostatecznym sensem
wszystkiego, co na tym świecie istnieje.
Święty Jan Paweł Wielki Papież Polak.

Nasza ……Droga Krzyżowa ……..zapraszam do poczytania i kontemplacji …

 

 

Podnieś mnie Jezu i prowadź do Ojca…

 

Stacja 1

Jezus na śmierć skazany .
..
Wyrok . Nasz Synku .Jedna diagnoza , jedno puste słowo ….śmierć w wieku 12 lat …Rozpacz , gniew , nienawiść …i pustka której nie da się opisać…..Mój wyczekany , noszony pod sercem , wymodlony ….teraz skazany …………
.
Stacja 2

Jezus bierze krzyż na swoje ramiona …

Każdy dzień Golgota …
tracisz wszystko wzrok , mowę , zdolność chodzenia siedzenia ….Bezradnie patrzę jak wszystko Mi odbierasz Boże!!!!!……dlaczego ? czym na to zasłużylismy ……..
Oddaje Ci swoje ręce i nogi Synu …..odtąd już zawsze będą Twoimi …..

Stacja 3

Pierwszy upadek

Leżę ………nic nie rozumiem , na nic nie mam siły , czuje się jakby wszyscy mnie opuścili ….zostałam sama …
Jak balon z którego uszło życie …wykonuje wszystkie swoje obowiązki …..przyglądając się jak ”cichutko odchodzisz ” ….bezradność ……znikam w swoim bólu …..

Stacja 4

Jezus spotyka swoją Matkę

Matka …….to Ja ……..najpiękniejszy dar ……chłonę każdy wspólny dzień , każdy Twój dotyk i gest …….
Jeszcze nie rozumiem ”czemu tak ”……..ale tak bardzo dziękuję Bogu za to że mogę być Twoją Matką …….

Stacja 5

Szymon pomaga nieść krzyż …….

Tyle ”Szymonów ” w naszym życiu ……..było …….
a potem ”nagle ”…zniknęli ……gdy okazało się że będzie ……tylko gorzej ……
Jak z Tobą rozmawiać Matko ?
O czym ?
Zycie jest takie piękne , nie ma w nim miejsca na śmierć !!! ……
Ja ”Szymon ” nie chcę słyszeć że ktoś cierpi …….nie chcę tego widzieć to zaburza ”mój święty spokój ”…….Ominę Twój dom . ominę ból i cierpienie …….Ja jestem za słaby …………..na taki widok……Ona ……….Matka sobie poradzi ………
To nie jest moja sprawa ………..

Stacja 6

Sw, Weronika ociera twarz Jezusowi ……..
.
Patrz to Ona ……..
Jak śmie się tak ubierać ……..
o ……uśmiecha się …..słyszałaś ……….ma kochanków !!!…jak śmie !!!! jej dziecko umiera ……….!!! co z niej za Matka …… spotykać się z ludżmi !!!! jak śmie mieć dom ……..Ukrzyżujmy ją !!!!

i ……….
zjawia się Weronika ……..ociera łzy , obejmuje …….. ……..całuje skrzywdzone serce ……
wierzy …….na razie Tylko Ona ……….

Stacja 7

Drugi upadek …...
.
Znów leżę ….i Ty leżysz Synku
wyje z niemocy i niezrozumienia …..
mnie już nie ma ……zniszczyli , zaszczuli ….nie mam siły się podnieść …
Tylko dla Ciebie …….Nie PODDAM SIĘ

Stacja 8

Jezus pociesza Niewiasty ..
.
Nie chcę pocieszenia ,ani litości ….powolutku zaczynam rozumieć plan Boga …….
”rosnę w siłę ”……..podejmuje decyzję .
Zostaje sama na polu bitwy …..sama ale nie samotna w sercu mieszka Bóg …..pomoże , nie zostawi mnie …..słyszę cichutkie ……
”nie bój się Ja jestem ………

Stacja 9

Trzeci upadek

Choroba nas pokonuje
Po cichutku , bez cienia skargi odchodzi ktoś , kto jest całym moim życiem …….
Hospicjum …….jak to strasznie brzmi …
Nie o takiej przyszłości marzy Matka , krzyż coraz cięższy jego ramiona nie do uniesienia ……..
Sprzęt , rurki …….coraz więcej rurek ……..coraz mniej Ciebie …….
Skazany za życia ………umieram co dzień z Tobą ……
Błagam weż mnie !!!!
Ulituj się ………daruj mu życie ………Krzyczę !!!!………..nie słyszy …
Boże jak boli ………jak strasznie boli ………..

