WIELCY ŚWIĘCI I MISTYCY

WIELCY ŚWIĘCI I MISTYCY

Jak dążyć do świętości?

Człowiek, który jest w drodze, potrzebuje dużo siły, by dotrzeć do celu. Odwagi! Jezus nie pozbawi Cię swego wsparcia. Dlatego przyłączmy się jak najszybciej do grona dusz, które wiernie i pobożnie podążają za Boskim Mistrzem.

Śpieszmy się, byśmy przypadkiem nie zostali w tyle tego świętego towarzystwa, stańmy się jego częścią i nie traćmy go z oczu, gdyż później, pozbawieni łask, jakie można znaleźć tylko w tej grupie, trudno nam będzie dotrzeć do celu. Wieczna radość może stać się dla nas już nie do osiągnięcia.

Niech będzie pociechą ta jakże słodka myśl, że jesteś miła boskiemu sercu Ojca, który zechciał upodobnić Ciebie do swojego Syna. Wiedz, że do świętości powołał Cię Pan, dlatego też krzyże, którymi obdarowana jesteś i będziesz, są inne, aniżeli pozostałych ludzi wokół Ciebie. Z pokorą o łagodnością weź je na swoje ramiona. Szukaj pociechy w sakramencie ołtarza. Pośród tak wielu przeciwności niech dusza Twoja często śpiewa Bogu hymn wdzięczności i uwielbienia. Unikaj zepsucia cielesnego Jeruzalem, pogańskich spotkań, niemoralnych widowisk, co nosi znamię bezbożności.

Przygotuj swe usta, abyś przyjmując z uległością cierpienia i pokutę, mogła tak, jak to uczynił Zbawiciel, zaczerpnąć wody z czarnego potoku Cedron. Kierowana miłością do Jezusa, razem z nim przekrocz ów strumień, przyjmując z odwagą i wytrwałością pogardę świata. Szukaj skupienia, a Twoje życie będzie ukryte w Jezusie i z Jezusem w ogrodzie Getsemani: na milczeniu, modlitwie i kontemplacji. Niech Cię nie przeraża ciemność, jaką niesie ze sobą noc upokorzenia, samotności i cierpienia. Idź zawsze do przodu i nie pozwól, aby zatrzymała Cię gorycz utrapienia.

Nie schodź z drogi, którą kroczyli święci. Również prześladowania doświadczane od osób, które nie żyją duchem Chrystusa, niech Cię nie zniechęcają. Pozostań na ścieżce, która prowadzi na wyżyny świętości i nie przerażaj się tym, że pnie się ona ostro ku górze. Podążaj wiernie za Jezusem, bo człowiek idący z Nim, jest wystawiony na wszelkiego rodzaju doświadczenia. Zapewniam, że tak jak do tej pory, we wszystkim będziesz triumfować… […]

Zachowaj spokój, albowiem gdy z łagodnością poddasz się Bożemu działaniu, to wówczas nie zabraknie Ci Jego łaski. Nie okazuj Boskiemu Lekarzowi braku cierpliwości, naucz się czekać. Również Tobie powtarza On słowa: praebe cor tuum – daj mi swoje serce, abym mógł napełnić je oliwą. Z ufnością otwórz przed nim drzwi swego serca i nie chciej, by strumień tak cennej oliwy przestał płynąć dla Ciebie. Obyś w chwili śmierci nie musiała jej szukać, jak owe niemądre niewiasty z Ewangelii, albowiem nie znajdzie się taki, który Ci jej użyczy.

Tak, w życiu szukaj jedności z Jezusem Chrystusem, który na Górze Oliwnej cierpi i umiera, a naznaczona w ten sposób Jego łaską staniesz się silna Jego siłą i uczestniczyć będziesz w radości Jego wniebowstąpienia.

Pietrelcina, 4 sierpnia 1915r.
Porady duchowe Ojca Pio

„Jeśli kiedykolwiek będę święta – na pewno będę świętą od ciemności.
Będę ciągle nieobecna w Niebie – aby zapalić światło tym, którzy są w ciemności na ziemi.”

bł. Matka Teresa z Kalkuty

Papież zatwierdził cud za wstawiennictwem młodego internauty

Carlo Acutis, zmarły na białaczkę 15-latek już został ogłoszony błogosławionym. Papież Franciszek potwierdził autentyczność cudu, jaki dokonał się za wstawiennictwem młodego Włocha.

Carlo Acutis był Włochem, urodził się w 1991 r. Mając 7 lat przyjął Pierwszą Komunię. Od tego dnia codziennie uczestniczył we Mszy św., często modlił się przed Najświętszym Sakramentem i odmawiał różaniec.

Był zafascynowany informatyką. Stworzył wiele stron internetowych o świętych i cudach eucharystycznych.

Zmarł na białaczkę, mając zaledwie 15 lat. Jego życiowym mottem były słowa:

„Wszyscy rodzą się jako oryginały, ale wielu umiera jako fotokopie”.

