Browsed by
Autor: Zofia

Jarosław Ruciński

Jarosław Ruciński

Jestem Jarek — człowiek pełen pasji, energii i głębokiej wiary w Jezusa. Moje serce bije mocno dla ludzi, kocham ich szczerze i bezwarunkowo. Staram się okazywać miłość w codziennych gestach dobroci i pomocy, nawet wtedy, gdy sam zmagam się z trudnościami. Jestem narwany, co dodaje mi odwagi i spontaniczności. Nie boję się wyzwań i potrafię z impetem realizować swoje cele, choć czasem moja energia może zaskakiwać innych. Kocham morze — jego bezkres i spokój są dla mnie źródłem ukojenia i inspiracji, miejscem, gdzie odnajduję siłę i nadzieję.

Moje dzieciństwo nie było łatwe. Uderzyłem się o kant stołu, co wpłynęło na moją wymowę. Chodziłem na zajęcia logopedyczne, ale w szkole spotkałem się z niezrozumieniem i wyśmiewaniem ze strony rówieśników, którzy nie rozumieli, co mówię. To było bolesne, ale nie złamało mojego ducha. Nauczyło mnie wytrwałości, siły i pokory. Dodatkowo byłem krzywdzony przez mężczyznę, co zostawiło głębokie ślady w moim sercu i umyśle. W mojej rodzinie problemem był alkohol, ale pił tylko tata, który często bił moją mamę. Zdarzały się ucieczki z mieszkania, bo sytuacja w domu była trudna i pełna napięć. Te doświadczenia jeszcze bardziej ukształtowały moją wytrwałość i pragnienie znalezienia spokoju.

Mimo tych ran nie zatraciłem wiary ani zdolności do kochania. Droga do uzdrowienia była trudna, ale dzięki wierze i wsparciu bliskich potrafiłem iść dalej, szukając pokoju i sensu. Przez to wszystko odnalazłem prawdziwy sens życia w Bogu, w Jezusie Chrystusie. Chodzę do kościoła i modlę się za wszystkich — za tych, którzy mnie wspierają, za tych, którym pomagam, i za tych, którzy jeszcze szukają swojej drogi. Życie nie oszczędzało mi bólu. Choruję na różne przewlekłe schorzenia, miałem zawał serca i kilka poważnych operacji. Przeżyłem dramatyczne chwile, gdy zostałem zaatakowany przez bandytę i cudem uszedłem z życiem. W pracy wybuchł piec, a siła eksplozji wyrzuciła mnie na około 20 metrów przez drzwi, futrynę i okna. Na szczęście nic poważnego mi się nie stało, choć sytuacja była groźna. Przeżyłem też poważny pożar z poparzeniami trzeciego stopnia, które zostawiły trwały ślad na moim ciele i duszy. Ze względu na te problemy zdrowotne i traumy nie jestem w stanie podjąć pracy, co jest dla mnie dodatkowym ciężarem.

Mimo to nie zatraciłem wiary ani chęci do życia. Walka z chorobą i przeciwnościami losu jest dla mnie świadectwem siły ducha i determinacji.

Wszystko zaczęło się w kościele w Łagiewnikach, gdzie w głębokim bólu i rozpaczy płakałem, prosząc Pana Jezusa o wsparcie i o siłę, by przestać pić. To był moment szczerości i pokory, kiedy z całego serca zwracałem się do Niego, szukając pomocy w walce z nałogiem, który zdawał się mnie pochłaniać. Czułem, że tylko dzięki Jego łasce mogę odnaleźć prawdziwą wolność i pokój ducha. W głębi serca usłyszałem ciche, ale mocne słowa: „Będzie dobrze.” To było dla mnie jak światło w ciemności, obietnica, że nie jestem sam i że moja walka ma sens. Te słowa dodały mi odwagi i nadziei, by nie poddawać się, nawet gdy droga była trudna.