Stacja 10

Pan Jezus z szat obnażony …

Nie mam już nic ……..prócz Ciebie ……
Już się nie buntuje ……..
Patrzę z umiłowaniem na Ciebie i cenię każdy dzień życia …
Odarta ze wszystkiego ………z szacunku , macierzyństwa , bólu i niesprawiedliwości ……….
stoję naga …………i mówię ………..Bij ………!!!!

Stacja 11

Jezus do Krzyża przybity

Bezradność ……….Masz już 11 lat …….Stoję u Twego krzyża Synku i mówię ……Nie lękaj się …….Jestem ……
Przez wszystko Cię przeprowadzę …….

Stacja 12

Jezus umiera naKrzyżu ……..

Boję się …….Tak strasznie się boję …..
ale przecież oddaję Cię w najlepsze ręce ……
nigdy nie Byłeś Mój ……..
zostałeś mi przekazany tylko na ”chwilkę ”………..
miałeś mnie ”nauczyć żyć ” !!!
nauczyć pokory !!!
pokochania trędowatych !!!
już widzę ………wiecej niż inni ……już potrafię się pochylić ……
…widzę Boga w każdym napotkanym Człowieku …..
—Czy o To …..Ci Chodziło Panie …….??
…………………………

Stacja 13

Jezus z Krzyża zdjęty ……….

Tulę twoje sponiewierane ciało ., wykrzywione rączki , rany po operacjach ……umęczone chorobą
tyle przeszliśmy ………..
tyle jeszcze przed nami ……….
nie będzie łatwo ……
nie zdążyły się zagoić jeszcze stare rany , na ich miejsce pojawiają się nowe …….
TAK BARDZO CIĘ KOCHAM ………
ale więcej kocham BOGA ……….i dlatego zgadzam się ze wszystkim co dostaje ……..
wreszcie !!!!………
”nie moja wola lecz Twoja niech się stanie ”………
Wszystko oddaje w Twoje ręce …….
tylko bądz ……..pomóż mi ………

Stacja 14

Zdjęcie z Krzyża ……….

Szczęśliwa jak nigdy dotąd ze swoim krzyżem codziennym ……..
Nie mam ”nic ” tylko tą chwilę RAZEM …….

Gdy docierasz do takiego momentu w swoim życiu , że już nic nie potrzebujesz prócz świadomości …….
że nie jesteś SAMA …….
On jest ……pomimo że wydaje Ci się że wszystko co najgorsze spotkało TYLKO CIEBIE ……
On czeka ……….
cichutko i wystarczy że pozwolisz mu wziąść się za rękę ……..
JEZU UFAM TOBIE …….
prowadz ………..

Drogi Jezu, nie mogę wytrzymać bólu jaki Ty cierpisz dla mnie ! Nie mogę znieść co musiałeś przechodzić dla mojego zbawienia ! Jeżeli przebijam mój palec igłą – krzyczę ! A Ty ? Gwóźdź przechodził przez Twoje przeguby rwąc Twoje ciało ! Czy kiedykolwiek zrozumiemy Twoje cierpienie, Panie ? A Ty jeszcze cierpiałeś z godnością mimo wszystko ! Panie, pomóż mi, żebym nigdy nie zadawał bólu innym i ponad wszystkimi, Panie, pomóż mi pokładać całą moją wiarę i nadzieję w Tobie ! Uzmysłowienie sobie Twojego przybicia gwoździami do krzyża, Panie, uczysz mnie jak daremne jest pokładanie nadziei w kogoś innego niż Ty. Ty wiesz, Panie, ile razy myślałem, że ktoś lub coś jest ważniejsze niż Ty. Ty wiesz również, że ilekroć zdarzało się to, wiele razy żałowałem tego ! Drogi Jezu, potrzebuję wiary w Ciebie !
 Paweł Paul Szeliga