Mama Carlo Acutisa: „mój syn wyjednuje wiele łask.”
„Za przyczyną mojego syna wiele modlitw zostaje wysłuchanych. O pierwszych otrzymanych łaskach słyszałam zaraz po jego pogrzebie” – mówi matka 15-letniego Carla Acutisa. Zakochany w Eucharystii geniusz komputerowy, który zmarł na białaczkę w wieku 15 lat, został ogłoszony błogosławionym 10 października 2020 w Asyżu, gdzie zapragnął być pochowany.
Antonia Salzano przyznaje, że sama była religijną ignorantką i zachowania syna często ją zaskakiwały. „Już jako trzylatek lubił zachodzić do kościoła i modlić się przed krucyfiksem i tabernakulum. Jak na dziecko trwało to wyjątkowo długo” – wspomina mama  błogosławionego wyznając, że syn w jakiś naturalny sposób odkrył modlitwę. Dodaje, że w czasie spacerów zbierał kwiaty dla Matki Bożej, a rodziców prosił by wieczorami czytali mu żywoty świętych, a z czasem też Ewangelię. „On nie był świętoszkowaty, pociągała prostota jego wiary i jej wiarygodność” – wspomina matka, a jako przykład podaje nawrócenie hinduisty, który pracował w ich domu jako służący. „Rajesa zachwycił przykład życia mego syna i dzięki niemu spotkał Jezusa i przyjął chrzest” – wspomina kobieta.
Antonia Salzano wyznaje, że bardzo przeżywa beatyfikację syna, ale już w czasie jego pogrzebu była pewna, że jest w raju. „To była bardzo piękna i radosna uroczystość. Wiele osób mówiło mi potem, że już na pogrzebie modliło się za przyczyną Carla, a ten wyjednał im wiele łask” – wspomina mama Carla. Jako przykład podaje kobietę, które mimo wielu starań nie mogła mieć dzieci, a modląc się za wstawiennictwem jej syna została matką i drugą, której wyjednał uzdrowienie z choroby nowotworowej. „Takich cudów jest zacznie więcej” – podkreśla.
Wskazuje też, że jej syn był przekonany, że by odkryć Eucharystię ludzie potrzebują konkretnych znaków, stąd też jego pomysł, by zorganizować wystawę o cudach eucharystycznych. „To były czasy, gdy internet nie był jeszcze tak popularny. By móc zebrać potrzebną dokumentację syn zachęcił nas do wielu pielgrzymek do miejsc związanych z tymi wydarzeniami. Objechaliśmy całą Europę. Dzięki tym wysiłkom teraz miliony ludzi na całym świecie mogą zobaczyć tę wystawę” – podkreśla mama błogosławionego. Przyznaje, że to syn przyprowadził całą rodzinę do Kościoła i sprawił, że odkryli moc Eucharystii, która dla Carla była autostradą do nieba.
Beatyfikacja Carla Acutisa odbyła się 10 października w Asyżu, gdzie jest pochowany w Sanktuarium Ogołocenia, będącym decyzją Papieża Franciszka zarazem narodowym sanktuarium młodzieży włoskiej. Uroczystość poprzedziło wystawienie ciała sługi Bożego, które zachowało się w nienaruszonym stanie, i cykl świadectw mówiących o jego życiu. Podziellii się nimi m.in. jego mama i najbliżsi przyjaciele oraz ludzie, którzy za jego przykładem spotkali Chrystusa.

Zdjęcia wykonane przez O.Agostino Lewandowskiego.

Jego proces beatyfikacyjny rozpoczęła w 2013 r. archidiecezja mediolańska. 5 lipca 2018 papież Franciszek zatwierdził dekret o heroiczności cnót Carla a 21 lutego 2020 cud za jego wstawiennictwem.

Carlo właśnie tak żył.

Modlitwa za wstawiennictwem czcigodnego Sługi Bożego Carlo Acustis w intencji chorych (zwłaszcza na choroby onkologiczne)

Ojcze, który dałeś nam gorliwe świadectwo młodego Wielebnego Carlo Acutisa, który z Eucharystii uczynił centrum swojego życia i siłę w codziennych obowiązkach, tak, aby również inni mogli pokochać Cię ponad wszystko spraw, aby mógł rychło zostać zaliczony do grona Świętych Twojego Kościoła.

Potwierdź moją wiarę ożyw moją nadzieję odnów we mnie pragnienie czynienia miłosierdzia
na wzór młodego Carlo, który, wzrastając w tych cnotach, teraz żyje z Tobą.
Udziel mi łaski… dla… ( imię chorego).

Ufam Tobie, Ojcze, i Twojemu ukochanemu Synowi Jezusowi, Najświętszej Maryi Pannie, naszej najsłodszej Matce i wstawiennictwu Wielebnego Carlo Acutisa.
Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, Chwała Ojcu.

Pasjonował się sportem, znakomicie się uczył, był miłośnikiem wędkarstwa i zajęć na świeżym powietrzu… Porównywany był do Klary Badano i Carlo Acutisa.

Nicola Perin urodził się 2 lutego 1998 roku. Jego rodzicami byli Adriana i Roberto. Był charyzmatycznym i żywiołowym chłopcem. W rugby zaczął grać w wieku 6 lat, a kilka lat później występował już w regionalnej drużynie juniorów w pobliskim Rovigo (północno-wschodnie Włochy) na pozycji młynarza (kogoś w rodzaju rozgrywającego w futbolu amerykańskim). Pasji do gry nauczył go ojciec i właśnie sport był czynnikiem jednoczącym ich obu.

Kiedy Nicola rozpoczął naukę w szkole średniej, wydawało się, że ma przed sobą świetlaną przyszłość. Zaczął jednak uskarżać się rodzicom na zmęczenie i inne objawy. I tak, w 2013 roku, kiedy miał zaledwie 15 lat, po testach przeprowadzonych w szpitalu zdiagnozowano u niego białaczkę.

W swoim dzienniku Nicola pisał o tym, jak choroba pomogła mu docenić każdy przeżyty dzień.

Zawsze wyobrażałem sobie, że się zestarzeję, że pewnego dnia będę miał zmarszczki i posiwieją mi włosy. Marzyłam o założeniu rodziny. Takie jest życie. Kruche, drogocenne i nieprzewidywalne. Każdy dzień, który mija, nie jest naszym przywilejem, ale prezentem, który otrzymujemy. Kocham swoje życie, jestem szczęśliwy i zawdzięczam wiele moim najbliższym. Nie wiem, jak długo będę żył, więc nie chcę tracić czasu na smutek.

Cały czas Nicola skupiał się na innych, przepraszając rodziców za to, że cierpią przez niego. Bawił się z najmłodszymi pacjentami oddziału onkologicznego, aby podnieść ich na duchu. Jego matka w rozmowie z portalem Aleteia opowiada, że kiedy Nicola dostał w prezencie iPada i zorientował się, że nie będzie mu dane wykorzystywać go zbyt długo, powiedział: „Nic nie szkodzi. Czyli możemy go sprzedać i pomóc innym dzieciom i innym rodzinom”.

W końcu osłabł do tego stopnia, że nie był w stanie wykonać najprostszego ruchu. Dwa dni przed śmiercią poprosił ojca, żeby pomógł mu się przeżegnać: znak krzyża był ostatnim gestem, jaki wykonał. Zmarł 24 grudnia 2015 r., w wieku 17 lat. „Złożył swoje cierpienie w ofierze i zaakceptował je do końca”-  powiedziała jego matka reporterowi Aletei.

„Prawdziwa świętość to ryzyko. To pozostawienie czegoś za sobą i pójście dalej. Pozostawiamy za sobą to, co jest pewne, i zapuszczamy się w nieznane. Rezygnujemy z tego, co jest nam drogie, i kontynuujemy marsz jak wędrowcy, nie oglądając się za siebie”

.Andre Daigneault „Od serca z kamienia do serca z ciała”

Tak, Jezu, zatrzymaj mnie. Bez Ciebie, Panie, nie mam szans na dotarcie do celu.  Moja wielka grzeszność mi na to nie pozwoli. Jak to dobrze, że mogę na Ciebie liczyć!

 

„Te” czasy…
Przecież to nie te czasy, by tak szaleńczo odstawać od tłumu. By płynąć pod prąd, skoro z prądem łatwiej i przyjemniej. Uczciwość? Życie w czystości? To wegetacja dla ciemnej masy. Przecież życie jest wystarczająco trudne, by odmawiać sobie wszystkiego. Święci wymarli jak dinozaury. To stare, nieaktualne wzorce, by szukać wszystkiego w Bogu. Nie trudź się i tak nie dasz rady. Spójrz jak potykasz się o własne stopy nieudaczniku… Odpuść.
Słyszysz czasem ten subtelny głos, tak natrętny jak brzęczenie komara przy uchu..?
A czasy nigdy nie były bardziej „te” by tak szaleńczo odstawać od tłumu. By płynąć pod prąd po trupach. Po trupach własnej wygody, lenistwa, egoizmu i konsumpcjonizmu.
Święty… Nie musi ponosić męczeńskiej śmierci za wiarę. Święty musi mieć krzyż zamiast źrenicy. Patrzeć przez pryzmat miłości. Świętość to być dobrym jak chleb. Łamać siebie na kawałeczki, rozdawać i nie bać się, że zabraknie. Jezus ma certyfikat z rozmnażania chleba. Im więcej rozdasz tym wiecej zostanie. Świętość to małe ziarenka codzienności, szare i niepozorne. Chodzi o to by zbierać je z takim zaangażowaniem i radością jak dzieciaki zbierają w parku pierwsze kasztany. By łuskać je z łupinek i z uśmiechem chować do kieszeni.

Świętość jest ponadczasowa i pasuje jak ulał. Każdemu. Pragnienie przywrócenia wewnętrznych „ustawień fabrycznych”, bo przecież wszystko co stworzył, było DOBRE
Marta Przybyła

Wiele wskazuje, że tak śpiewa nowa święta Kościoła. Wydaje mi się, że to tylko kwestia czasu, jak Helena Kmieć zostanie wyniesiona na ołtarze. Jej postać przypomina bł. Karolinę Kózkównę…

We Francji oficjalnie rozpoczyna się proces beatyfikacyjny ośmioletniej dziewczynki Anne-Gabrielle Caron, która zmarła w 2010 roku.
Anne-Gabrielle urodziła się 29 stycznia 2002 r. w Toulon, jako pierwsze dziecko Alexandre’a i Marie-Dauphine Caron, pobożnych małżonków, którzy byli również zaangażowanymi skautami. Mała Ania od początku odznaczała się nad wyraz głęboką, jak na swój wiek, wiarą, zaufaniem i miłością do Pana Jezusa.
Pewnego dnia, kiedy rodzice obserwowali dwuletnią, małą Anię, w pewnym momencie zaczęła wpatrywać się w krucyfiks i powiedziała: „Jezus cierpi, muszę go pocieszyć!”.

Postanowiła, mając kilka lat, odmawiać sobie słodyczy czy innych przyjemności, żeby „wyciągnąć ciernie z korony Jezusa”.
W 2008 roku zaczęły się bóle w nodze dziewczynki, które nie opuszczały jej prawie nigdy. W lutym 2009 r. zdiagnozowano u niej mięsak Ewinga, złośliwy nowotwór kości, który zdążył już dokonać wielu przerzutów. Dziewczynka dzielnie znosiła bolesną walkę z chorobą oraz oddawała swoje cierpienia w intencjach, które są skryte w Sercu Pana Jezusa.
W pewnym momencie nowotwór zaczął chwilowo ustępować, co dało czas małej Ani, żeby mogła przyjąć sakramenty Eucharystii i bierzmowania. Ksiądz, który udzielał jej I Komunii Świętej powiedział: „Nigdy nie widziałem nikogo, kto przyjmowałby Komunię św. tak jak ona. W moim sercu, jako kapłana, ten moment zapisał się jako bardzo poruszający”.
Leżąc w szpitalnym łóżku, na niedługo przed śmiercią, wyznała mamie, że poprosiła Jezusa, by dał jej wszystkie cierpienia dzieci przebywających w szpitalu i, że ona przyjmuje je, aby inne dzieci nie musiały cierpieć. Była też bardzo smutna, że ludzie grzeszą, pomimo tak wielkiej Ofiary Pana Jezusa i Jego miłości. Dlatego wszystkich gości prosiła o modlitwę za grzeszników.

Często rozmawiała z Panem Jezusem na głos, a rodzice czy lekarze, mieli silne wrażenie, że jest On dosłownie i fizycznie obecny obok dziewczynki. Zmarła w opinii świętości 23 lipca 2010 r. po blisko trzydziestogodzinnej agonii.
Anne-Gabrielle Postulation

„Świętość inaczej…”
*
Święte jest życie, święta rodzina
Święta poczęcia Boga godzina
Pełna miłości, ufności w cuda
Że mimo stajni radość się uda
*
Święta jest cisza co uśmiech rodzi
Bez najmniejszego głosem słowa
Kiedy rozumiesz o co chodzi
Choćbyś nie pojął o czym mowa
*
Święta jest stajnia, która przygarnia
Która nie boi się ciężarnych
Święte zwierzęta, które nie gardzą
Losem wędrowców, strudzonych, marnych
*
Święty osiołek co z łzą nadziei
Nie pozazdrości Bogu chwały
Przydziałem sianka się podzieli
Chociaż rozumek wiarą mały
*
Święte owieczki zaciekawione
Co wokół żłobka kołem stają
I dając ciepło nieskończone
Dziecię swym puchem ogrzewają
*
Święte milczenia mego rozumu
Kiedy przed wiedzą się cofają
I nie zazdroszczą gmachów, tłumów
A w stajni lichej przyklękają

A.Dawidowy (Anna Jelińska)

 

Wszyscy jesteśmy powołani do świętości. Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, tym samym jakby przeznaczając nas do bycia świętymi. To, że często daleko odbiegamy od podobieństwa do Boga nie powstało z Bożego zamysłu, ale jest przyczyną naszej grzeszności i nieposłuszeństwa. Dziwnym się wydaje to powszechne powołanie do świętości. Święty w naszych oczach to człowiek nieskazitelny, szlachetny, pozbawiony wszelkiej grzeszności, wydawało by się, od urodzenia przeznaczony do tej roli. Tak nie jest. Świętym może zostać człowiek, który niejednokrotnie popełnił wiele zła w swoim życiu, który był daleko od Boga, który dosięgnął samego dna. Wśród największych świętych mamy wiele takich przykładów.

 

Święci bywają naszymi orędownikami u Boga. Mogą dużo dla nas wyprosić. Przykładem tego jest poniższe świadectwo.

Chciałabym opisać na tej grupie świadectwo które już dwa razy było przeze mnie opisywane w czasopismach katolickich ale po coś takie doświadczenia są aby się nimi dzielić.
Jesteśmy małżeństwem od 23 lat. Pierwszy syn urodził się dwa lata po ślubie. Kiedy miał już dwa latka zapragnęliśmy kolejnego dziecka. Adaś również bardzo chciał mieć rodzeństwo. Okazało się jednak że to nie jest takie proste .Po roku nieudanych prób i rozczarowań rozpoczęłam leczenie ,które trwało kilka lat, opłakując każde niepowodzenie. Przeszłam szereg badań z których wynikało że mam małe szanse na drugie dziecko .Byłam załamana. Lekarz zaproponował in vitro ale odmówiłam. Dziękowałam Bogu za to że mam chociaż jedno dziecko ale serce mi pękało jak patrzyłam na Adasia, który bardzo lgnął do dzieci. Ciągle mnie pytał,, czemu Bozia mi nie dała rodzeństwa”. Mówiłam że musimy się modlić a Pan Bóg na pewno nas wysłucha. Ja dalej przyjmowałam lekarstwa i robiłam wszystko co w mojej ludzkiej mocy, aby jeszcze raz dostąpić tego szczęścia.
W 2005r. pojawiła się nadzieja, ale powiedziano nam że są niewielkie szanse na utrzymanie tej ciąży. Przez dwa tygodnie lekarze w szpitalu walczyli o dziecko. Bardzo się modliłam i ufałam że wszystko będzie dobrze. Jednak dobry Bóg zechciał mnie doświadczyć i 5 września usłyszałam wyrok: ,,Nie ma tętna płodu-ciąża obumarła i trzeba wywołać poronienie”…I tak powoli w bólu traciłam moje szczęście – moje dzieciątko umarło zanim jeszcze przyszło na świat…Już na zawsze pozostanie w moim sercu pustka i ból po tej ogromnej stracie. Mimo to nie ustałam w modlitwie, kontynuowałam leczenie i żarliwie prosiłam Boga o potomstwo, ufałam że Pan mnie wysłucha i że tym razem wszystko będzie dobrze .Wiedziałam że moją jedyną nadzieją jest Pan i w Nim pokładałam swą ufność. Pewnego dnia dostałam od cioci artykuł z ,,Naszego dziennika” o problemach podobnych do mojego .Było tam opisane świadectwo matki, która przez cudowne wstawiennictwo św. Dominika doczekała się upragnionego potomstwa. Natychmiast napisałam do sióstr dominikanek prosząc o modlitwę i pasek św. Dominika. Bardzo szybko dostałam odpowiedź. Od razu przewiązałam się paskiem i codziennie zaczęłam odmawiać modlitwę. W liście poinformowano mnie że przez 15 wtorków odprawiają się Msze św. w intencji osób polecających się św .ojcu Dominikowi. 8 sierpnia została odprawiona ostatnia Msza w mojej intencji. I stał się cud – 9 sierpnia dowiedziałam się że jestem w stanie błogosławionym. Ze łzami padłam na kolana i dziękowałam św. Dominikowi za ten wielki cud jaki Pan mi uczynił za jego wstawiennictwem. I choć bałam się o każdy kolejny dzień, to z ufnością odmawiałam modlitwę, powierzając Jego opiece siebie i moje maleństwo. W trakcie ciąży czułam się źle, miałam bóle, musiałam dużo leżeć ale dzięki Bogu z dzieckiem wszystko było dobrze. Zaufałam Panu, A On mnie wysłuchał. Urodziłam ślicznego, zdrowego chłopczyka. Kamilek przyszedł na świat 21 kwietnia 2007r. Gdy usłyszałam jego pierwszy krzyk i zobaczyłam go, nie mogłam ze wzruszenia powstrzymać łez. Nie ma chyba takich słów którymi dałoby się opisać co wtedy czułam ,tak długo na niego czekałam – wszyscy czekaliśmy. Dziękowaliśmy Bogu ,że obdarzył nas tak wielką łaską. Jestem pewna że to dzięki modlitwie i wstawiennictwu św. Dominika doczekałam kolejnego dziecka. Cieszę się, że nie zwątpiłam nawet wtedy gdy Pan mnie doświadczył. Cierpliwie przez 6 lat czekałam i z ufnością prosiłam o drugie dziecko. Między synami jest 8 lat różnicy. Na tym jednak się nie skończyło. Jak każda mama marzyłam o córce, ale nie chciałam być – nie wiem jak to nazwać – chciwa, nie żądałam więcej bo uważałam że i tak dostałam bardzo dużo od Boga. Nie zamknęłam się jednak na Jego łaskę. Pewnego razu, modląc się zwróciłam się do Boga tymi słowami: ,,Panie Boże, jeżeli zechcesz mnie obdarzyć jeszcze jednym dzieckiem – przyjmę je z radością, jeżeli nie – to też będę szczęśliwa, niech będzie wola Twoja” .Bardzo szybko dostałam odpowiedź. Dostałam więcej niż mogłam sobie wymarzyć .Niebawem okazało się, że znów oczekuję dziecka. Data porodu została wyznaczona na 5 września, czyli dzień w którym straciłam swoje drugie dzieciątko. To nie był przypadek. Czułam jakbym odzyskała moje utracone maleństwo. Oczywiście cały czas nosiłam pasek św. Dominika i modliłam się przez jego wstawiennictwo. Ania urodziła się 4 września – w pierwszy piątek miesiąca. Śliczna, zdrowa, upragniona córeczka. W naszej rodzinie jest takim ,,dobrym duszkiem”, ,,promyczkiem”, który pociesza, łagodzi sprzeczki starszych braci, uwielbia czytać i jest bardzo pobożnym dzieckiem. Zaufałam Bogu, a On dał mi więcej szczęścia niż miałam odwagę prosić, niż mogłam sobie wymarzyć. Staram dzielić się swoim świadectwem bo wiem że są osoby, które dzięki niemu – nie mając dzieci, doświadczyły tej łaski poprzez modlitwę, bo znając mnie przekonały się, że jest to możliwe, widząc moje ,,trzy szczęścia ” uwierzyły że też mogą być rodzicami. Te osoby dziś również cieszą się upragnionym potomstwem (niektóre już po raz kolejny).Jestem bardzo szczęśliwa, że w tak skromny sposób – opisując swoje przeżycia – mogę pomóc tym, którzy stracili nadzieję, a jednak przekonali się, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. Niech Bogu Najwyższemu i Matce Przenajświętszej będą dzięki ?
Chyba najdłuższe świadectwo w moim życiu. Dziękuję Tym co doczytali do końca prosząc tym samym o krótką modlitwę za mojego synka Kamila który skończył 13 lat. Jest ministrantem, przygotowuje się do sakramentu bierzmowania, a imię patrona jakiego sobie wybrał to Dominik.??
Kasia Puchalska

ŚWIĘCI PRZYJACIELE.

Opowiem wam o przyjaźni ze świętymi

Kiedy byłam mała dziewczynką często chorowałam. Musiałam leżeć w łóżku, a wysoka gorączka i ból głowy nie pozwalały mi ani czytać książek, ani bawić się lalkami. Nie miałam siły rozmawiać nawet z moim pluszowym psem, który wiernie chorował obok mnie. Długie godziny wlokły się niemiłosiernie, tykanie zegara trochę mnie usypiało, a trochę denerwowało. Czekałam aż rodzice wrócą z pracy, a siostra ze szkoły. Zawsze wtedy dużo mi opowiadali, odpędzali nudą, a przede wszystkim sprawiali, że zapominałam o swojej chorobie. Pewnego razu tata zaproponował, że z racji zbliżającego się dnia Wszystkich Świętych, poprosi księdza proboszcza o przyniesienie do mnie Pana Jezusa. Byłam już po Pierwszej Komunii świętej i bardzo mnie ten pomysł ucieszył. Mama przygotowała na tę niezwykłą wizytę pokój: zawiesiła czyste firanki, poukładała na półce moje zabawki, a na stoliczku przy łóżku położyła wykrochmaloną serwetkę, Pismo Święte, mój ulubiony krzyżyk i świecę. Siostra upiększyła jeszcze stoliczek bukiecikiem kolorowych kwiatków i pomogła mi przebrać się w czystą piżamkę. Byłam gotowa na Oczekiwaną Wizytę. W nocy długo nie mogłam zasnąć. Czoło miałam rozpalone i bardzo bolała mnie głowa. Na domiar wszystkiego coś w tej obolałej głowie zaczęło się dziać. Najpierw napłynęły do niej gęste, czarne jak smoła myśli i odezwał się nieprzyjemny glos:

– Oho, ho! Pewnie, pewnie! Wyobrażasz sobie, że Pan Jezus będzie się fatygował do takiej smarkuli jak ty? Niedoczekanie! Nie ty jedna jesteś na świecie. On zajmuje się tylko ludźmi dorosłymi.
Aż zadrżałam ze strachu i ze smutku. Nie miałam siły zaprotestować i już już wysuwałam nogi spod kołdry, żeby pójść do rodziców i odwołać wizytę księdza, gdy ciemne myśli ustąpiły miejsca jasnemu podmuchowi. W owym podmuchu usłyszałam czyjś filuterny śmiech i ciepłe słowa:
– Nie daj się nabrać Pan Jezus okropnie kocha dzieci, a najbardziej te, które są urwisami, albo te, które są samotne, chore i smutne.
– Trochę tak jak ja…?
– Właśnie! Przyszłam, żeby ci to powiedzieć i żebyś na Niego cierpliwie czekała. Mówię ci, On po prostu przepada za dziećmi. To jest nasz najlepszy Tatuś. Dostałam od Niego mnóstwo róż i nawet jedną ci zostawię.
– Och, dziękuję, dziękuję, powiedz mi tylko dziewczynko jak ci na imię? – Nazywają mnie Mała Tereska. lak ci będzie smutno zawołaj mnie!
Po chwili perlisty śmiech ucichł, a wtedy znowu odezwał się nieprzyjemny skrzek:
– A Bóg, to myślisz, że interesuje się drobiazgami? Cóż dla niego znaczy pojedynczy człowiek, skoro musi kierować całymi narodami! Nie jesteś warta Jego uwagi.
I znowu zwątpienie wkradło się w moje serce. Tym razem nie zdążyłam nawet wysunąć stopy spod kołdry, bo usłyszałam czyjąś przepiękną pieśń. Opowiadała ona o tym jak Bóg umiłował cały świat i najdrobniejsze stworzenie. O tym z jaką czułością opiekuje się i każdym człowiekiem i roślinką i najmniejszym zwierzątkiem. Głos, który śpiewał był radosny, o barwie miodu, ale i o sile rwącej rzeki. Gdy skończył swoja pieśń, zwrócił się do mnie – Jesteś bardzo ważna dla Pana Jezusa. Umarł na krzyżu tak samo za mnie, jak i za ciebie. Nie zapominaj o tym. Zostawiam ci małe piórko. Kiedy nań popatrzysz, pomyśl sobie, że jesteś jak pisklę, o które troszczy się Niebo!
– Jak się nazywasz? – ledwo zdążyłam zapytać znikającą w mroku postać.
– Franciszek. Przypomnij sobie o mnie gdy zwątpisz, że Pan Bóg cię kocha.
Uspokojona i trochę oszołomiona przymknęłam oczy. Nim zdążyłam choć trochę odetchnąć rozległ się przeraźliwy wrzask. – Uważaj, bo te bzdury zupełnie cię ogłupią. Zresztą, he, he, he… oj, nie mogę! Umrę ze śmiechu! – rżał ohydny głos -Zresztą, jesteś tak głupia, że Jezus nie miałby o czym z tobą rozmawiać. Jego święci, to przecież same mądrale. O, ta cała Tereska, brrr … została Doktorem Kościoła! Albo Franciszek, niby taki biedaczyna i dziwak, a jego zakon jest jednym z najliczniejszych na świecie. Jest także wielu innych, którzy potrafią tylko się wymądrzać i nie mówią prawdy o Bogu. A prawda jest taka, że On ceni tylko mądrość, sprawiedliwość i takie tam… No i co? Nadal wierzysz, że sam Jezus przyjdzie do ciebie?
– Na pewno przyjdzie, tak jak do mnie. Ja właśnie byłam bardzo głupia, a przecież Pan Bóg niezwykle mnie ukochał – ktoś odezwał się cicho, ale dobitnie. – Skończyłam zaledwie cztery klasy szkoły podstawowej, a Jemu wcale to nie przeszkadzało. Zechciał ze mną rozmawiać i uczyć mnie wiary w Jego miłosierdzie. Bo najważniejsze jest Jego miłosierdzie. Pamiętaj o tym i ufaj tylko Jezusowi. Zostawię ci obrazek, który został namalowany z Jego polecenia. Będzie ci o tym wszystkim przypominał. Głowa do góry i przygotuj się na jutrzejsze spotkanie z Nim. Teraz już zaśniesz spokojnie, a ja i moi Przyjaciele będziemy czuwać nad twoim snem.
– A kim jesteś? – wymamrotałam ziewając.
– Faustyną – odpowiedział miły i naprawdę spokojny głos.
Nazajutrz obudziłam się wyspana i roześmiana. Nawet spadła mi znacznie gorączka i już się tak strasznie nie pociłam. Głowę też jakbym miała nową – przewietrzoną i lekką. Niecierpliwie czekałam na księdza, który miał mi przynieść Białego Pana Jezusa. To było najszczęśliwsze spotkanie w moim życiu! Sam Bóg przyszedł do mnie! Sam Bóg!

Od tego zdarzenia minęło wiele lat ale nadal, za każdym razem gdy przyjmuję Komunię świętą, jestem zdumiona, że On przychodzi do kogoś takiego jak ja… Często się nad tym zastanawiam i wtedy rozmawiam o tym z moimi świętymi Przyjaciółmi. Bo wyobraźcie sobie, że poznałam ich wielu. I każdy coś mi pozostawił, żebym pamiętała o nich, ale przede wszystkim o Panu Bogu. Można powiedzieć, że na każdy dzień roku mam taki „przypominacz”, chociaż spośród mnóstwa pamiątek, najczęściej biorę do ręki różę, piórko, albo obrazek Bożego Miłosierdzia.

Dlugo się zastanawiałam czy napisać ten post, ale w końcu się zdecydowałam. Jestem osobą z niepełnosprawnością. Poruszam się o kulach. Jestem też żoną i matką. Mam wspaniałego męża i 7 – miesiecznego synka.

Od ponad 10 lat leczę się psychiatrycznie. Przez całą ciążę przyjmowalam leki psychotropowe. Żyłam w strachu przez to o zdrowie mojego dziecka. Ze wzgledu na to , że wiele przeszlam w życiu mam uraz do szpitali. Nie lubie takich miejsc. Kiedy nie moglam zasnąć zdarzało mi się w ciąży brać leki nasenne przepisane przez lekarza. Noc przed porodem obawialam się że znów ze stresu nie zasnę i będę musiala brać leki, a dziecko z tego powodu urodzi sie senne i za przeproszeniem naćpane tym lekiem. Jednak do poznych godzin wieczornych modlilam się, a mąż dał mi do ręki obrazek swojego patrona imiennika św. Krzysztofa. Skończyło się tak że zasnęłam z tym obrazkiem w ręku, rano wstałam z usmiechem na twarzy, a syn urodził sie zdrowy z 10 punktami.

Nie potrafię tego wytłumaczyć jak tylko w ten sposób, że Bóg trzymał mnie za rękę razem ze wszystkimi świętymi. Chwala Panu!
Klaudia Paruzel

Leszek! dziękuję!

Dzięki tobie wreszcie wiem, że Boże Miłosierdzie jest dla ludzi z wyrokami, dla życiowych rozbitków, dla ludzkich ruin, w których czasem trudno nawet dostrzec człowieka.
Dzięki tobie poznałem, że istnieje droga świętości także dla tych, którzy są na końcu, słabi, poranieni, zagubieni, którzy nadal upadają.

Długo nie mogłem pogodzić się z tym, żeby recydywista, prostytutka albo długoletni alkoholik brutalnie krzywdzący bliskich, żeby ktoś taki ze swoim zabagnionym życiem, ze swoją nędzą i upadkami– mógł stanąć bliżej Boga niż najporządniejszy i najbardziej zrównoważony z ludzi

Dziękuję bo dzięki tobie poznałem Wojtka, Marka, Seweryna, Grzegorza, Irka i innych, kiedyś zatwardziałych przestępców z długoletnimi wyrokami, a dziś świadomych swoich słabości i zakochanych w Jezusie chłopaków którzy modlą się na różańcu i śpiewają  „godzinkii” . Nie są święci, czasem wyłazi „stary człowiek”, ale ich życie się zmieniło. Zmieniło się radykalnie.

Ich historie to przykład jak działa Bóg w życiu człowieka. Są świadkami miłosierdzia, którego pierwszy promień pojawia się w największej ciemności. Są wiarygodni właśnie dlatego bo nie można mówić o Bogu nie wkładając w tą wypowiedź całego swojego życia.

Leszku, powtarzasz nam stale, że Bóg nie będzie nas rozliczał ani z owoców naszego życia ani z grzechów, tylko z uczynków Miłości. Wyłącznie z Miłości! Grzechy zostały już odkupione na Krzyżu, a nasze zasługi… cóż możemy sobie przypisać?

Długo to trawiłem. Brzmiało dla mnie prawie jak herezja… ale dziś wiem dzięki tobie, że Ewangelia jest właśnie taka, że szokuje, zbija z tropu.
Dziś rozumiem, że Bóg wcale nie przychodzi do silnych i mądrych, ale do słabych i kruchych, nie do cnotliwych i pewnych siebie, ale do celników i złodziei, nie do zdrowych, poukładanych i możnych tego świata ale do odrzuconych i bezbronnych, do tęskniących, do walących głową w szafę, do szlochających z tęsknoty.

Dziękuję ci, że pokazałeś mi świętego Franciszka, który pod koniec życia,, zgorszony wypowiedzią pewnego młodzieńca, który nazwał go “świętym”, odrzekł mu:

– Nazywasz mnie “świętym”? A czy wiesz, że jeszcze tej nocy mógłbym upaść w grzech z prostytutką gdyby nie wspierał mnie Chrystus?

Dzięki tobie wiem już, że ci prawdziwi święci są ulepieni z tej samej gliny co grzesznicy i dlatego w pewnym momencie między grzesznikiem a świętym nie ma już różnicy. Święty czuje się grzesznikiem „w stanie nawracania się”, a każdy grzesznik powinien uważać się za potencjalnego świętego i iść po tą świętość codziennie, za każdym razem znowu się podnosić i cały czas iść, podnosić się i iść, iść, iść…
Roman Zięba

Chcę się podzielić moim doświadczeniem w temacie perfekcjonizmu. Kilka lat temu przeszłam coś takiego, nie chciałam być, jak marmurowy posąg, chciałam być, jak gwiazda na niebie, świecić takim świętym blaskiem. Doprowadziło to do tego, że co chwilę biegałam do spowiedzi, a każda prawie, że nieistotna sprawa urastała do rangi grzechu śmiertelnego, aż miałam ochotę się biczować, każdy najmniejszy grzech bolał, jak upadek z wysokiej góry. To dążenie do świętości ponad siły sprawiało, że chciałam stać się istotą nieludzką, wyzbyć się z siebie człowieka, a to bardzo niebezpieczne dla zdrowia psychicznego…na szczęście Duch Święty mnie z tego wyprowadził i teraz żyję i wzrastam w wierze bardzo harmonicznie, wszystkie sfery życia ładnie ze sobą współgrają. Będę pewnie pisać jeszcze dużo o swojej drodze duchowej, ale w tym poście chciałam przestrzec innych przed chęcią bycia świętszym od samego Boga…lekcja pokory po czymś takim jest bardzo dotkliwa.
Beata Kremer

 

„Każdy święty ma swoją przeszłość, a każdy grzesznik ma swoją przyszłość.”

Jest nadzieja w Jego łasce!

 

Ellen Organ, znana dziś światu jako Mała Nellie od Świętego Boga, żyła w pierwszym dziesięcioleciu XX wieku. Choć umarła zaledwie w wieku 4 lat i 5 miesięcy, jej postać nie została zapomniana. O jej beatyfikację modli się wielu wiernych nie tylko w Irlandii, z której pochodziła. To za jej sprawą święty papież Pius X obniżył wiek dla dzieci przyjmujących Pierwszą Komunię Świętą z 12 do 7 lat

Modląc się do świętych niejednokrotnie doznajemy uzdrowienia.

Nazywam się Anna, od 3 lat miałam w rtg zmiany w płucach, podejrzewano różne rzeczy (gruźlicę, sarkoidozę, zainhalowanie czegoś ) Byłam pod opieką poradni pulmonologicznej – nie miałam żadnych objawów świadczących o chorobie a wyniki moich badań były wzorcowe. 2 lata temu po powrocie z wakacji – wrzesień – miałam sen, przyśniło mi się, że muszę wziąć dokumenty medyczne i skonsultować je z innym lekarzem. W internecie znalazłam pulmonologa, który wg opinii pacjentów jest najlepszy. Zadzwoniłam do poradni i umówiłam termin wizyty – najbliższy był na marzec 2019 r – czekanie 4 miesiące – stwierdziliśmy z mężem, że nic się nie dzieje więc czekamy. Następnego dnia nieoczekiwanie dzwoni pani z poradni i mówi, że wypadł im jeden pacjent i możemy dziś przyjechać jeżeli chcemy. Zdecydowaliśmy, że jedziemy. Pan dr, zbadał mnie, pooglądał dokumenty i stwierdził, że niczego złego nie widzi – faktycznie jest zmiana ale jeżeli byłoby to coś nowotworowego już dawno by mnie nie było. Spakowaliśmy dokumenty, uspokojeni jego słowami już mieliśmy wychodzić z gabinetu, gdy nas zatrzymał i powiedział, że zadzwoni do swojego kolegi, który jest konsultantem chorób płuc – i tak też zrobił. Po 3 dniach byłam już w szpitalu w Wodzisławiu, gdzie…….po biopsji płuca zdiagnozowano nowotwór złośliwy. Szok, niedowierzanie, cały świat runął – nigdy przecież nie paliłam papierosów, nikt w mojej rodzinie nie chorował na nowotwór. A może jednak pomyłka przymykało przez głowę? Niestety nie trzy niezależne ośrodki potwierdziły diagnozę. W tym samym czasie w szpitalu pojawił się konsultant z torakochirurgii w Bystrej (z reguły bywał tam raz w miesiącu) – po konsultacji zakwalifikował mnie do operacji. Trwało to wszystko 3 dni, w następnym tyg. byłam już na oddziale w Bystrej. Przed operacją modlitwy całej rodziny, msza odprawiona w mojej intencji. dzień operacji – idę w miarę spokojna – we włosy zamiast gumki zaplatam różaniec , który dostałam od znajomej. Operacja niestety powikłana, przecięty został ważny przewód prowadzący chłonkę, w rozmowie z lekarzem dowiaduję się, że czeka mnie reoperacja – pytam o inne rozwiązania – okazuje się, że alternatywą jest karmienie pozajelitowe przez co najmniej miesiąc, pozostawienie otwartego płuca z drenem – co skutkuje przyłączeniem do pompy odbierającej płyn z płuc i niemożność odejścia od łóżka. decyduję się na to drugie rozwiązanie. Każdy ruch ciała, głębszy oddech sprawia niesamowity ból, dren rani płuco. leżąc na łóżku w sali szpitalnej mój wzrok pada na krzyż. i tu – potworny wyrzut do Pana Boga, dlaczego, przecież jak się kogoś kocha nie karze się go takim cierpieniem. Przed oczyma staje cała prawda o mnie – egoizm, brak pokory, pycha. Nie rezygnuję z modlitwy, jestem spokojniejsza. Po miesiącu wychodzę ze szpitala czekając na wyniki hp. Przychodzą 22 grudnia – niestety przerzuty do węzłów chłonnych i wskazanie do chemioterapii – znowu lęk, rozczarowanie, wyrzuty czynione Panu Bogu. Rozpoczyna się walka z czasem i wyniszczający cały organizm proces leczenia. Na mojej drodze pojawia się ksiądz z relikwiami Sw. Charbela, błogosławi mnie i zapewnia o modlitwie, jednocześnie wiele osób znajomych i nieznajomych rozpoczyna modlitwę w intencji mojego zdrowia. Chemioterapia bardzo mnie wyniszcza, po 2 cyklach ważę 35 kg, praktycznie nie wychodzę ze szpitala, nie mam na nic siły a codzienne czynności – choćby mycie czy toaleta sprawiają mi niebywałą trudność, ale nie poddaję się, jest przy mnie mój kochający mąż, który trwa cały czas przy mnie. Kolejny cykl chemii – 3 jest bardzo źle, prowadzący lekarz onkolog decyduje zmniejszyć dawkę chemioterapeutyków i rozłożyć ją w dłuższym czasie ze względu na praktycznie całkowite wyniszczenie szpiku kostnego. W poczekalni wśród dziesiątek osób oczekujących na przyjęcie – podchodzi do mnie młoda kobieta – nasze oczy się spotykają, przytula mnie do siebie i mówi – nie bój się Bóg Cię kocha będzie dobrze- szok – łzy spływają mi po policzkach – trzeci cykl przebiega w miarę dobrze. Kobieta ta pojawia się po dwóch dniach u mnie na sali szpitalnej, zaczynamy rozmawiać jakbyśmy się znały – opowiada mi coś takiego – odwoziła tatę na pulmonologię gdy zobaczyła mnie w poczekalni – nie wie dlaczego pojawiły się w jej głowie te słowa, nigdy wcześniej niczego takiego nie czuła, próbowała wielokrotnie się wycofać, wchodziła i wychodziła z poczekalni, kiedy podjęła decyzje, że wychodzi ze szpitala poczuła na swoich plecach jakby popchnięcie i nakaz aby przekazała mi te słowa – bała się bo nie wiedziała jak ja zareaguje – ale słowa te sprawiły że poczułam się bezpiecznie, nie bałam się. Wracam do domu, szpik przestaje funkcjonować, dostaję zastrzyki takie jak dostają ludzie podczas przeszczepów, nieznośny ból, nic nie pomaga nawet morfina, boli mnie dosłownie wszystko – i tu pojawia się kolejne prowadzenie przez Pana Boga, przypominamy sobie, że od księdza Achima dostaliśmy olej św Charbela, proszę męża aby nałożył swoje ręce na najbardziej bolące mnie miejsca, posmarował je olejem św Charbela – modlimy się wspólnie prosząc o dar zdrowia i ukojenia bólu – czuję delikatny różany zapach i po paru minutach zasypiam jak dziecko nie czując już bólu. Kolejny cykl – lekarz prowadzący pozostawia do mojej decyzji czy walczymy czy rezygnujemy – 2 tygodnie na podjęcie decyzji – walczę z myślami jednocześnie modlę się do Ducha Świętego o rozeznanie co mam zrobić. W wyznaczony dzień chemioterapii – udajemy się do szpitala – przed wyjazdem na niebie ukazuje mi się krzyż a na przecięciu ramion słońce, nie razi jest jasne i piękne, wpatruję się w nie, biegnę po aparat by zrobić zdjęcie, – gdy przychodzę, obraz znika – już wiem co mam zrobić, jedziemy do szpitala jednak informuję lekarza prowadzącego że przerywam chemię. po 3 miesiącach od chemioterapii mam badanie pet – i tu znowu pojawia się ręka Pana Boga, do mojego domu przed samymi badaniami trafiają relikwia Św. Jana pawła 2 – zapraszam sąsiadów i znajomych, modlimy się wspólnie – nasz dom staje się miejscem małych pielgrzymek, gdy ludzie przekazują sobie informacje, że mamy u siebie relikwie 1 stopnia Jana Pawła 2 – Badanie pet – organizm czysty, za pól roku kolejne badanie pet – i znowu sytuacja się powtarza – znowu Jan Paweł 2 jest u nas – organizm czysty. Od tego czasu minął ponad rok, w marcu miałam tomografię, wszystko w porządku, teraz w lipcu idę na kolejną kontrolę i wierzę, że jestem zdrowa, że Pan w swej dobroci dał mi kolejną szansę. Chwała Panu i moim Orędownikom oraz wszystkim tym, którzy modlą się o moje zdrowie. Moc modlitwy jest ogromna

………………………………………………………………………………..

KOCHANI pragnę WAM WSZYSTKIM i tym, których znam osobiście i tym, których znam tylko wirtualnie i tym których nie znam podziękować za WASZĄ MODLITWĘ I poświęcony czas. Dziś wróciłam z kolejnych badań na onkologii – jestem zdrowa. Dziękuję, każdego dnia za cud uzdrowienia. Nasz Pan JEST WIELKI I WSZECHMOCNY. CHWAŁA PANU AMEN
Salix-Graw Jutsz