Kilka dni później Pan Jezus Chrystus przyszedł do mnie we śnie. To niezwykłe doświadczenie napełniło mnie pokojem i miłością. Poczucie Jego obecności i wsparcia dodało mi siły, by kontynuować walkę z nałogiem. Ten sen był dla mnie potwierdzeniem, że Bóg jest blisko mnie i że moja droga ku trzeźwości jest słuszna. Wkrótce potem usłyszałem Jego słowa: „Jeśli chcesz mojej pomocy, dam ci ją, tylko musisz zaufać.” To wezwanie do zaufania stało się fundamentem mojej przemiany. Zrozumiałem, że nie muszę iść tą drogą sam, że mogę liczyć na Boże wsparcie, jeśli tylko otworzę się na Niego całym sercem. Niestety, moja droga nie była łatwa. Trafiłem do więzienia, gdzie przeżywałem ogromne cierpienie i poczucie niesprawiedliwości. Płakałem, bo czułem się niewinny, a ból i rozczarowanie dotykały mojego serca i duszy. W tych chwilach zwracałem się do Pana Jezusa, prosząc o sprawiedliwość, siłę i pokój ducha. Wiara była moją ostoją, która pomagała mi przetrwać najtrudniejsze chwile i nie zatracić nadziei. Z czasem zrozumiałem, że to wszystko miało swój cel w Bożym planie. Przyjąłem to z pokorą i wiarą, że Bóg prowadzi mnie ku lepszemu, nawet jeśli droga jest pełna cierpienia i wyzwań. Ta świadomość umocniła moją relację z Bogiem i dała mi siłę, by iść dalej. W więzieniu otrzymałem od nieznajomego człowieka Stary Testament. Ten dar był dla mnie niezwykle cenny — zawierał mądrość i przesłania, które pomagały mi zrozumieć Boży plan i Jego obecność w moim życiu. Nie sięgnąłem po niego od razu, lecz schowałem pod poduszkę, a zacząłem czytać dopiero po miesiącu, kiedy byłem gotów otworzyć się na Boże słowo. Każda przeczytana strona umacniała moją wiarę i dawała nadzieję. Jeszcze większym błogosławieństwem był Nowy Testament, który podarował mi inny człowiek, zupełnie obcy, nieznający mnie osobiście. To był znak, że Bóg działa przez ludzi, którzy niosą Jego miłość i wsparcie, nawet bez osobistej znajomości. Ten gest dobroci i miłości był dla mnie potwierdzeniem, że nie jestem sam i że Boża opatrzność jest obecna w moim życiu na każdym kroku. Mimo trudnych warunków w więzieniu starałem się pomagać słabszym. To dawało mi poczucie sensu i umacniało moją wiarę. Nauczyłem się, że nawet w najtrudniejszych sytuacjach można być światłem dla innych i świadectwem Bożej miłości. Zacząłem poświęcać wiele czasu na modlitwę i czytanie Biblii — nawet po cztery godziny dziennie. Ten czas medytacji nad Słowem Bożym stał się fundamentem mojej duchowej przemiany. Dzięki temu zyskałem głębszą więź z Panem Jezusem, siłę do pokonywania trudności oraz pokój serca, którego wcześniej nie znałem. Mimo chwil zwątpienia i trudności, pamiętałem słowa Pana Jezusa: „Jak mi zaufasz, to ci pomogę.” Te słowa były dla mnie światłem w ciemności, dawały nadzieję i siłę, by nie poddawać się. Później adwokat mnie uniewinnił, co było dla mnie kolejnym dowodem na to, że Bóg prowadzi mnie ku wolności i sprawiedliwości. W międzyczasie jednak zachorowałem na bardzo poważną chorobę — półpasiec. Był to czas fizycznego cierpienia i próby, która wymagała ode mnie siły i zaufania do Bożej opatrzności. Mimo bólu, modlitwa i wiara pomagały mi przetrwać ten trudny okres, umacniając moją duchową drogę. Po wyjściu z więzienia przez półtora miesiąca bardzo poważnie chorowałem. To był czas ogromnego cierpienia i słabości, który wymagał ode mnie nie tylko siły fizycznej, ale przede wszystkim duchowej wytrwałości. W tych chwilach modlitwa i zaufanie do Pana Jezusa były moją ostoją i źródłem nadziei. Dzięki Bożej łasce i wsparciu bliskich zacząłem powoli wracać do zdrowia.

Kilka lat temu przeżyłem bardzo trudny i bolesny okres w moim życiu. Wpadłem w złe towarzystwo, które miało na mnie destrukcyjny wpływ. Byłem ofiarą przemocy — zostałem pobity, a nawet zaatakowany nożem. Po tym brutalnym ataku trafiłem do szpitala, gdzie spędziłem prawie dwa miesiące. Lekarze dawali mi tylko 3% szans na przeżycie. Byłem na granicy życia i śmierci, a każdy dzień był walką o to, by pozostać przy życiu. Wtedy myślałem, że to będzie moment przełomowy i że już nigdy nie sięgnę po alkohol. Poszedłem do kościoła, gdzie z całego serca prosiłem Boga o siłę, by nie sięgać po alkohol i by zmienić swoje życie na lepsze. Ta modlitwa była dla mnie początkiem nowej drogi. Niestety, mimo szczerych chęci, z czasem znów zacząłem pić. Co gorsze, później zacząłem także palić papierosy. Często łączyłem picie piwa z paleniem, co jeszcze bardziej pogłębiało moje problemy zdrowotne i psychiczne. Ten okres był pełen trudnych wyborów i upadków, ale także ważnych lekcji. Dodatkowo przeżyłem dramatyczne wydarzenie — zostałem podpalony przez kogoś. To doświadczenie jeszcze bardziej uświadomiło mi, jak kruche jest życie i jak ważne jest, by walczyć o siebie i swoje zdrowie. Pomimo tych wszystkich trudności, starałem się znaleźć siłę, by iść dalej i zmieniać swoje życie na lepsze. Moja wiara, determinacja oraz wsparcie bliskich stały się fundamentem, na którym zacząłem budować nowe życie, wolne od nałogów i złych wpływów.

Przez całe życie pomagałem biednym, słabym i chorym, ofiarując im swoje serce, czas i wsparcie. Przygarnąłem Pawła z domu dziecka, dając mu dom i serce, choć niestety zostałem sam z rozczarowaniem, gdy odszedł. Pomagałem także Kamili, dziewczynce z Ukrainy, oraz Kasi, matce trójki dzieci, oferując im troskę i wsparcie w trudnych chwilach. Mimo że wielu, którym pomagałem, odeszło, umarło lub zostawiło mnie bez słowa, nie zatraciłem wiary ani miłości do ludzi. To doświadczenie nauczyło mnie, że prawdziwa wartość przyjaźni i relacji opiera się na wzajemności i szczerości. Choć czasem czuję się zraniony i samotny, moje serce pozostaje otwarte, a ja sam — silny i pełen nadziei, gotowy kochać i ufać na nowo. Jestem człowiekiem o niezwykłej wrażliwości i sile, która często kryje się za moją narwaną naturą. Moja energia i impulsywność są wyrazem autentyczności i szczerości — nie boję się być sobą, nawet jeśli czasem oznacza to stawianie czoła trudnościom i nieporozumieniom. W głębi serca jestem osobą pełną ciepła i empatii. Moja miłość do Jezusa i ludzi jest fundamentem, na którym buduję swoje życie. Potrafię słuchać i rozumieć, choć sam często noszę w sobie ciężar własnych przejść i rozczarowań. Kocham morze nie tylko jako miejsce, ale jako symbol wolności, spokoju i nieskończonych możliwości. To tam odnajduję ukojenie dla ducha i siłę do dalszej walki z przeciwnościami losu. Choć życie nie oszczędzało mi bólu — choroby, samotności, zdrady, rozczarowań, a nawet zagrożenia życia — nie zatraciłem w sobie nadziei i wiary. Moje serce, choć zranione, pozostaje otwarte na miłość i przyjaźń. Potrafię kochać i ufać na nowo, pokazując, że prawdziwa siła tkwi w wytrwałości i gotowości do przebaczenia. Nieustannie szukam sensu i głębi w życiu, cenię prawdę i autentyczność ponad wszystko. Moja historia jest świadectwem, że nawet w obliczu bólu, rozczarowań i samotności można zachować wiarę, nadzieję i miłość. Mimo że poświęcałem się pomocy innym, często czuję, że mogłem zrobić więcej — to pragnienie by być lepszym i kochać jeszcze mocniej napędza mnie każdego dnia. Tak właśnie jestem — człowiekiem, który umie kochać całym sercem, mimo ran i trudności, i który nie przestaje iść dalej, niosąc dobro tam, gdzie jest potrzebne.

Ewa Niedziela

Ewa Niedziela

Martin PJ

Martin PJ

Minął rok od najazdu Rosji na Ukrainę i oby nie było kolejnej rocznicy !!!
W dniu inwazji, wieczorem pojechałem na spotkanie modlitewne, co zaplanowałem tydzień wcześniej.
Tego dnia modlitwę miał poprowadzić świecki gość, współczesny apostoł jak nazwała go zagadnięta przeze mnie w tramwaju zakonnica.
I szczerze mówiąc, to właśnie jego obecność we Wrocławiu wyciągnęła mnie tego dnia z domu.
Wcześniej nie „chorowałem na głowę”, a jednak w 2021 zaniemogłem i życie się skomplikowało. Depresja, bo o niej mowa, była mi obca choć w rodzinie bywała obecna to jednak dopiero gdy osobiście jej doświadczyłem, zrozumiałem czym jest. Dzisiaj wiem, że kto jej nie miał ten raczej nie zrozumie chorego. Dlatego tak ważna jest empatia, a zwłaszcza wiara – wiara w słowa chorej osoby i bezwarunkowa ich akceptacja.
Wszedłem do tej gotyckiej świątyni lekko spóźniony, a widząc wielu stojących ludzi zmartwiłem się, że nie ma już miejsc siedzących.
Szukałem wolnej przestrzeni w ławkach i udało się wcisnąć. Usiadłem, a mój kręgosłup mi podziękował.
Ksiądz coś powiedział, zagrała gitara, śpiew… Później mówił ten gość, mówili też inni, a jeszcze później rozpoczęła się wspólna modlitwa i śpiew wzywające Ducha Świętego w intencji odzyskania zdrowia. Każdy trzymał lewą dłoń na ramieniu sąsiada, a prawa miała dotykać chorego miejsca. Moja prawa ręka wisiała, nie trzymałem się za głowę.
Zamknąłem oczy i się modliłem. Bardzo się modliłem. Słyszałem płacze, odgłosy jakby ludzie upadali ale ja tak bardzo chciałem mieć zdrową głowę (po to tam pojechałem), że nadal w skupieniu wołałem do Niego.
Poczułem przeszywający ból w łydce i okolicy lędźwiowej (staliśmy wszyscy), tak silny, że powtarzałem w myślach: jeszcze ustoję, dam radę, nie muszę siadać, jeszcze chwilę… Mój kręgozmyk jakby zapłonął.
Straciłem rachubę czasu… Nie wiem ile to trwało ale płacz młodej dziewczyny, która była obok sprowadził mnie na ziemię. Otworzyłem oczy.
Dopiero po kilku dniach powiedziałem Monice, że Bóg uzdrowił mi kręgosłup bo byłem tak zdumiony, że chciałem odczekać by mieć pewność, że ból nie wraca.
Już nie muszę szukać ławki, kucać lub robić skłonów podczas spaceru czy stania w kolejce do kasy. Już nie muszę przyjmować półleżącej pozycji przy komputerze albo siedząc wychylać się do przodu, żeby tylko zmniejszyć napięcie miedzykręgowe. Ba, zniknął promieniujący ból od kręgosłupa do łydki, a leżąc nie muszę zwijać się do pozycji embrionalnej.
Już mogę bez bólu jeździć na rowerze, prowadzić auto, a nawet skakać, biegać, dźwigać…
Bóg miał inny plan – naprawił mi kręgosłup choć ja pragnąłem naprawy głowy. Wybrał bardziej spektakularne uzdrowienie, takie namacalne. A głowę pozostawił „mi” do naprawienia i miał rację.
Pan ma plan dla każdego, plan lepszy niż nasz własny ale nie każdy chce poznać Boga, Jego plan i dać się Mu prowadzić.
Ale każdy w coś wierzy, a mając dar wolnej woli może wybierać…
„Gdy jednak przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o Mnie”. (Ew. Jana 15, 26)
Ps. Do dzisiaj mój kręgosłup jest uleczony. A miałem iść pod nóż i mieć trochę metalu w sobie. Bogu dzięki że nie mam metalu w kręgosłupie choć miałem go przez lata ale w głowie będąc w LO i później. Metal w głowie w sensie muzyki.

Martin PJ

Krysia

Krysia

Moja starsza córka Ola była przed maturą, pewnego dnia przed wakacjami przyszła do mnie i powiedziała, że pani od niemieckiego zaprosiła klasę na tani obóz Chrześcijański, mamo czy mogę jechać? Zgodziłem się (bylam pewna, że organizuje go Kościół katolicki ).  Pojechała,  po 2 tygodniach wróciła. Nawróciła się, ale oznajmiła nam ,że tam się ochrzciła i będzie chodzić do kościoła protestanckiego (szok przeżyliśmy).  Mąż tłumaczył , ja tłumaczylam, nie i koniec. Myśleliśmy, że jej to przejdzie, ale nie. Poszłam do Jezusa w Najświętrzym Sakramecie, kłócilam się, prosiłam i kiedy zamilkłam Pan Jezus powiedział do mnie,, jeżeli Ja jej dałem wolną wolę, dlaczego ty jej chcesz ją zabrać?”. Dotarło to do mnie od razu i mówię do Pana: jeśli tak to daj mi łaskę by mnie to tak nie bolało. I po pewnym czasie tak się stało. Wciągnęła drugą córkę, Anię (Szok ). Tłumaczyliśmy.Nic to nic nie pomogło. Są protestantkami. Kiedy Ola wychodziła tam zamąż , zorganizowaliśmy wesele, na ślubie też byliśmy i pastor, który udzielał im ślubu zaprosił Jezusa (Ja pomyślałam nie zaprosili Ciebie Maryjo ) . Ślub był w sobotę. W niedzielę poszliśmy z mężem do Kościoła katolickiego na Mszę św. i na Ewangieli jest Wesele w Kanie Galilejskiej – odbywało się wesele  *zaproszono tam Jezusa, a Maryja już tam była” ( w tym słowie Pan mi odpowiedział). Bedąc na rekolekcjach w Rakowicach, modląc się za dzieci było proroctwo, „odnajdę każdą zaginioną owcę, chorą uzdrowię, skaleczoną opatrzę, wezmę na ramiona i zaniosę z powrotem do stada .” Wiedziałem, że to słowo jest do mnie, dało mi ogromną nadzieję.My rodzice mamy się modlić, a Pan Jezus zrobi resztę.Amen