Nie marnuj skarbu cierpienia! Jeżeli spotyka Cię jakiekolwiek cierpienie, to pamiętaj, że natychmiast trzeba ofiarować je Bogu, jednocząc się z cierpieniem Jezusa na krzyżu. Wtedy cierpienie nie będzie Cię niszczyć, lecz stanie się tak wielką łaską „że nikt z ludzi tego nie pojmie dostatecznie, większą niż dar czynienia cudów, bo przez cierpienie dusza mi oddaje, co ma najdroższego – swą wolę” – tak mówił Pan Jezus mistyczce Rozalii Celakównie. Nic tak nie otwiera człowieka na Boga i nic go tak nie może przemienić jak bezinteresowny dar cierpienia. Dlatego niech nikt nie zmarnuje najmniejszej okazji do ofiarowania Bogu każdego cierpienia: fizycznego czy duchowego; szczególnie trzeba ofiarowywać Bogu wszystkie swoje kryzysy, bunty, zniechęcenia, wszystkie lęki i cierpienia fizyczne. „Modlitwą i cierpieniem więcej zbawisz dusz aniżeli misjonarz przez same tylko nauki i kazania” (Dz. 1767) – mówił Pan Jezus św. Faustynie.
ks. Mieczysław Piotrowski TChr

Aby ofiarować swoje cierpienie – to znaczy zjednoczyć się z cierpieniem Jezusa na krzyżu – można posłużyć się następującą modlitwą: „Jezu, Boski Zbawicielu, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci swoje cierpienia fizyczne i udręki duchowe, w intencjach Kościoła świętego, kapłanów, osób niewierzących, uzależnionych od alkoholu, narkotyków, pornografii, w intencjach redakcji Miłujcie się! i apostolstwa życia (można też dodać swoje intencje). Proszę, otaczaj opieką rodziny, by mocą Twej łaski skutecznie oparły się zasadzkom złego ducha. Rodzicom daj miłość i odwagę, aby przyjęli każde poczęte dziecko i by bronili życia aż do naturalnej śmierci. Młodzieży i dzieciom daj serca czyste, wolne od wszelkich uzależnień, gotowe pełnić Bożą wolę. Spraw, aby krzyż, który dźwigam, stał się dla mnie źródłem odwagi, wyzwolenia i mocy, aby cierpienie nie odebrało mi nadziei, by wiara moja nie gasła, a miłość nie ustawała. A kiedy nadejdzie kres mego życia, przybądź po mnie i zaprowadź mnie do swego Królestwa. Amen”. Jeżeli nie jesteś w stanie łaski uświęcającej, to wyznaj Jezusowi wszystkie swoje grzechy w sakramencie pokuty i przebacz wszystko wszystkim, aby do nikogo nie chować urazy. Jeżeli korzystałeś(-łaś) z pomocy wróżbitów, bioenergoterapeutów i innej maści okultystów, to pamiętaj, że dobrowolnie otworzyłeś(-łaś) się na działanie sił zła, łamiąc pierwsze przykazanie Boże. Niezwłocznie wyznaj ten grzech Jezusowi i radykalnie zerwij wszelkie więzy, które Cię łączą z tymi siłami.
ks. Mieczysław Piotrowski TChr

Teraz może jesteś w fazie buntu, złości na Boga, że zabrał Ci ukochanego Tatę, że (tak jak napisałaś) zostawił Cię i zawiódł. Wiem co czujesz, bo sama przeżywałam podobne emocje i obraziłam się na Boga w ostatnią Wigilię. Dlaczego? Bo ubzdurałam sobie i wmówiłam, że dostanę od Boga wymodlony prezent (była nim poprawa relacji z bliską mi osobą) właśnie na Gwiazdkę, jak dziecko. A dostałam rózgę i jak dziecko obraziłam się na całe dwa miesiące na Boga, pogubiłam się w swoich relacjach z Nim, odrzuciłam na plan dalszy, bo mnie zawiódł i (w moim mnienamiu) oszukał. To był bardzo ciężki dla mnie czas, ale dałam radę, bo miałam przy sobie mądrych przyjaciół, którzy walczyli o mnie, o mój powrót do Boga, jak lwy. A może to Bóg walczył o mnie za ich pośrednictwem? 🙂 Będzie dobrze, to co złe minie i poczujesz, że Bóg jest cały czas przy Tobie i kocha Cię jeszcze bardziej, poczujesz, że jesteś jego ukochaną córką i Ty też pokochasz Go z jeszcze większą mocą i siłą. Uwierz mi, że tak będzie
Katarzyna

Jezu nie ukrywał, że droga do Jerozolimy wiedzie po krzyż.
Cierpienie nie ma sensu bez Chrystusa i Jego Krzyża.
To w tajemnicy krzyża cierpienie nabiera znaczenia.
Serca uczniów cierpiały, bo Jezusa czekała śmierć.
Kto nie ma wiary, ten tego nigdy nie pojmuje.
Ks. Ryszard Jabłoński

 

One thought on “Cierpienie ma sens.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *