DEPRESJA

DEPRESJA

Depresja stanowi obecnie czwarty najpoważniejszy problem zdrowotny na świecie – tak wynika z danych Według Światowej Organizacji Zdrowia. Depresja dotyka około 10 procent populacji.

 

Żyję, niestety

Po artykule w Newsweeku napisanym przez Pana Dawida Karpiuka moje myśli krążą właśnie wokół słowa „niestety”.
Śmiało mogę powiedzieć o sobie:
– niestety żyję
– niestety oddycham
– niestety jestem.
Mam wrażenie że nie ma dla mnie miejsca na tym świecie i w sumie nie trzyma mnie tu nic.
Nic sprawia, że życie stało się pieprzonym obowiązkiem.
Choroba odebrała mi wszystko o co tak bardzo starałam się walczyć przed diagnozą. Odebrała mi marzenia, plany, przyjaciół, miłość. Odebrała mi możliwość cieszenia się z życia.
Ludzie często zarzucają mi że zrzędzę, chcę zwrócić na siebie czyjąś uwagę, pragnąc litości, choć nie umieram na raka.
A czymże jest zaburzenie nastroju i osobowości jeśli nie rakiem duszy, który wyniszcza cię kawałek po kawałku, dzień po dniu, godzina po godzinie?
Nas chorych nie uznaje się za bohaterów, walecznych wojowników. Nas się określa mianem psycholi i odsuwa na odległość strzału. Tak jakbyśmy zarażali swoimi problemami.
Nie czuję się zrozumiana w społeczeństwie, w moim miejscu zamieszkania i rodzinie.
Większość z otaczających mnie ludzi uważa, że ja sobie tą chorobę wymyśliłam, że udaje cierpienie by wywołać u innych pożądane emocje.
Dlaczego tak uważają? Bo głośno mówię o swoim bólu? Bo szukam pomocy dosłownie wszędzie? Bo proszę by ktoś mnie zrozumiał i zechciał pomóc?
Dlaczego ludzie chętnie pomagają chorym na raka, a takim jak ja odmawiają wsparcia? W czym jesteśmy gorsi? Czy naprawdę nie zasługujemy na okazanie dobra?
Ludzie chętnie wpłacają na zbiórki chorych fizycznie. A co by się stało gdybym to ja założyła zbiórkę? Co zrobiliby ludzie gdybym poprosiła o wpłaty na moje leczenie psychiatryczne? Zapewne wyśmialiby mnie. Powiedzieliby że żebrze, że nie mam sumienia bo przecież nie umieram! Czyżby?
Umieram codziennie, wciąż od nowa. Każdy dzień jest dla mnie koszmarem. Ale kto to zrozumie?
Kiedyś gdy powiedziałam, że chcę się zabić usłyszałam słowa: „podać ci sznur czy nóż, a może tabletki?”, wypowiedziane z kpiną w głosie.
W końcu targnęłam się na życie. Odratowali mnie.
Nie jestem wdzięczna za uratowanie mnie bo mój koszmar nadal trwa.
Żyję, niestety.

Wczoraj wróciły do mnie przykre wspomnienia z lat maturalnych… Mama zachorowała wtedy na depresję… :(Wtedy jeszcze nie wiedziałam, nie zdawałam sobie sprawy co się dzieję. Uznałam to, że „tak po prostu jest”). Kłótnie, coraz mniej „kontaktu” między rodzicami były czymś „normalnym”. Wygadać się i z czasem nawet wypłakać się mogłam w szkole (błyskawicznie znaleźli się przyjaciele. Nie ze wszystkimi mam kontakt do dzisiaj, ale do końca życia będę ich dłużniczką…). Pamiętam słowa nauczycielki: „napisz mi wieczorem maila, co się dzieje”, otworzyłam się i historie poszły jak lawiny. Po lekcji zanim wyszłam z sali (jeśli to były to ostatnie zajęcia): „mów, co się dzieje?”. Pamiętam jak któregoś takiego dnia rano pokłóciłam się z tatą. Już miałam wracać do domu, nauczycielka też mogła śmiało wracać do domu, bo jej klasa poszła na wagary. Zamknęła drzwi i miałyśmy więcej czasu na rozmowę (nie wiedziałam, że można zaprzyjaźnić się z nauczycielem). Tego dnia, gdy wyszłam ze szkoły zaświeciło słońce po całym pochmurnym dniu, ja czułam się lepiej po wyrzuceniu z siebie wszystkiego. Na pytanie „mamy jak dzisiaj było?” odpowiedziałam: „Dobrze” (a w myślach, a nawet bardzo dobrze.)

Po maturze czekając na wyniki pojechałam kiedyś z mamą do psychoterapeuty i czekając przed gabinetem napisałam poniższy wiersz:

„Anioł Nadziei”

W trudnych momentach życia…

Myślisz: „to już koniec…

Nic mi się nie udaje…

Jestem do niczego…”

Wtedy przychodzi Anioł…

Anioł Nadziei i mówi:

„Nie wolno ci się poddawać!”

Z nadzieją (i uśmiechem) podążaj do celu!’

[zima 2008/2009, Warszawa]
Joanna Sadlik

Wszyscy zawsze mówili, że mam bardzo silny charakter. Być może przez sport i zawody, w których jako młoda dziewczyna zawsze brałam udział. Bardzo dużo trenowałam.
Jednak i ja miałam w swoim życiu czas, który pokazał mi, że jestem słaba i potrzebuję pomocy. Na pewno był to etap ciemności w moim życiu. Trwał kilka miesięcy. Pamiętam, że ciężko było mi wstać z łóżka, a jak już wstałam, to większość wydarzeń w ciągu dnia właściwie nie miała sensu. Przytłaczyło mnie wszystko i myślałam, że się z tego nie podniosę. Ten głos w głowie, który mówił mi: ” zostaniesz z tym wszystkim SAMA”.
To tak jakby chodzenie w ciemnej chmurze, którą nie wiadomo jak przegonić..
Dlaczego o tym mówię? Wiele osób się z tym zmaga, ale niestety mało prosi o pomoc…
Mnie pomógł najlepszy lekarz – JEZUS To do Niego zawołałam z całych sił:
– „Boże gdzie Ty jesteś? Już nie mam siły.”
Jego miłość mnie uzdrowiła. Nadała sens mojemu życiu. On jest Nadzieją, Drogą, Prawdą i Życiem! Kiedy myślałam, że straciłam wszystko w życiu, to odnalazłam to czego potrzebowałam – Jego obecność.
On przegonił ciemne chmury z mojego serca i umysłu. Na Jego Słowo całe piekło drży i ucieka.
Terapia to NIE WSTYD, tak samo jak rozmowa z bliską Ci osobą i przyznanie się do słabości.
Polecam lek duchowy: Psalm 91 ♡
Podaje również numery do wsparcia psychicznego/medycznego:
📍 22 484 88 01 – Antydepresyjny Telefon Zaufania
📍 116 123 – Kryzysowy Telefon Zaufania

Iwona Pietrala

Jestem Agata, mam 18 lat,
i od jakiegoś czasu, stwierdzoną depresję ze stanami lękowymi. W moim odczuciu, życie nigdy mnie nie rozpieszczało. Już w szkole podstawowej nie czułam się najlepiej wśród rówieśników. Byłam wycofana i zawsze robiłam wszystko po swojemu. W gimnazjum zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego, nie tylko na zewnątrz, ale także w środku. Zaczęły pojawiać się negatywne myśli na mój temat. Myśli w rodzaju „jestem niewystarczająca” lub „co by było, gdybym się nie urodziła”, stały się normalnością. Pojawiła się niewyjaśniona agresja i brak tolerancji. Wszystko mi przeszkadzało, każdą kłótnię chciałam rozwiązywać bójką. Moja tolerancja do poglądów ludzi, (innych niż moje), spadła najniżej jak mogła. Zaczęłam wyzywać ludzi innej orientacji, bo twierdziłam, że to przecież nie są ludzie. Teraz tego strasznie żałuję.
Następnie doszły straszne problemy z akceptacją samej siebie, wychodzeniem z domu, a w kolejnych etapach nawet z łóżka.
Nienawidziłam życia. Chciałam i mogłam całe dnie tylko leżeć i spać. Wychodzenie ze znajomymi? Zrobienie sobie jedzenia czy umycie zębów? To nie wchodziło w grę. Nie byłam w stanie robić najprostszych czynności. Stałam się wrakiem człowieka.
Doszło do tego momentu, że choć nie do końca wierzyłam w działanie Boga, to zaczęłam się modlić o śmierć. Chciałam zniknąć, zasnąć i nigdy się nie obudzić. Twierdziłam, że nie zasługuję na to, by żyć.
Mój stan z dnia na dzień się pogarszał. Wszystko stało się obojętne. Nie obchodziło mnie, co się ze mną stanie. Gdy przechodziłam przez ulicę, za każdym razem liczyłam na to, że wpadnę pod samochód. Nieprzespane noce, przepłakane wieczory, samookaleczenie, zero nauki i jakiejkolwiek motywacji. Wśród znajomych – uśmiechnięta, zawsze chętna do żartów. Dlatego też, nikt nie zauważył, że coś jest nie tak. W rzeczywistości, stan był krytyczny.
Chodziłam do kościoła, czasami się modliłam, śpiewałam nawet w parafialnym zespole. Wierzyłam w Boga, ale nie robiłam tego z jakąś miłością, chęcią wychwalania. Po prostu to była rutyna.
W wakacje 2019 poznałam księdza, który dopiero co przyszedł do naszej parafii.
Można powiedzieć, że od razu zauważył, jak zły jest mój stan. Zaczął mi pomagać. To dzięki niemu, udałam się na pierwszą wizytę do psychologa, a następnie do psychiatry, bo jak się okazało, terapia bez leków w moim przypadku, była po prostu bez sensu.
Mogłoby się wydawać, że jak dostałam leki, wszystko zaczęło się układać. Niestety było coraz gorzej. Czułam się, jakby moja dusza już dawno umarła, a żyło tylko ciało. Pragnęłam śmierci.
I z przekonaniem, że moje życie nie ma sensu, trwałam aż do lipca 2020 roku.
Właśnie wtedy dostałam informację, że odbędą się kilkudniowe rekolekcje. Znając siebie i swoje poczucie lęku wśród ludzi, od razu odmówiłam. Jednak propozycja się powtórzyła. Dostałam wiadomość, że może jednak bym pojechała, że te rekolekcje mogą mi pomóc. I choć naprawdę nie chciałam jechać, to w jednej chwili poczułam w sercu ukłucie, które podpowiadało mi, żebym spróbowała. W ten sposób, znalazłam się na rekolekcjach. Już pierwszego dnia płakałam w łazience, bo chciałam do domu, do swojego łóżka. Szczerze mówiąc, rekolekcje były dla mnie ogromnym wyzwaniem. Były strasznie trudne psychicznie, ale dla mnie także fizycznie – ciągle coś się działo, musiałam być na nogach. Płacz, ataki paniki, okropny lęk, że coś się zaraz stanie.
Ale przyszedł dzień, który zmienił wszystko. Dzień, który odmienił moje życie.
Wieczorna adoracja, podsumowująca całe rekolekcje. Stoję przed Najświętszym Sakramentem, od tyłu trzyma mnie animatorka, bo nie jestem w stanie sama utrzymać się na nogach. W kaplicy kilkadziesiąt osób, a ja mam wrażenie, że jestem tylko ja i On. Animatorka zaczyna się za mnie modlić, a ja w tej samej chwili wpadam w rozpacz, krzyk i płacz w jednym.
Udaje mi się wydusić z siebie słowa „Boże, oddaję to wszystko w Twoje ręce. Proszę, zabierz to ode mnie. Spraw, bym w końcu była szczęśliwa.” Uwaga, usłyszałam odpowiedź. „Dziękuję, że mi zaufałaś, teraz wszystko się zmieni.” Głos pochodził z każdej strony. Nie bałam się. Wiedziałam, że to On, że stoi obok i jest przy mnie. W końcu poczułam, jak bardzo mnie kocha. Wiedziałam, że już nie jestem sama.
Na rekolekcjach poznałam cudownych ludzi. Ludzi, którzy pokazali mi, że jestem coś warta.
Był chłopak, nazywa się Kuba. Szłam zapłakana korytarzem, a on podszedł do mnie, przytulił i powiedział, że jestem cudownym człowiekiem, że jestem silna i zasługuję na szczęście. Dzięki niemu, naprawdę w to uwierzyłam.
Z rekolekcji nie wyjechałam zdrowa. Wiedziałam, że przede mną jeszcze trudna i prawdziwa walka. Jednak tych kilka dni, pokazało mi, że to jeszcze nie koniec, że Bóg ma dla mnie plan. Wiedziałam, że kiedyś jeszcze będę szczęśliwa, tylko najpierw muszę o te szczęście zawalczyć.
Nie mówię, że życie jest proste i cudowne. Mówię, że życie jest cudem i każdy powinien to wiedzieć.
Dalej nie jest łatwo. Są dobre dni, ale zdarzają się też takie tygodnie, że faktycznie boli i jestciężko, że nie daję rady. Ale w takich momentach już się nie poddaję.
Teraz wiem, że mam Boga, który pragnie mojego szczęścia i zawsze jest przy mnie, nawet gdy tego nie czuję.
Z tego miejsca chcę zaapelować do wszystkich, którzy są w trudnych sytuacjach i myślą, że nie ma już dla nich ratunku. Swoim świadectwem chciałam wam pokazać, że ratunek jest zawsze – Bóg i wiara w Jego możliwości. Z Nim można wszystko, bo on pragnie waszego szczęścia.
Niemożliwe nie istnieje! Bądźcie silni.
Chwała Panu!

@Agata Burniewicz

Módlcie się tą niezwykłą nowenną za przyczyną taty św. Teresy z Lisieux! On sam pod koniec życia cierpiał na zaburzenia psychiczne.

Św. Ludwik też cierpiał na depresję

Święci Małżonkowie Zelia i Ludwik Martin prowadzili dom, w którym panowała wiara, miłość i radość. Wychowali pięć córek. Wszystkie zostały zakonnicami; jedną z nich była św. Teresa z Lisieux. Kiedy Zelia zmarła na raka piersi w wieku 45 lat, Ludwik został wdowcem i sam musiał opiekować się pięcioma córkami, w wieku od 4 do 17 lat.

Zapewnił im uporządkowane i stabilne życie, w którym było miejsce na gry, modlitwę i lekturę duchową. Jednak po pewnym czasie, prawdopodobnie na skutek przebytych wylewów, Ludwik Martin zaczął podupadać na zdrowiu psychicznym. Zachowywał się dziwnie i znikał niekiedy na całe dnie z domu.

Jego niezrozumiałe zachowanie i oddalanie się od domu stały się dla rodziny problemem. W końcu został oddany pod opiekę zakonnic prowadzących zakład opiekuńczy Dobrego Zbawiciela w Caen.

Ludwik Martin i jego rodzina przyjęli to wyzwanie z wiarą, uznając je za próbę, która ma ich oczyścić. W chwili większej jasności umysłu, Ludwik Martin zwierzył się swemu lekarzowi: „Wiem, dlaczego Dobry Bóg zesłał mi tę próbę: nigdy w swoim życiu nie doświadczałem upokorzeń, więc muszę przeżywać je obecnie”.

Tak pisała o tym okresie św. Teresa:

W Niebie będziemy odczuwać radość, myśląc o tych ciemnych dniach wygnania. Jednak mnie samej te trzy lata męczeństwa Tatusia wydają się najsłodszym i najbardziej owocnym okresem w naszym życiu. Nie zamieniłabym ich na najwznioślejszą ekstazę. Moje serce woła z radości za otrzymany tak bezcenny dar: „Cieszyliśmy się na dni, w których obdarzono nas cierpieniem”. Ten gorzki krzyż był dla nas bezcenny i słodki, a serca nasze wydawały westchnienia wdzięcznej miłości. Już nie kroczyliśmy, lecz biegliśmy, czy nawet wzlatywaliśmy ku doskonałości.

Nowenna – dzień 1

Św. Ludwiku, doświadczyłeś zarówno wielkiego szczęścia, jak i bezbrzeżnej rozpaczy, i w obu pozostałeś niezachwiany w wierze. Pomóż nam widzieć Boga w czas naszej próby, nawet wtedy, gdy powtarzamy za Psalmistą

Jak długo, Panie, całkiem o mnie nie będziesz pamiętał?
Dokąd kryć będziesz przede mną oblicze?
Dokąd w mej duszy będę przeżywał wahania,
a w moim sercu codzienną zgryzotę?
Jak długo mój wróg nade mnie będzie się wynosił? (Psalm 13)

Panie, przez wstawiennictwo św. Ludwika Martin, podźwignij tych, którzy zmagają się z depresją, lękami, demencją i innymi problemami psychicznymi, i wyprowadź ich z ciemności do swojego przedziwnego światła.

Ojcze nasz…
Zdrowaś Maryjo…
Chwała Ojcu…

Amen

Dzień 2

Św. Ludwiku, wraz z Zelią napełnialiście swój dom tak wielką miłością, że daliście światu świętych. Jednak największa nasza pobożność nie chroni nas przez utratą bliskich nam osób i towarzyszącym jej smutkiem. Powtarzamy wraz z tymi, którzy opłakują zmarłych i napełnieni są smutkiem:

Moja dusza nie zaznaje spoczynku ze zgryzoty: podźwignij mię zgodnie z Twoim słowem! (Psalm 119)

Panie, przez wstawiennictwo św. Ludwika Martin, podźwignij tych, którzy zmagają się z depresją, lękami, demencją i innymi problemami psychicznymi, i wyprowadź ich z ciemności do swojego przedziwnego światła.

Ojcze nasz…
Zdrowaś Maryjo…
Chwała Ojcu…

Amen

Dzień 3

Św. Ludwiku, doświadczyłeś próby zaburzenia umysłu. Zanieś nasze modlitwy do naszego Ojca Niebieskiego, aby w sercu i życiu naszym zapanował pokój.

Tyś dla mnie ucieczką: z ucisku mnie wyrwiesz, otoczysz mnie radościami ocalenia. (Psalm 32)

Panie, przez wstawiennictwo św. Ludwika Martin, podźwignij tych, którzy zmagają się z depresją, lękami, demencją i innymi problemami psychicznymi, i wyprowadź ich z ciemności do swojego przedziwnego światła.

Ojcze nasz…
Zdrowaś Maryjo…
Chwała Ojcu…

Amen

Dzień 4

Św. Ludwiku, Twoja córka Teresa doświadczyła głębokiej depresji, przechodziła okres utraty wiary, a nawet miała myśli samobójcze. Ty jednak pozostałeś dla niej wsparciem. Obyśmy my także okazywali wsparcie innym, pomimo przeciwności, których sami doświadczamy.

Skłoń ku mnie ucho, pośpiesz, aby mnie ocalić. Bądź dla mnie skałą mocną, warownią, aby mnie ocalić. (Psalm 31)

Panie, przez wstawiennictwo św. Ludwika Martin, podźwignij tych, którzy zmagają się z depresją, lękami, demencją i innymi problemami psychicznymi, i wyprowadź ich z ciemności do swojego przedziwnego światła.

Ojcze nasz…
Zdrowaś Maryjo…
Chwała Ojcu…

Amen

Dzień 5

Św. Ludwiku, niech nasi bliscy nigdy nie zapomną słów Twojej córki, św. Teresy: „Jedno słowo, jeden miły uśmiech wystarczają często, aby rozweselić jakąś smutną duszę”. Umacniaj moich najbliższych z problemami zdrowia psychicznego i osoby opiekujące się nimi.

Czemu jesteś zgnębiona, moja duszo,
i czemu jęczysz we mnie?
Ufaj Bogu, bo jeszcze Go będę wysławiać:
Zbawienie mego oblicza i mojego Boga. (Psalm 42)

Panie, przez wstawiennictwo św. Ludwika Martin, podźwignij tych, którzy zmagają się z depresją, lękami, demencją i innymi problemami psychicznymi, i wyprowadź ich z ciemności do swojego przedziwnego światła.

Ojcze nasz…
Zdrowaś Maryjo…
Chwała Ojcu…

Amen

Dzień 6

Św. Ludwiku, złączmy jak Ty swoje cierpienie z cierpieniem Chrystusa. Bądźmy blisko Niego niosąc nasz własny krzyż.

Pan jest blisko skruszonych w sercu i wybawia złamanych na duchu. (Psalm 34)

Panie, przez wstawiennictwo św. Ludwika Martin, podźwignij tych, którzy zmagają się z depresją, lękami, demencją i innymi problemami psychicznymi, i wyprowadź ich z ciemności do swojego przedziwnego światła.

Ojcze nasz…
Zdrowaś Maryjo…
Chwała Ojcu…

Amen

Dzień 7

Św. Ludwiku, w Twojej chorobie wspierała Cię z wielką miłością rodzina, przyjaciele i opiekunowie. Pomóż wszystkim wokół nas, obcym i znajomym, otworzyć oczy na cierpiących rozterki duszy. Daj nam otoczyć ich samarytańską miłością, opatrzeć ich rany i podnieść ich na duchu.

Jestem zgnębiony, nad miarę pochylony,
przez cały dzień chodzę smutny.
Jestem nad miarę wyczerpany i złamany;
skowyczę, bo jęczy moje serce.
Nie opuszczaj mnie, Panie,
mój Boże, nie bądź daleko ode mnie!
Spiesz mi na pomoc,
Zbawienie moje – o Panie! (Psalm 38)

Panie, przez wstawiennictwo św. Ludwika Martin, podźwignij tych, którzy zmagają się z depresją, lękami, demencją i innymi problemami psychicznymi, i wyprowadź ich z ciemności do swojego przedziwnego światła.

Ojcze nasz…
Zdrowaś Maryjo…
Chwała Ojcu…

Amen

Dzień 8

Św. Ludwiku, zaufałeś Panu, choć czasem mogło Ci się wydawać, że milczy w obliczu prób, których doświadczałeś. Obyśmy zawsze pokładali swą ufność w Miłosiernym Bogu, który nie zapomina o nas nigdy, nawet wtedy, gdy czujemy się najbardziej opuszczeni.

Ja zaś zaufałem Twemu miłosierdziu;
niech się cieszy me serce z Twojej pomocy,
chcę śpiewać Panu, który obdarzył mnie dobrem. (Psalm 13)

Panie, przez wstawiennictwo św. Ludwika Martin, podźwignij tych, którzy zmagają się z depresją i wyprowadź ich z ciemności do swojego przedziwnego światła.

Ojcze nasz…
Zdrowaś Maryjo…
Chwała Ojcu…

Amen

Dzień 9

Św. Ludwiku, módl się za nami i za osobami pogrążonymi w depresji, przeżywającymi lęki i cierpiącymi na zaburzenia psychiczne oraz tymi, którzy służą im pomocą.

Widziałem jego drogi, jednak chcę go uzdrowić oraz go prowadzić,

i wrócić mu pocieszenie oraz jego płaczącym.

Wyleję słowo ust: Pokój, pokój dalekiemu i bliskiemu – mówi Wiekuisty,

i go uzdrowię. (Iz 57)

Panie, przez wstawiennictwo św. Ludwika Martin, podźwignij tych, którzy zmagają się z depresją, lękami, demencją i innymi problemami psychicznymi, i wyprowadź ich z ciemności do swojego przedziwnego światła.

Ojcze nasz…
Zdrowaś Maryjo…
Chwała Ojcu…

Amen

Po 14 latach walki z depresją mogę śmiało powiedzieć że żyję i mam się dobrze 
Paweł Paul Szeliga

Byłam w depresji kilka lat. Wiem co to kajdany niemocy fizycznej i psychicznej. Spowolniony tok myślenia, uczucie bycia poturbowanym na całym ciele i umyśle i ten strach przed wyjściem na zewnątrz domu, zejście z dwóch schodów.!!! Zawroty głowy, apatia. Brałam leki przepisane od lekarza, ale niby lepiej, na chwilę tylko, krótka odwaga śmiałość. Najlepiej czułam się gdy ktoś mi towarzyszył w wyjściu do Urzędu Pracy czy do innych potrzebujących mojej osoby wydarzeń. W 2001 roku w dniu kolejnej wizyty w Urzędzie zostałam sama w domu. Dzieci już same jeździły autobusem, mąż do pracy na cały dzień. Już w nocy bez snu spokojnego, cały ranek odkładanie wyjścia na następny autobus.
Płakałam, ryczałam na klęczkach, prosząc Boga o ratunek, o spokojny przejazd dwoma autobusami i powrót do domu. W trakcie tego zdawania się na Bożą Opatrzność, dosłownie ciężar zszedł ze mnie…odetchnęłam.
Ulgę poczułam i pewność okolicy serca, brzucha, w głowie lżej, jaśniej już bez strachu. Pojechałam na ostatnią chwilę i wróciłam bez problemu. Jakbym na nowo świat widziała.
Po powrocie ze łzami radości klęknęłam dziękując Bogu za łaskę impomoc, zdrowie i pokój wewnętrzny.
Kiedy poszłam do lekarza na kontrolną wizytę, pani doktor powiedziała mi tak : mogę przepisać różne leki na to schorzenie, nawet jakie pani tylko chce, ale nie znaczy to, że pomogą, bo trzeba chcieć wydobyć się samemu!!! Wyzdrowieje pani gdy sama uwierzy w siebie, wtedy szybko wróci do zdrowa. Zrozumiałam, że uwierzyłam w siebie, wtedy gdy się Boga kurczowo złapałam, zawierzyłam, a On mnie wyzwolił.
Kochani, historia św Brata Alberta wstrząsnęła mną i ból odrzucenia mnie przeszył.
Nigdy nikogo nie odtrącajmy, starajmy się rozmawiać, szukać wyjścia, ratować i człowieka, i jego biedną, okaleczoną duszę.
Elżbieta Pilecka

Moja siostra Olga, ktora urodzila bardzo wyczekiwanego synka ,niestety odebrala sobie zycie w tą środę.
Olga byla bardzo kochaną osobą, pomagala wielu ludziom, byla psychologiem, ale przede wszystkim byla bardzo usmiechnietą i pozytywną osobą.
Będzie nam jej bardzo brakować.
Olga zachorowala na depresje w ciagu ostatnich kilku miesiecy. I choroba ja zabrala.
Ten kto przeżyl depresję, ten wie. Ja również bylam bliska odebrania sobie życia, I to nie jest tak, że ludzie myślą, ze się to kontroluje ,przychodzi moment, impuls i jest już nie do opanowania.
Jak już wspominałam, Olga byla bardzo dobrym czlowiekiem ♥️ ale byla trochę na bakier z wiarą. Ona dopiero jak zachorowala to zaczęla się modlić. Ja wierzę, że Bóg jest nieomylny. Jemu chodzi przede wszystkim o nasze zbawienie. Dla każdego ma plan zbawczy. Jest to łaską,  że gdy Olga odeszla i zostawila mnie i mame na Ziemi, ponieważ  modlimy się za jej duszę,  żeby dostala sie do Krolestwa Bożego.
Ja nawet nie wierzę, ja wiem, że tak mialo być. Gdyby nie mialo być, Pan poruszyl by serca domowników i obudziliby się i ją zatrzymali.
Serce jest zlamane, będę tak czlowieczo tęsknić, ale wiem, że Pan wie gdzie ten świat dąży. I zdecydowal, że ją zabierze do siebie, Bo tylko tam znajdzie Olga ukojenie.  Ja to wiem. Nawet nie wierzę, tylko wiem.
Na tydzień przed jej odejściem przysnil mi sie Jezus, byl caly w jasności, niepojetej jasnosci. Przysnil mi sie caly bialy, I mowil mi tak do serca, że On jest niekończącą się milością, że jest milosierny i dla nas po to umarl na krzyżu. I żebym mu zaufala. Czulam przeogromną milość, taką przeszywającą na wskroś.
On potem pokazal mi Eucharystię, wziąl Eucharystię do rąk I trzymajac opłatek w dloniach powiedział, że to jest na pamiatkę Jego wszechmocnego, niekończącego się milosierdzia.
Ja wtedy zrozzumialam ze Eucharystia jest wielkim darem. I zaczelam przystepować do Komunii często. Tak jakby Pan chcial mnie wypelnić swoją laską, przygotowując mnie na odejście Olgi.
Ja od razu zrozumialam, że to o zbawienie chodzi, jak Olga odeszla. Duch Swiety od razu to mi przekazal i moja mama też to tak rozumie. I my oczywiscie czasem placzemy, ale to nad sobą placzemy, nad tesknotą,  ktora tu na Ziemi zostanie. Ale jesteśmy wdzieczne Panu, że i o Olge się zatroszczyl aby miala zycie wieczne. Co za laska że my zostaliśmy i możemy się za nią modlić.
Bóg jest nieomylny. My jesteśmy pielgrzymami i nasze życie tu na Ziemi tylko po to by na końcu dojść do domu Pana.
Przypomnialam sobie, że jeszcze dzień przed śmiercią Olgi zawierzylam sie Maryi. I jak tu mieć watpliwości, że to nie byl plan zbawczy?
Szczęść Boże.
Agata Kanarek

Tak też wygląda depresja. Walczę z nią, choć może tego nie widać.
Niespełna dwa lata temu postawiono mi tę diagnozę. Zostało nazwane to, z czym zmagam się w sumie od bardzo dawna. Wjechały więc leki, była terapia. Pomogło mi to przejść przez bardzo trudny wtedy okres czasu.
Mam dużo zrozumienia i współczucia dla tych, którzy z nią się zmagają. Bo depresja jest bardzo podstępną i ciężką chorobą. I uwielbia się ukrywać, a my razem z nią.
Jeśli masz obok siebie kogoś, kto na nią choruje – błagam – nie pocieszaj w stylu: „będzie dobrze!”, „weź się w garść!”. Potrzebna jest obecność, a nie puste frazesy.
Życie z depresją jest jak ciągłe przeżywanie Psalmu 23: idziesz ciemną doliną, tracisz nadzieję, a potem wychodzi słońce. Łapiesz siłę na trudne dni.
Błogosławię Cię. Szczególnie, jeśli i Ty toczysz w sobie tę trudną walkę; walkę ciemności ze światłem.
Krzysztof Freitag

 

Bardzo dobrze pamiętam noc sprzed lat podczas której powstał ten… autoportret. To była bardzo ciężka noc spowita cierpieniem ogromnego ciężaru depresji. Powód? Nie znam. Miałam i nadal mam najlepszych rodziców na świecie, nie przeżyłam żadnej traumy ani nie miałam większych problemów a jednak mnie to dopadło.

Przez długie lata moje wnętrze wyglądało jak ten rysunek. Nie miałam żadnej chęci do życia, męczyło mnie przejście z pokoju do kuchni a umycie zębów stało się nie lada wyzwaniem.
Nie pomogły leki od psychiatry, nie pomogli rodzice, brat ani przyjaciele. Nikt nie widział mojego cierpienia a jeśli widział to nie rozumiał no bo przecież nie mam żadnego sensownego powodu aby cierpieć. W końcu jestem młoda i powinnam cieszyć się życiem a tymczasem ja doszłam do momentu w którym chciałam odejść z tego świata.
Myśl o samobójstwie wydawała się coraz bardziej realna a każdy dzień był okrutną męką w której musiałam udawać, że żyję a tak naprawdę w środku trawiła mnie rozpacz.
Może to trywialne ale przy życiu utrzymało mnie marzenie o dniu dzisiejszym, marzenie o dniu w którym będę szczęśliwa.
Ten dzień przyszedł i trwa w tym momencie. Dzisiaj jestem szczęśliwa.
Wiem kto w mym sercu złożył tę nadzieję. Kto każdego dnia mnie budził i mówił „Domi przeżyjesz”. Kto towarzyszył mi podczas każdej takiej nocy i nic nie mówił tylko był ze mną i ocierał moje łzy.
Żyję tylko dlatego, że Bóg mnie nie opuścił.
Mam gdzieś to co świat mówi na temat Jezusa, mam gdzieś teorię i filozoficzne rozkminy na temat tego czy Bóg jest czy go nie ma. Nie interesuje mnie przesadna religijność czy instytucja.
Ja wiem dzięki komu żyję i kto za pośrednictwem sakramentu namaszczenia chorych uzdrowił mnie z depresji.
Bóg wyciągnął mnie z rozpadliny i każdego dnia daje mi szczęście i prawdziwą wolność. Daje mi siłę i odwagę a w gorszych chwilach podnosi i prowadzi mnie dalej.

Jestem wdzięczna za życie i kocham je bardzo mocno a moim doświadczeniem dzielę się bo Jezus żyje, kocha i czyni cuda.

„Zamieniłeś w taniec mój żałobny lament,
wór zdjąłeś ze mnie, obdarzyłeś radością,
Aby wciąż moje serce Tobie psalm śpiewało.
Boże mój i Panie, będę Cię sławił na wieki.” – Psalm 30

Dominika Jaźwicka

Trzeba choć jeden raz
Nad przepaścią stanąć,
Gdzie przestaje serce bić.
Kto nie spojrzał prawdzie w oczy
Nie wie co to znaczy żyć.
Tą piosenkę śpiewamy czasem na naszych spotkaniach. O. Grzegorz podaje nutę na gitarze, a my wchodzimy „baranimi” głosami. Łatwo się wczuwamy bo wiemy o czym to jest.
Kto nie przeżył depresji nie będzie znał znaczenia słowa „depresja’. Zna tylko definicję. Kto nie cierpi na nerwicę lękową, ten jeszcze mało wie o lęku. Kto nie był na  „dżwiękach”  nie wie czym jest upokorzenie i samotność więźnia. Kto nie walczył z pokusą, nie był na prawdziwej wojnie.
Ale czy nie są to doświadczenia, które znamy wszyscy, albo które wcześniej czy później pozna każdy z nas….
Roman Zięba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *